Obrastam w siłę, bronię się.

Nie złoszczę się, nie złoszczę się. Lubie chleb wiec sobie zjem. I po brzuchu się poklepie.

Wczoraj zdołałam wrócić do łona matki, pamięć wraca dziś. 
Co w niej jest? Czego nie mam ja? Pełnia człowieczeństwa wiele kosztuje mnie.

Tak śpiewała niegdyś Kasia Nosowska. A jej słowa grają teraz w mojej duszy.

Obrastam w siłę. Obrastałam w nią wiele lat. Chciałam być zauważona. Chciałam być bezpieczna. Chciałam umieć się bronić. 

Moje ciało od wielu lat bardzo dobrze odzwierciedlało stan mojej duszy i mojego umysłu. Kiedy wpadałam w dół to tyłam jak szalona, obrastałam w siłę. 

Nie potrafiłam szanować mojego ciała. Nie lubiłam go. 

Nawet jak chudłam, zawsze coś było nie tak, jeszcze można było coś poprawić. Nigdy nie byłam dość dobra. Poniżałam myślami sama siebie. Nie mogłam na siebie patrzeć w lustrze. Nie potrafiłam o siebie zadbać. Jadłam a później katowałam się myślami o samej sobie.

Patrzyłam na swoje ciało jak na obiekt seksualny. Nie używałam go ale wykorzystywałam fakt iż było atrakcyjne. Podobało się mężczyzną, więc dostawałam odrobinę akceptacji której tak rozpaczliwie szukałam.

Gimnazjum i liceum minęło pod znakiem wyzywającego ubioru, mocnego makijażu i totalnego zagubienia. Byłam ładna, byłam szczupła, byłam akceptowana przez koleżanki, pożądana przez kolegów. Zdarzało się, że nawet wujkowie komentowali dwuznacznie mój wygląd.

Bardzo mi to schlebiało, lubiłam to, w końcu dostawałam tą uwagę której tak bardzo pragnęłam a raczej jej marny substytut. Jednak jednocześnie bardzo mnie to krepowało wiec nie było to do końca to czego oczekiwałam.

Chodziłam do klubów i czerpałam ogromną przyjemność z tego, że większość mężczyzn zwracało na mnie uwagę, że mogłam ich spławiać jednego za drugim. Nie byłam nie miła, wręcz przeciwnie. Ale mimo, że tak bardzo zależało mi na ich uwadze, nie chciałam bliższego kontaktu. Bałam się go, wstydziłam się siebie.

Im szło to dalej, tym ja bardziej cierpiałam. Gubiłam się w tym. Nienawidziłam swojego ciała a mimo to je pokazywałam z nie mała duma. Byłam bardzo wstydliwa a lubiłam być w centrum uwagi. Peszył mnie wzrok innych ale tak bardzo chciałam być zauważona, że robiłam wszystko żeby go przyciągnąć. Wiele było we mnie sprzeczności w tamtym czasie.

Teraz patrze na siebie z tamtych lat i widzę bardzo wrażliwą dziewczynę która chciała dodać sobie pewności siebie w nieodpowiedni sposób. I nie chce tu powiedzieć, że mój wygląd był czymś złym bo wydaje mi się że mimo wszystko zachowywałam umiar i dobry smak w tym wszystkim, chodzi mi bardziej o to, że powody ku temu żeby wyglądać prowokacyjnie były nieodpowiednie. Chyba w tamtym momencie myślałam, że nie mam nic więcej do zaoferowania. O ja głupia 🙂

Moje ciało było odłączone ode mnie. Było jak towar na półce. Było jak moja wizytówka a nie część mnie. Nikt nie nauczył mnie że trzeba szanować swoje ciało i dbać o nie. Nikt nie pokazał w jaki sposób się to robi.

Dałam się wciągnąć w tą gonitwę za pięknem. Wszędzie w okół widać było kobiety które sprzedają swoje ciała. W teledyskach, na okładkach gazet. Kupiłam to, myślałam że jeśli będę wyglądała tak jak one to będę coś warta. 

Myślałam, że tylko w momencie, kiedy będę wyglądać dobrze ludzie będą mnie akceptować. I tak wtedy było, przyciągałam to jak magnes, widziałam to w każdej sytuacji, widziałam te pogardliwe spojrzenia, porównywałam się nieustannie do każdego. Jeśli bilans wychodził na plus było dobrze, jednak przeważnie w moim otoczeniu był ktoś: ładniejszy, mądrzejszy, bardziej zabawny, bardziej, zawsze był ktoś bardziej, a ja zawsze goniłam króliczka. Chciałam być idealna, bez skazy. Zawsze taka jak powinnam być. W tamtych czasach w ogóle dużo rzeczy „powinnam” i wielu rzeczy mi nie „wypadało”. Wiedziałam jaka powinnam być ale nie wiedziałam kompletnie kim jestem. 

Czekałam na księcia z bajki który przyjdzie i mnie uratuje, w głębi duszy wierzyłam, że to możliwe, że ktoś pokocha mnie tak jak o tym po cichu marzyłam i skończy się w końcu ten głód miłości.

Nikt nie był w stanie mnie tak kochać bo ja siebie nie kochałam wcale. 

A już na pewno nie kochałam swojego ciała. 

W czasach gimnazjum objadałam się i próbowałam wymiotować, dzięki bogu nie potrafiłam zmusić się do wymiotów bo pewnie długo zmagałabym się z bulimiom. Potrafiłam nic nie jeść po kilka dni żeby mój brzuch był płaski. Jadłam kompulsywnie, aż do uczucia totalnej porażki. Nie mogłam wytrzymać sama ze sobą.

W liceum zaczęły się imprezy i alkohol, więc do jedzenia nie przywiązywałam, aż takiej wagi ponieważ miałam inny zagłuszacz, drinka albo kilka. Był nawet czas kiedy brałam silne tabletki na odchudzanie, działało oczywiście na chwile. W dalszym ciągu byłam niedoskonała. Miałam też chłopaka który mnie kochał, a ja czułam się kochana, nie trwało to jednak zbyt długo bo nie był wstanie zakleić wszystkich moich ran.

