Muszę bo się uduszę

 

Przyszedł czas na podsumowanie

Na mojej stronie znajdziecie wpisy które powstawały w trakcie mojej drogi do siebie, w trakcie mojej terapii.

Na mojej stronie znajdziecie wpisy, które są pełne złości, smutku, żalu i wielu innych emocji które buzowały we mnie przez lata.

Teraz nie ma ich już w moim życiu. Nie ma ich już w takiej ilości. Nie ma ich już w takiej formie.

Chciałam powiedzieć, że według mnie na tym powinna polegać terapia, na tym aby uwolnić to wszystko co tak mocno determinowało moje życie, na tym aby uleczyć to w sobie.

Pisałam już o tym jak to jest z prawdą ?

Każdy ma swoją. Jak stoimy tutaj w kilka osób, tak każdy daną sytuację odbierze w całkiem inny sposób, będzie na nią patrzył przez swój pryzmat, przez swoje doświadczenia, przez swoje rany.

Każdy ma swoją prawdę, i każda z nich jest okej. Jak dla mnie nie ma jednej uniwersalnej prawdy.

Pracuje czasami z osobami spokrewnionymi bliżej lub dalej, z parami ( z każdym z osobna) i widzę jak każda osoba jest indywidualna, jak każdy inaczej odbiera sytuację, zdarzenia, ludzi, rodziców. Niby jeden dom, te same przeżycia a całkiem inny odbiór.

Chciałam Wam powiedzieć, że wszystko co tu napisałam jest moją prawdą. To nie znaczy, że to co napisałam, mija się z prawdą, że to wymyśliłam, to nie tak. To są wydarzenia widziane moimi oczami, odbierane prze zemnie, przyjmowane przez lata do mojego bardzo wrażliwego serca.

I na przykład. Dla mnie często nawet żarty były bardzo bolesne,  mocno je przeżywałam i odbierałam jako prawdę o sobie, od razu się broniłam. Dla mnie odrzuceniem było już krzywe spojrzenie.

I to że dajmy na to rodzic nie miał złych intencji nie znaczy, że krzywda dziecku się nie stała. I nie chodzi tu o to aby teraz linczować rodziców ale uzdrowić to w sobie. Jak najbardziej oddanie krzywdy jest bardzo potrzebne i bazuje na tym wile metod terapii, min radykalne wybaczanie. Przykładów można mnożyć. Rodzice którzy się kłócą, nie chcą krzywdzić dziecka, ale są zajęci sobą i swoimi wojnami a dziecko na tym cierpi, przeżywa swój dramat i dodatkowo często nie ma żadnego wsparcia bo przecież rodzice są pochłonięci sobą.

I co chce przez to powiedzieć ? I dlaczego ?

Mam poczucie, że rodzina i znajomi, którzy czytają mojego bloga mogą to wszystko źle interpretować.  Postanowiłam więc doprecyzować aby nie było już wątpliwości.

Określenie „trauma seksualna” które pojawiło się w jednym z wpisów zanim jeszcze zdecydowałam się opisać mój gwałt, spotkało się z opinią, że byłam gwałcona w domu i dotarło to do moich bliskich. I choć nie odpowiadam za indywidualną interpretację tego co pisze, to jest mi przykro, że bliska mi osoba została oskarżona o tak okropne posunięcie.  A więc powiem w prost, nie spotkały mnie żadne nadużycia na tle seksualnym w domu. Zostałam zgwałcona na wyjeździe przez kolegę.

Alkohol w moim domu był to fakt, alkoholikiem jest dziadek który z nami mieszkał i to w związku z dziadkiem trafiłam na terapię DDA.

Mieszkałam w domu jak to można określić wielopokoleniowym. Mieszkaliśmy z dziadkami i rodzeństwem mamy, choć każda z rodzin prowadziła osobne gospodarstwo domowe, to również oni mieli wpływ na moje dzieciństwo. Np. Ciocia która nie pozwalała mi wchodzić (ciekawemu dziecku) do swojego pokoju a jej córka jeśli już mnie wpuściła to nie pozwalała niczego dotykać, i wujek który tresował wzrokiem, którego potwornie się bałam i wiele, wiele innych sytuacji które miały na mnie duży wpływ. Jednym z nich jest np. samobójstwo mojej babci z którą byłam bardzo blisko związana.

Moje rany powstawały latami, i tu nie do końca jest tak, że wszystkie były czyjąś winą. Pisałam o moim wczesnym dzieciństwie i o tym że nie byłam karmiona piersią i to prawda. Jednak było tak na wskutek tego, że miałam potworne kolki, a bliscy chcieli pomóc tak jak umieli, nikt mnie nie „głodził” bo mu się nie chciało mnie nakarmić, po prostu babcia starej szkoły kazała karmić co trzy godziny, później przekonała mamę, że jej mleko jest niewartościowe – ojj jakie to było popularne w tamtych czasach. Nie było tam złych intencji, każdy robił co mógł, żeby ukoić ten płacz. Jednak co zapisało się w małym dziecku? Co taki maluszek mógł pomyśleć o sobie? Co odbierał jeszcze ? – zmęczenie – może złość – bezradność.

I chciałam tu też pokazać, że z Wewnętrznym dzieckiem mogą również pracować ludzie którzy pochodzą z dobrych ciepłych domów, tak naprawdę każdy. Bo który człowiek nie popełnia błędów, każdemu nawet najlepszemu rodzicowi zdarza się coś spieprzyć. Mi też się zdarza spieprzyć to i owo w moim macierzyństwie i to nie raz.

Kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem.