Kiedy w moim pierwszym poważnym związku zaczęło się walić, a ja poczułam się nic nie warta, zdradzona i opuszczona, znowu uciekłam w jedzenie. Przytyłam 20kg !

Po burzliwym rozstaniu po raz kolejny głodówki, waga wróciła do normy. 

W miedzy czasie było kilka wzlotów i upadków.

Związałam się w końcu z człowiekiem w którym ogromnie się zakochałam. Katowałam wtedy moje ciało głodówkami jak tylko się dało, żeby tylko mnie zaakceptował. Chciałam być taka jaką myślałam, że on chce abym była. Oczekiwałam, że teraz już wszystko będzie inaczej. Nie muszę Wam chyba mówić, że nie było.

Nie tylko ja nie akceptowałam swojego ciała ale on również go nie akceptował, i mimo że nie było to dla mnie przyjemne, to zgadzałam się z jego zdaniem. 

Zawsze miałam kilka kilo za dużo, nawet ważąc 52kg czułam się jak słoniątko. 

Teraz przypominam sobie te wszystkie sytuację z dzieciństwa, jak dziadek powtarzał że jestem grubasem. Jak drużynowy na obozie krzyczał do mnie że mam grubą dupę i nie umiem nawet wejść po drabince ze sznurka. I wtedy się tak czułam, mała Karolinka która zawsze była szczupła, widziała siebie całkiem inaczej.

Te wszystkie chwilę w których byłam odrzucana jako małe dziecko odbijało się cieniem przez całe moje życie. Nikt nie nauczył mnie kochać siebie wiec ja sama nie kochałam siebie. 

Nie słuchałam swojego ciała. Ciągle z nim walczyłam. 

Zauważyłam to wszystko kiedy podczas pracy z Wewnętrznym Dzieckiem zaczęłam przybierać na wadzę. Czułam się co raz lepiej a ciało pokazywało, że jeszcze tu jest coś do zrobienia. I wtedy zrozumiałam, że muszę podejść do siebie holistycznie. Teraz już wiem dlaczego tyłam. Obrastałam w siłę, bo czym byłam większa tym większe było prawdopodobieństwo, że ktoś mnie zauważy. Czym byłam większa tym paradoksalnie czułam się bezpieczniej, mogłam być ofiarą. To wszystko dzieje się na poziomie podświadomym, nie brzmi to logicznie, ale czym byłam bardziej nieszczęśliwa tym byłam bardziej bezpieczna. 

I tu zakończę i dam Wam chwilę do przemyślenia własnej relacji z ciałem. Myślę że czasem warto się zatrzymać i posłuchać swojego ciała, przeskanować je od góry do dołu, zobaczyć co tam u niego słychać. 

Teraz jestem z każdym dniem coraz bliżej jedności z własnym ciałem. Nauczyłam się je szanować, dbać o nie, mimo, że waga jeszcze pokazuje za dużo to ja patrzę na siebie z miłością, wyglądam dobrze bo czuje się dobrze.

Ciało odbija nam często emocję, moje ciało pokazywało mi wypartą złość. Moje ciało pokazywało mi bardzo dokładnie kiedy nie stawiałam granic, kiedy moje potrzeby nie były zaspokajane, kiedy robiłam coś wbrew sobie. 

Dzisiaj jestem ogromnie wdzięczna swojemu ciału za to, że jest takie jakie jest. Kocham je bo jest moje. Kocham je bo jestem wara miłości. Kocham je bo już nie dam sobie wmówić, że jestem wybrakowana. 

Przepraszam je bardzo każdego dnia, że tak źle je traktowałam przez tyle lat, że obrażałam i dawałam obrażać, że nie dawałam czułego dotyku, że zapewniałam odpowiedniej porcji ruchu, że wrzucałam w nie śmieciowe jedzenie, papierosy i alkohol.

Dziękuje, że mnie nigdy nie zawiodło, że nie chorowało poważnie, że mimo mojego nieodpowiedzialnego traktowania, chce ze mną współpracować. 

Relacja z moim ciałem to moja ostatnia prosta przy wychodzeniu z pozycji ofiary w moim życiu. 

Kochani życzę wam z całego serca aby wasza relacja z ciałem była cudowna i pełna miłości. 

Ukochiwanie siebie nie polega tylko na pracy Wewnętrznym Dzieckiem i ja sie o tym przekonałam na własnej skórze. 

Proces musi trwać, ja idę dalej i w moim życiu nie ma już miejsca na złe traktowanie siebie. 

Traktuj siebie samego, tak jak chciałbyś być traktowany <3

Opłacz to !

Płacz, dla wielu to temat tabu !

Często w swoim życiu słyszałam słowa: czego ryczysz, co się mażesz, przestań wyć. Przecież grzeczne dziewczynki nie płaczą. Dobrze, że nie jestem chłopcem bo oni to dopiero maja pod górkę w tym temacie.

Wstydziłam się płaczu, wszyscy powtarzali że jestem nadwrażliwa, że nie można mi nic powiedzieć bo od razu rycze.

Nikt nie potrafił dostrzec tego, że ja w ten sposób wyrażałam swoje emocję. Nie robiłam nikomu na złość. Nie chciałam nikogo zdenerwować od tak. Po prostu czułam.

Płacz jest wpisany w nasze życie już od pierwszych sekund. Noworodek nie potrafi wyrazić inaczej swoich potrzeb jak tylko przez płacz. Dzieci płaczą nie tylko w chwili kiedy są smutne. Płaczą kiedy są złe, kiedy ktoś nie odpowiada na ich potrzeby, kiedy czują ulgę bądź są przestraszone. Jest wiele powodów naszego płaczu.

Płacz ma moc oczyszczania. Jest niesamowitym narzędziem do uwalniania emocji. 

Ja nie potrafiłam korzystać z tego narzędzia, ponieważ nie akceptowałam swojego płaczu. Próbowałam pozbyć się go z mojego życia albo zapraszałam go i gościłam tak bardzo, że przejmował kontrolę i wpadałam w histerię. Nie potrafiłam znaleźć równowagi.

W dzieciństwie nauczyłam się manipulować płaczem ale i to nie zawsze działało, i tak nikt nie dawał mi tego czego potrzebowałam. Zresztą nie potrafiłam rozpłakać się na zawołanie, polegało to bardziej na tym że płakałam tak, żeby ktoś to zauważył i zobaczył jak bardzo cierpię, niestety nikt nie zauważył.

Chyba Was nie zaskoczę mówiąc że te schematy przeniosły się na moje dorosłe relację. Partner mówi, nie rycz a mama powtarza przestań płakać bo co inni pomyślą, powiedzą że Cie krzywdzę. Zdarzało mi się nawet powielać płacz na pokaz z dzieciństwa aby tylko mój partner zobaczył, jak bardzo mnie zranił i jak teraz cierpię. I nie, to nie była zagrywka, bo ja naprawdę cierpiałam okropnie i pragnęłam aby on to zobaczył i ukoił mój ból. Teraz już wiem, że nikt nie mógł zapełnić tej pustki, może zrobić to tylko ja.

Na temat płaczu jest wiele teorii, jak pomyślę co przez lata było wkładane mi do głowy o moich emocjach to aż robi mi się słabo. 

W trakcie procesu powrotu do siebie, zadzwoniłam do babci żeby wypytać się o to jakim byłam dzieckiem. Wiecie co usłyszałam? 

„Byłaś bardzo grzeczna ale i płaczliwa, nic nie dało się do Ciebie powiedzieć, ciągle tylko płakałaś, taki mazgaj, ja mówiłam, że powinnaś dostać porządny wpierdol wtedy by Ci przeszło to mazanie się.”

Jakbym dostała w twarz. I wiecie co wtedy zobaczyłam. Ujrzałam swoją mała Karolinkę, taką piękną, tak cudownie wrażliwą, tak niesamowicie empatyczną. Widziałam jak płatek po płatku odpada jej moc, jej siła. Karolina została złamana. Piórko po piórku oskubali jej skrzydła. Wmówili jej że największy dar z którym przyszła to wada.

I wtedy zaczęłam płakać, i pierwszy raz poczułam że nie zatracam się w otchłani melancholii i cierpienia. Poczułam że te łzy niosą szczęście, oczyszczają, wymywają to co nie jest moje. To był całkiem nowy płacz, płacz który przynosił ulgę.

Dałam sobie prawo do czucia i odczuwania. Dałam sobie prawo do bycia wrażliwcem. Teraz już wiem, że to co wyśmiewane i wypierane przez tyle lat może się rozwinąć. Mam wrażenie, że zaczęłam płakać świadomie.

Dzięki temu że dałam sobie zgodę na mój płacz nie muszę już go tłumić w sobie co często robiłam. Nie muszę również już się w nim zatracać co robiłam jeszcze częściej. Mogę po prostu płakać.

I wiecie co teraz mogę, płakać ze smutku ale i ze szczęścia.

A z czasem kiedy pozwalam sobie czuć, widzę jak odrastają piórka na oskubanych niegdyś skrzydłach.

Tyle lat nie panowałam nad swoim płaczem, że myślałam, że już taka jestem, po prostu rozchwiana. Wybuchałam płaczem z błahych powodów, a w trudnych, poważnych sytuacjach potrafiłam go schować bardzo głęboko. Nie chciałam pokazywać ludziom mojej wrażliwości, bo bałam się, że mnie skrzywdzą albo nazwą słabą i płaczliwą.

A obecnie „przeciekam” płaczę kilka razy dziennie, ze szczęścia, ze wzruszenia, ze złości, z nerwów, ze smutku. Płaczę i czuje jak kropla za kroplą rozpuszcza się moje zlodowaciałe serce. Uwielbiam ten płacz, bo on daje mi wolność.

Opłakałam utratę miłości. Karolinka, nie czuła się kochana. Czuła się opuszczona i zdradzona przez wszystkich.

Opłakałam utratę poczucia bezpieczeństwa. Karolinka nie czuła się bezpiecznie. Czekała tylko czujnie co się zaraz złego wydarzy. Wszędzie widziała podstęp.

Opłakałam utratę radości. Karolina nie potrafiła się już śmiać i być spontaniczną.

Opłakałam utratę niewinności. Bo niewinność również Karolinka utraciła.

Opłakałam utratę zaufania. Karolina nie potrafiła zaufać już nawet samej sobie. 

Opłakałam utratę własnej wartości. Karolina nie miała dobrego mniemania o sobie samej. 

Opłakałam też wiele innych rzeczy które dostałam bądź zostałam ich pozbawiona. Dzięki temu, że pozwoliłam sobie czuć, wokół zaczęły dziać się cuda. Wierzcie lub nie ale mój świat obrócił się o 180 stopni. 

I jedna z najbardziej cieszących mnie korzyści tego, że pozwoliłam sobie czuć a przede wszystkim płakać :

Moja córka ma niecałe 3 lata, przychodzę po nią do przedszkola a ona mówi do mnie: Mamo, ja trochę płakałam jak wyszłaś bo było mi smutno, mogę płakać to nic nie szkodzi.

Mam teraz ogromną przestrzeń na jej emocję. Mogę się wsłuchać w nią, w to co chce mi przekazać. Umiem uszanować jej emocję i daje jej prawo przeżywać je wszystkie bez wyjątku. Wiem też, że nie byłoby to możliwe gdybym ja sama nie dała sobie do tego prawa.  

Pozwólcie siebie na płacz. Pozwólcie sobie na wszystkie swoje emocję. 

Znajdź sobie przestrzeń która będzie przyjazna dla Ciebie, znajdź ludzi, którzy będą  potrafili akceptować Twoje emocję, będą Cie wspierać i obdarzą miłością. Zastanów się czego Ci trzeba w czasie kiedy przeżywasz silne emocję, i zapewnij to sobie <3

Myślę, że gdyby każdy z nas miał w sobie zgodę na płacz, na przeżywanie smutku i innych emocji, świat byłby jeszcze piękniejszy.  

Płacz <3

Poczuj to <3

Bądź tu i teraz <3

Bądź sobą <3

Kto szuka przyczyn, szuka usprawiedliwienia

Bert Hellinger

Dzisiaj przyszły do mnie takie słowa. I chciałabym z Wami się podzielić tym, co one mi przyniosły. 

Pierwsze co do mnie przyszło to ogromny bunt i złość. Jak to, przecież ja się nie usprawiedliwiam! Przecież ja na prawdę doznałam krzywd. Jak mogę nie szukać przyczyn mojego obecnego stanu emocjonalnego. To jakby wziąć tabletkę na bolący żołądek nie zastanawiając się dlaczego nas boli. Przecież jak mamy skutki to muszą być przyczyny. I co ? Ja mam to tak wszystko zostawić, odpuścić, wybaczyć ?

O nie !!!

Nie mam zgody na to, żeby wybaczać, to tak jakbym miała oddać kawałek siebie. Jak mogę wybaczyć coś co nadal boli. Jak mogę odpuścić coś co tak bardzo upomina się o uwagę. 

Jasne na wybaczanie przyjdzie czas. 

Ale jeśli nie znajdę przyczyn, to jak mam ukochać siebie, jak mam mieć wpływ na to co teraz się dzieje. 

Nie szukając przyczyny nie doszłabym do tego miejsca w którym jestem. A powiem Wam szczerze, że jestem coraz bliżej miejsca w którym chciałam być przez całe życie a co wydawało mi się nieosiągalne. 

Nie szukając przyczyny nie byłabym teraz szczęśliwą kobietą

Nie szukając przyczyny nadal przebywałabym z moim dzieckiem a nie naprawdę z nim była całą sobą.

Nie szukając przyczyny nadal wisiałabym na moim partnerze wymagając od niego, żeby dał mi to czego sama nie potrafiłam sobie dać.

Nie szukając przyczyny dalej pokładałabym uszy po sobie słuchając kolejnej reprymendy mojej matki.

Nie szukając przyczyny nadal tkwiłabym w swoim bagnie, a byłam w nim bardzo głęboko.

Nie szukając przyczyny nie mogłabym robić tego co kocham, nie mogłabym pisać. 

Mogę tak wymieniać bez końca bo szukanie przyczyny i ukochiwanie siebie kawałek po kawałku przyniosło mi ogromne zmiany w moim życiu. Nie tylko mentalne, ale i duchowe, fizyczne. Zmiany o których nawet nie marzyłam zaczynając tą drogę. Zmiany na każdym polu. 

Fakt jest taki, że oczywiście, nie możemy bez końca szukać przyczyn i na nich tylko się skupiać. To nie chodzi o to, żeby użalać się nad sobą teraz bezustannie. Chodzi o to, żeby znaleźć tą przyczynę. Uznać swoją krzywdę. Przeżyć te emocję. Przytulić swoje Wewnętrzne Dziecko. Dać mu to czego właśnie w tej sytuacji potrzebowało. Dać mu to, na co tak długo czekało. Dać sobie taką szansę. Szanse na powrót do siebie.

Co przyszło do mnie zaraz po tym?

Przypomniało mi się jak wszyscy zawsze powtarzali. Nie patrz do tyłu, ważne jest to co będzie. Nie można żyć przeszłością. To co było to już było. Przeszłości nie zmienisz. I jedyne co przychodzi mi na usta to – gówno prawda !!!

Jakieś dwa lata temu zgłosiłam się na terapie dla DDA. Byłam już w takim miejscu, że nie widziałam dalszej drogi. Wiedziałam, że muszę sobie pomóc. W trakcie terapii przyszło do mnie, że jeśli nie pamiętam swojego dzieciństwa to coś musiało być nie tak. Musiało być aż takie bolesne, że wykasowałam ze świadomości wszystko co było wcześniej. A nie pamiętałam prawie nic, aż do końca podstawówki. Ta myśl była dla mnie jak światło w tunelu. Ucieszyłam się jak małe dziecko. Pomyślałam, znajdę przyczynę i wszystko się odmieni.

Podczas sesji indywidualnej z terapeutką, opowiedziałam o moim odkryciu. Zapytałam pełna nadziei, jak to odzyskać, jak dowiedzieć się co tam się działo. A ona ku mojemu zdziwieniu mnie zbyła. Powiedziała że było co było, że nie ma sensu tego szukać, że nie mogę patrzeć w tył, że to mi nic nie da, nic nie zmieni. No i zostałam w tym bagnie dalej. Dalsza terapia indywidualna szła bardzo po wierzchu. Omawiałyśmy zdarzenia dnia codziennego ale to nic nie zmieniało. 

Szukałam wytrwale dalej, bo mimo wszystko, zależało mi na sobie. Chciałam być dobrą kochającą matką dla mojej córki. Chciałam być partnerką dla mojego faceta. Nie chciałam powielać schematów moich rodziców. 

I w końcu przyszło. Przyszła wiedza o Wewnętrznym Dziecku, o flashbackach, listach i całej reszcie. 

Co by się stało gdybym nie znalazła tego wszystkiego. Gdybym dała sobie spokój jak radzono. Gdybym odpuściła sobie, siebie. 

Pewnie byłabym dalej jedną z bardziej nieszczęśliwych osób jakie w życiu znam o tak bardzo smutnych oczach, z ogromnym kawałkiem lodu w sercu, z wysokim murem wokół siebie. 

Dlatego nie odpuszczajcie sobie! Weźcie odpowiedzialność za swoje emocję. Zaglądajcie do siebie, głęboko, do swojego serca. Kochajcie siebie, a jeśli jeszcze nie potraficie to, idźcie tą drogą, bo miłość własna to jedna z najwspanialszych rzeczy które możemy sobie dać sami. Idźcie za tym co czujecie, w sobie, za tym co z Wami rezonuje. Nie dajcie się zamknąć w jedną teorię, nie  ma jednej słusznej drogi. Każdy z Was ma inną, swoją drogę i tylko Wy wiecie co jest dla Was najlepsze. Każdy musi znaleźć swój sposób na powrót do siebie. Swój sposób na uleczenie swoich ran i ukochanie siebie.

I tego właśnie Wam życzę kochani ! Bądźcie blisko siebie <3 Słuchajcie siebie. Nie wszystko jest dla nas dobre. Wybierajcie mądrze to co wpuszczacie do swojego życia. <3 Kochajcie siebie <3

Moje normalne życie i szczęśliwe dzieciństwo.

Dawno dawno temu żyła sobie … i tak dalej i tak dalej. 

Jeszcze rok temu usłyszelibyście odemnie piękną bajkę, o mnie, o moim życiu, o tym co u mnie. Nie, nie okłamałabym Was. Byłam mistrzem w kolorowaniu mojej rzeczywistości. Nauczyłam się tego w dzieciństwie. 

Potrafiłam pięknie opowiadać o wszystkim na tyle powierzchownie i różowo, żeby nie musieć czuć. Bo kiedy już czułam to zatracałam się w czarnej rozpaczy nie wiedzieć skąd i po co.

Przychodząc pierwszy raz do Justyny na terapię opowiedziałam jej kolorową bajkę o tym, że mimo, że czuje, że jest coś nie tak i chcę  coś zmienić – coś bo nie wiedziałam jeszcze do końca co – w moim życiu, to ogólnie jest cudownie i w sumie to przesadzam.

Paradoks jest tu widoczny gołym okiem. Tak pełne sprzeczności były moje myśli i uczucia. Ewidentnie wszytko w moim ciele domagało się prawdy ale ja skrzętnie tą prawdę zamiatałam pod dywan, nie chciałam jej znać, nie chciałam czuć. Wtedy właśnie Justyna, jako chyba pierwsza w życiu osoba dostrzegła mnie prawdziwą i o mało nie powiedziała do mnie – dziewczyno co Ty mi tu pier… przecież ja widzę, że jest inaczej. Oczywiście nie powiedziała tego w ten sposób ale dodała do tego coś, co wstrząsnęło mną mocno. Powiedziała, że widzi przed sobą piękną kobietę o bardzo smutnych oczach.

Po sesji poszłam do lustra i głęboko zajrzałam w swoje naprawdę przeraźliwie smutne oczy. To co w nich zobaczyłam strasznie mnie przestraszyło, ponieważ w moich oczach była sama prawda o moim życiu i o tym w jakim miejscu się teraz znajduje, a było niezbyt ciekawie. Wiedziałam już, że tak dalej być nie może, i że zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby odzyskać blask w moich oczach.

Kiedy zaczęłam swoją drogę, miałam poczucie, że nie powinnam narzekać,  że nie mogę być poraniona bo miałam dobre dzieciństwo, że rodzice mnie nie bili i miałam co jeść co więcej nawet dobrze się nam powodziło. Czytałam wpisy na różnych grupach i myślałam, ta to dopiero miała przerąbane, gdzie ja tu ze swoimi przeżyciami. O a to dopiero trauma, nie to co moja.

Jak na ironię przystało wszyscy byli odemnie lepsi nawet w trudnych doświadczeniach i traumach które przeżyli. 

Nie należało mi się. Po raz kolejny w życiu chciałam odpuścić, ponieważ nie należało mi się. Zrezygnować z siebie, bo to było mi znane, moje, takie łatwe. Znowu nie musiałabym czuć ! Nie pamiętałam dobrze dzieciństwa miałam kolejną wymówkę. Jestem mistrzem w wymyślaniu wymówek, więc było ich sporo.

Napisałam jednak list do mamy. Napisałam go …. i nic. Czułam tylko dobrze znany ucisk w szczęce i sztywność ciała. Postanowiłam wiec przeczytać go na głos. To był niesamowity przełom, czytałam a słowa nie chciały przechodzić przez gardło. Łzy ciekły ciurkiem po polikach. Czułam jakbym miała zaraz zwymiotować, wyłaziło ze mnie wszystko co napisałam. Wtedy właśnie zrozumiałam, że mimo wszystko moje dzieciństwo wcale nie było takie szczęśliwe.

Teraz wiem. Moi bliscy zrobili mi krzywdę przede wszystkim emocjonalną. Długo nie chciałam przyjąć tego do świadomości. Wzbraniałam się, umniejszałam tej krzywdzie. Przecież rodzice zapewniali, że robili co w ich mocy. Miałam poczucie, że w porównaniu do innych miałam sielankowe życie i nie należy mi się współczucie. Wiele razy w życiu słyszałam: co Ty możesz wiedzieć, przecież Twoi rodzice mieli pieniądze, co Ty gadasz, przecież rodzice Cie nie bili, itd. Zrozumiałam jednak, że krzywda to krzywda, niezależnie od tego czy mała czy duża. Kto dał nam prawo do oceniania tego czy krzywda była krzywdą czy też nie? Nie możemy decydować o tym czy jak u kogoś w domu nie było alkoholu czy przemocy fizycznej to nie może czuć się skrzywdzony. Czasami dezaprobata wyrażona spojrzeniem rodzica może boleć bardziej niż klaps.

Myślę że nie można wartościować tego co przeżyliśmy, nie można stwierdzić czy mamy gorzej czy lepiej niż ktoś inny. Mamy tak jak mamy i tym należy się zająć. Myślę, że nie jest ważne czy ktoś to zrobił Ci umyślnie czy z niewiedzy … Często tłumaczy się takie rzeczy, były inne czasy, nie było takiej wiedzy, rodzice też poranieni. I tak, to się wszystko się zgadza, ale to nie umniejsza naszym krzywdą. W tym momencie liczy się to co czuliśmy jako dzieci a nie to jakie warunki mieli nasi bliscy. To że kolega z klasy nie był do końca świadomy tego co robi, puszczając plotkę o Tobie po szkole to nie znaczy, że Ty mniej to przeżyłaś/ przeżyłeś.

I przypomina mi się w tym miejscu historia jednej z kobiet, która uczestniczyła wraz ze mną w grupie DDA. Powiedziała on, że u niej w domu była patologia na bardzo wysokim poziomie. Rodzice wzięci adwokaci, dziadek prokurator, a w domu działy się takie rzeczy które się w głowie nie mieszczą. To że żyła w bardzo dobrych warunkach nie miało dla niej znaczenia bo krzywdzili ją emocjonalnie. Druga za to powiadała o przemocy w białych rękawiczkach która miała miejsce w jej domu. Kolejna była po prostu niewidzialna, nic niezwykłego nie działo jej się pod jej dachem. Fakt, że nie było widocznych nadużyć nie znaczył, że ona cierpiała mniej niż gdyby ją katowali.

Przykłady można mnożyć. Chciałam jednak tym pokazać że każda sytuacja jest inna i jeśli czujesz że coś było nie tak to pewnie masz rację. Możesz zapytać siebie, jak ja to pamiętam ?, nie jak było mi to przedstawione, czy wytłumaczone. Nawet jeśli nasza świadomość czegoś nie pamięta, to pamięta to podświadomość, a z całą pewnością pamięta to nasze ciało. Obserwujmy więc nasze reakcje w ciele, słuchajmy tego co nasze ciało chce nam powiedzieć.

Trzeba mieć dużą odwagę żeby zajrzeć w siebie, zobaczyć to co zostało nam zrobione. Gwarantuje jednak że taka praca się opłaca, i czym cięższe przeżycie mamy do przepracowania tym nagroda większa. Wbrew pozorom to nas nie zabije. 

Ja uznałam, że moje życie nie jest takie jakie bym sobie życzyła i dzięki temu mogę je kreować na nowo.

Uznałam, że moje dzieciństwo nie było tak wspaniałe jak twierdzą moi rodzice i dzięki temu mogę je opłakać. To że oni robili dla mnie wszystko najlepiej jak potrafili to nie znaczy, że ja nie czułam tego co czułam. Teraz mogę przytulić moje Wewnętrzne Dziecko, mogę wchodzić coraz głębiej i uzdrawiać to wszystko co przez lata chorowało, było toczone przez opinie i wtyki innych. Dało mi to ogromne pole manewru. W momencie kiedy uznałam swoje krzywdy, moje życie zaczęło zmieniać się na lepsze.

Uznałam siebie, zobaczyłam w jakim miejscu jestem obecnie i wiedziałam, że jest to stan przejściowy. Zaakceptowałam obecny stan rzeczy co pozwoliło mi działać.

Oczywiście to wszystko to proces, to trawa, to wymaga czasu i pewnej systematyczności. Nie można np. raz za sobą stanąć a raz nie, raz uznać swoją krzywdę a innym razem odpuścić żeby nie czuć.

Na swojej drodze spotykam wiele osób które są przekonane, że mimo wszystko trzeba wybaczać i trzeba kochać swoich oprawców bo miłość …. Miłość Ci wszystko wybaczy …. I owszem na wybaczenie też jest miejsce, przyjdzie na to czas. Jednak gdy wybaczamy na początku to zamyka nam to drogę do czucia. Bo jeśli wybaczamy przedwcześnie to nie mamy już nad czym płakać. Wybaczam i zakopuje jeszcze głębiej to co nie wyrażone, nie daje sobie prawa tego poczuć, przepracować, ukochać, uwolnić się od tego ładunku który aż się prosi o zobaczenie i uznanie. Co wtedy możemy powiedzieć Wewnętrznemu Dziecku:

Nie no przepraszam, wiem że źle się czułeś kiedy tata Ci mówił, że jesteś do niczego i Cie wyzywał, ale ja już mu wybaczyłem, po sprawie, załatwione, czujesz się lepiej?

 

Pamiętajcie że każdy z nas potrzebuje miłości, bezpieczeństwa, opieki i jeśli tego nie było to mamy prawo czuć się skrzywdzeni. Uznanie tych krzywd, da nam prawo do ukochania siebie. Będziemy mogli dać to wszystko sobie sami.

Wystarczyło tylko że nasi rodzice :

  • Byli niedojrzałymi dziećmi w skórze dorosłej osoby
  • Byli Pasywni
  • Byli Nieufni wobec świata
  • Tłumili emocje
  • Mieli cechy narcystyczne
  • Nie dali nam poczucia bezpieczeństwa
  • Byli zajęci sobą i nie mieli przestrzeni dla nas
  • Ranili słowami, oceniali 
  • Nie wierzyli nam
  • Poniżali nas przy każdej okazji
  • Zawstdzali
  • Stosowali szantaż emocjonalny
  • Kierowała nimi opinia innych

Nie mówiąc już o tych rodzicach którzy bardziej kochali alkohol od własnych dzieci itd. To wystarczyło żebyśmy stracili swoją niewinność i boskość, swój blask z którym się rodzimy. Jeśli zostaliśmy nauczeni, że jeśli nie zachowamy się w pożądany sposób to mama się obrazi albo będzie krzyczała, to co my wtedy czuliśmy, co o sobie pomyśleliśmy. Zaczęliśmy powoli odcinać się od siebie. Rodzice pokazywali nam, że nie jesteśmy ważni, ze to co czujemy jest niewartościowe. Nie widzimy tego co widzimy, nie słyszymy tego co słyszymy. Jak mówisz to mówisz źle, więc lepiej już nie mów. I przestaliśmy ufać sobie. Odcięliśmy się od siebie. Nie rycz, nie złość się, nie krzycz, nie kłam, o co Ci znowu chodzi, nie przeszkadzaj mi itd. Przestaliśmy siebie słuchać, uwierzyliśmy w to wszystko co o nas mówiono. Przestaliśmy widzieć swoją wartość. Dlatego własnie musimy wracać do siebie. Kiedy pozwalamy sobie czuć, jeśli pozwalamy sobie płakać, złościć się to odblokowujemy traumę, uwalniamy siebie i jesteśmy bliżej siebie. Poprzez czucie możemy pokochać siebie na nowo, możemy zacząć sobie ufać. Odblokowujemy to czego nie pozwalano nam czuć i nagle okazuje się że możemy wszystko.

Teraz możemy to naprawić, możemy to wszystko odkręcić. Dać sobie bezwarunkową miłość, bezpieczeństwo i wszystko to czego zabrakło nam w dzieciństwie. Dlatego pozwalajmy sobie czuć wszystko. Miejmy jaja żeby zaglądać do tych ran które tak bolą. Przecież my wiemy, że bolą, kują, palą, jest nam z nimi bardzo niewygodnie. One domagają się uwagi. Oddajmy to wszystko co do nas nie należy. Ukochajmy siebie. Zawalczmy o siebie !

 

 

Wewnętrzne Dziecko, czy zawsze cieszy się na nasz widok?

Kontakt z wewnętrznym dzieckiem

O swoim wewnętrznym dziecku usłyszałam jakoś na początku tego roku.

Było to dla mnie duże zaskoczenie, jak to wewnętrzne dziecko? we mnie? i ja mam z nim rozmawiać? przecież to nie jest normalne!

Pomyślałam jednak, jak to mi nie pomoże, to już nic mi nie pomoże. Poczułam że to jest moje, że to ze mną rezonuje.

Poczytałam, posłuchałam, i myślałam, że wiem już wszystko co widzieć trzeba.

Zamknęłam więc oczy i …

i miało być pięknie, moja mała Karolinka miała rzucić mi się w ramiona ale nic takiego się nie stało.

Inspiracją do tego artykułu była medytacja której ostatnio słuchałam. Która własnie pokazywała Wewnętrzne Dziecko które jest zachwycone, kocha Cie i cieszy się, że przyszedłeś, ptaki ćwierkają a słońce miło otula Twoje ciało.

Moje pierwsze spotkanie z Karolinką wyglądało całkiem inaczej niż to sobie wyobrażałam. Nie ucieszyła się na mój widok, co więcej, przez cały czas stała do mnie plecami, nic nie mówiła. Byłam zaskoczona, po pierwsze dlatego, że ta wizualizacja w ogóle mi się udała, a po drugie, że to dzieje się samo, że nie mam wpływu na tą mała istotkę we mnie, a ona może robić co chce, a nie to co pomyślę. To się po prostu dzieje jakbym oglądała film ze sobą w roli głównej.

Mówiłam do niej, że jestem, że przepraszam, że tyle czasu mnie nie było, i że ją ignorowałam, że ją kocham. A ona twardo stała tyłem i nie miała zamiaru ze mną rozmawiać.

Mała Karolina nie chciała ze mną rozmawiać przez dobry miesiąc, a ja wytrwale do niej przychodziłam, wiedziałam że muszę odbudować jej zaufanie. Wracałam do niej nie raz, zaczęłyśmy uleczać pojedyncze sytuacje, które do mnie przychodziły jedna po drugiej.

Byłyśmy w przedszkolu, kiedy Pani posadziła ją za karę na ławkę, ponieważ kolega ją zaszantażował i kazał rozwalić koleżance dom z klocków. Byłyśmy w domu, kiedy płakała bo była głodna, i nikt nie chciał dać jej butelki.  Byłam z nią kiedy płakała, bo bała się być sama. Byłam z nią w tych wszystkich sytuacjach i starałam się dać jej poczucie bezpieczeństwa.

Nie mówiłam frazesów, nie opowiadałam jak to będzie dobrze i cudownie, po prostu byłam, byłam z nią i pozwalałam na to, na co nikt nigdy jej nie pozwalał. Pozwalałam mojej małej Karolince czuć !! Mówiłam, że jest dla mnie ważna i wszystko co czuje jest w porządku, że może się złościć, że może płakać, a ja będę przy niej.

I tak przeżywałyśmy po kolei wszystkie sytuację które ona mi pokazywała. Rozbierałyśmy jej mur, którym się obudowała przed światem cegiełka po cegiełce. Na początku mojej drogi nie pamiętałam dzieciństwa . To dzięki spotkaniom z moim Wewnętrznym Dzieckiem zaczęłam odkrywać swoją przeszłość.

I było tak pięknie, czułam jak płynę z nurtem.

Pewnego dnia nie miałam nic konkretnego wiec przyszłam od tak do Karolinki a ona zaczęła mi uciekać, wiec ja, goniąc ją, próbowałam przekonać, żeby się zatrzymała, żeby przestała uciekać.

… I wiecie co, moja kochana mała Karolinka zrobiła.

Moja Karolinka, pokazała mi się jako strasznie przerażający stwór, zaczęła krzyczeć, krzyczała tak jakby chciała wyrzucić z siebie cały ból, jakby miała zaraz zwymiotować.

A ja siedziałam tak przy niej, na początku przestraszona, a czym ja byłam bardziej przestraszona, tym ona bardziej była przerażająca. Sparaliżowało mnie na dobrą chwilę.

Aż w końcu wstałam z kolan i powiedziałam jej:

Kochana ja się Ciebie nie boję. Ja Ciebie kocham ! Możesz mnie straszyć ale dla mnie już nie jesteś straszna, dla mnie jesteś piękna i niewinna ! Ja będę przy Tobie w każdej sytuacji. Nawet jeśli miałabyś już zostać w takiej postaci, to ja będę z Tobą, ponieważ kocham Cie bez względu na wszystko!

Bardzo to wtedy czułam, czułam całą sobą, że już się nie boje, że już czas pokochać siebie mimo wszystko!

Możecie się domyślić co się stało. Moja Karolina wróciła do normalnej postaci. Zaczęła płakać a ja tuliłam ją jak tylko czule potrafiłam. A w trakcie tych czułości zasnęłam.

To było niesamowite doświadczenie i kolejny krok w powrocie do siebie. Teraz już wiem, że to było moje pierwsze spotkanie z cieniem, ale o tym kiedy indziej.

Chciałam Wam tym powiedzieć, że spotkania z Wewnętrznym Dzieckiem nie zawsze są przyjemne. Nie w każdej sytuacji nasze Wewnętrzne Dziecko będzie cieszyć się na wasz widok. Może Was wyzywać, obrażać a nawet pobić. Cała sztuka polega na tym żeby pozwolić te emocję uwalniać, żeby mieć przestrzeń na to. Jeśli jednak takiej przestrzeni jeszcze nie mamy, to myślę, że warto uczciwie o tym powiedzieć. Możemy powiedzieć, że bardzo nam przykro, że nie potrafmy jeszcze zareagować, że zrobimy wszystko, żeby się nauczyć.

Ja często kiedy na początku nie potrafiłam reagować na zachowania mojej Karolinki, mówiłam jej po prostu, że nie umiem ale ją widzę i słyszę, że jest dla mnie bardzo ważna i jestem tu przy niej całym sercem.

Nasze Wewnętrzne Dziecko nie zawszę będzie potrzebowało miłych i ciepłych słów. Myślę, że Wewnętrzne Dziecko czasem potrzebuje żebyśmy weszli z nim w daną sytuację i stanęli za nim, żebyśmy byli. Może czasem trzeba będzie zasłonić mu uszy żeby nie słyszało kłótni rodziców, a innym razem trzeba będzie płakać razem z nim bez słów, złapać rękę kata zanim wymierzy cios, a może wyjaśnić, że w rzeczywistości świat tak nie wygląda. Może trzeba będzie pokazać inne życie, pokazać, że można żyć w zgodzie ze sobą w świecie pełnym miłości. Udowodnić, że nie zostanie po raz kolejny skarcone, uderzone, opuszczone.

Nasze wewnętrzne dziecko musi nam zaufać !

Myślę również, że klucz w tym, żeby stać się dobrym rodzicem dla naszego dziecka. Musimy kochać swoje dzieci bezwarunkowo, ale także stawiać im granice, żeby czuło się przy nas bezpiecznie. Podstawą jednak na początku jest odbudowanie zaufania, pokazanie, że już zawsze będziemy, że nie zostanie już samo.

Moja mała Karolinka dopiero teraz po niecałym roku otwiera się przede mną prawdziwa, płacze, przybiega do mnie kiedy spotykamy się w wizualizacjach, złości się i opowiada o tym co jej zrobiono. Żeby mogła mi zaufać i otworzyć się musiałam jej pokazać nie tylko w sercu, że mi na niej zależy. Pokazywałam jej to coraz częściej w moim życiu, tu i teraz. Kiedy np.

  • Stawałam za sobą w kontaktach z bliskimi
  • Wyszłam z pozycji ofiary
  • Stworzyłam swoją listę potrzeb i zaczęłam je realizować świadomie
  • Zaczęłam bardzo świadomą pracę z ciałem
  • Procesowałam emocję które do mnie przychodziły

O tym wszystkim też chętnie Wam opowiem w kolejnych wpisach.

Przykłady spotkań z moją Karolinką mogłabym mnożyć bo każde było inne i wyjątkowe, jedne trudne drugie bardzo przyjemne a trzecie z kolei przerażające. Nie miej jednak jestem sobie ogromnie wdzięczna, że już potrafię tak o siebie zadbać i dać sobie poczucie bezpieczeństwa.
Wiem, co tak naprawdę chciałbym dostać na Gwiazdkę. Moje dzieciństwo. Nikt mi tego nie da […] Wiem, że to niemądre, ale czy Boże Narodzenie musi być mądre? Przecież to święto dzieci: tego dziecka, które przyszło na świat dawno temu, daleko stąd, oraz dziecka dzisiejszego. W Tobie i we mnie. Robert Fulghum M

Fakt, nikt dzieciństwa nam nie zwróci, ale możemy do niego wracać i zmieniać nasze tu i teraz. Jest co cudowny dar, możemy uleczać nasze rany, łamać schematy, i przeciwstawić się temu co nam nawkładali o nas samych.

Znam przypadki w których Wewnętrzne Dziecko było niesamowicie brzydkie, niemiłosiernie chude lub grube. Moja Karolinka wyglądała jak mały dzikusek była brudna, potargana i odziana w łachmany. Długo nie chciała dać się doprowadzić do porządku. Dopiero kiedy zaczęłam wychodzić z roli ofiary ona powoli dała się wykąpać, uczesać, ubrać w czyste ubranie.

Zadbałam o nią, karmiłam, spełniałam jej potrzeby, nie raz siedziałyśmy i np. czytałyśmy książkę. Nie za każdym razem wracałam do konkretnego wspomnienia.

Wewnętrzny Niemowlak mojej bliskiej przyjaciółki przewalał jej się przez ręce. To nie jest tak, że robimy coś źle, nasze Wewnętrzne Dziecko chce nam coś przez to pokazać, na coś zwrócić uwagę.

Moja mała Karolinka na początku mieszkała w ciemnym lesie. W środku lasu, do którego mnie pewnego dnia zaprowadziła, pokazała mi nagrobki wszystkich swoich bliskich.

Ta wizualizacja miała miejsce akurat na jednej z sesji z cudowną osobą która mnie wspiera i prowadzi w mojej drodze.

Zapytałyśmy Karolinki po co ona tam jest, czy musi coś robić przy tych grobach. A ona z najsmutniejszą twarzą jaką kiedykolwiek widziałam w życiu, powiedziała, że ona musi się nimi opiekować, że ona mimo, że bardzo się boi tam być, nie może wyjść z tego lasu bo oni jej nie pozwalają. Powiedziała, że oni jej potrzebują.

Udało mi się ją przekonać, że jest inaczej, że teraz kiedy ja jestem z nią ona może wszystko ! Później rozmówiłam się z bliskimi. I stworzyłam Karolince cudowną przestrzeń poza lasem, po drugiej strony rzeki, ma tam swój wymarzony domek na drzewie i wszystkie wspaniałości na które zasługuje.

Nie burzyłyśmy mostu, dlatego żeby móc wracać do tego lasu – do mojego cienia, żeby móc uleczać kolejne rany.

Kochani, jeśli zaczynacie głęboką pracę z emocjami bardzo polecam Wam mieć wsparcie kogoś bliskiego kto będzie miał przestrzeń na Wasze emocję i okaże wam maksimum zrozumienia i miłości lub pracę z terapeutą.

Podsumowując, chciałam życzyć Wam kochani, żeby Wasze kontakty z Wewnętrznym Dzieckiem prowadziły Was do rozwiązań, do samoakceptacji, do zmiany życia na lepsze, do ukochania siebie, żebyście odnaleźli nową radość, żebyście patrzyli w przyszłość z ufnością i żyli tu i teraz. Albowiem żeby zajrzeć w siebie trzeba mieć ogromne jaja. Często jest to bardzo ciężkie i bolesne.  Jednak tylko w ten sposób możemy dokonywać stałych zmian w sobie. Tylko w ten sposób możemy stać się w pełni zgodni ze sobą i autentyczni. Wiec zaglądajmy w siebie, bądźmy z tymi emocjami, pamiętając że czym głębsza rana do uleczania tym większy skarb za nią na nas czeka.


Dziękuje bardzo. Ściskam Was serdecznie. Samych cudów w Waszym życiu Wam życzę