Jeśli ktoś obraca się w temacie to już za pewne wie, że często intencję rodziców nie mają nic wspólnego z tym co my odbieramy. Dobrze wie też, że jeśli nie czuliśmy się kochani w dzieciństwie to nie znaczy, że kochani nie byliśmy. Najczęściej rodzice kochać bezwarunkowo nie potrafili. Oczywiście są od tego wyjątki. Jednak większość rodziców kocha swoje dzieci i nie chce dla nich źle, reagują przez swoje własne doświadczenia, przez swoje własne krzywdy, sami nie byli kochani i najzwyczajniej w świecie nie wiedzieli jak to się robi. Jak wszyscy dobrze wiemy jesteśmy potomkami ludzi którzy walczyli na wojnach, zabijali, patrzyli na śmierć, przeżywali głód, biedę, tracili całe majątki, tracili rodziny. Tego żniwo zbieramy my. Bo nasi przodkowie nie chodzili na terapię nie mieli możliwości poradzić sobie z tymi traumami a one przechodziły tak z pokolenia na pokolenie a teraz dotykają także nas.

Spotykam się niestety, też z takimi sytuacjami, że matki nie potrafią przyjąć córek do swojego serca i specjalne względy mają synowie, matki które są tak zajęte swoimi problemami, że nie widzą swoich dzieci, matki które są nadopiekuńcze, kontrolujące itd. – i czy one chcą źle ? Nie, one są ślepe. Matki które szukają miłości, które są nieżywe w środku, które są nie czułe a czasami wręcz okrutne dla swoich dzieci. Czy zapytane o to, odpowiedziałyby – tak chciałam skrzywdzić swoje dziecko? Pewnie, nie. Są matki które piły całą ciążę ale są również matki które tak bardzo bały się o swoją ciążę, że żyły w ciągłym lęku i to też ma ogromny wpływ na takiego maluszka. Ile ludzi na świecie tyle przykładów.

Nie czas teraz na ocenę kto jakim jest człowiekiem i do czego w życiu się posunął. Na prawdę słyszałam już wiele okropnych historii ale dla mnie te bardzo drastyczne jak i te z pozoru nieszkodliwe mogą wyrządzić nam krzywdę. I mówię tu o ogromnej potrzebie miłości, takiej, że jesteśmy w stanie zadowolić się „resztkami ze stołu”, mówię tu o tkwieniu w pozycji ofiary, mówię tu o lękach które paraliżują nas w życiu, mówię tu o cieniu który powraca, mówię tu także o szantażu emocjonalnym którym się posługujemy na codzień, mówię o toksycznym wstydzie który nie pozwala żyć w szczęściu i obfitości. Jest tego wiele naprawdę. I nie chodzi tu naprawdę o tych rodziców i innych bliskich bądź dalszych, tu chodzi o nas !!! Żeby się wyrwać z pod tego jarzma, żeby żyć w miłości.

I w swojej ogromnej empatii powiem, tu nie chodzi o to aby obwiniać kogoś o nasz dotychczasowe życie. Tak, trzeba zobaczyć co zostało nam zrobione. Tak, trzeba zobaczyć kto nam to robił. Tak trzeba dotrzeć do tego skąd w naszym życiu ciągłe braki, lęki i bóle. Tak trzeba to uwolnić. Uwolnić czyli poczuć jeszcze raz, ostatni raz, poczuć i puścić. Zmienić to, zaopiekować się sobą w trudnej sytuacji, czasami zrobić to czego dziecko zrobić nie mogło, stanąć w swojej obronie. I nie, nie trzymać się tego, nie obwiniać za swoje życie innych. Wziąć tą odpowiedzialność w swoje ręce i zacząć zmieniać swoje życie, zmieniać oprogramowanie, uwalniać się od programów które rządzą naszym życiem.

Nie umiałam przyjąć mojej matki do serca. Po prostu nie potrafiłam tego zrobić. Mimo, że serce wiedziało, że ona kocha to głowa podpowiadała coś całkiem innego. Chodziłam na terapie i każdy mówił to samo, masz problem z mamą. Ja to wiedziałam ale nie umiałam tego rozgryźć. Moja mama jest jaka jest, często się z nią nie zgadzam, mam całkiem inne spojrzenie na życie niż ona, denerwuje mnie a czasami sprawia przykrość i wiecie co?  Bardzo ją kocham. I wiecie co jeszcze – jest jak każda mama, myślę, że każda mama czasami denerwuje, że często nie zgadzamy się ze swoimi matkami bo jesteśmy po prostu inni. Matka jak każdy człowiek. Wywołuje pewne emocję i to odemnie zależy co ja z tym zrobię. Ja nie mogę zmienić mojej mamy – chociaż próbowałam to robić przez lata. Chciałam, żeby kochała mnie tak jak ja tego chciałam, żeby akceptowała mnie na moich warunkach, żeby była inna, żeby była taka jaką ja ją chciałam widzieć. Nie miałam o tym pojęcia. Dopiero w momencie kiedy wyrzuciłam z siebie to wszystko co tak mocno mnie blokowało, zrobiła się przestrzeń, żeby to dostrzec Dopiero kiedy dowiedziałam się kim jestem , a ja jestem dorosła to poczułam – przyjmuję Cie mamo taką jaką jesteś – to odemnie zależy jak będę odbierała Twoje słowa i gesty, co z tym dalej zrobię .

Nie napisze tu laurki dla mojej mamy, bo dla mnie te laurki to ściema, nie wierzę w to, że są matki idealne, matki które zawsze akceptują, które zawsze wspierają itd. Nie ma nawet takich ludzi. Ludzie są ludźmi i zachowują się czasami beznadziejnie. Każdy z nas czasami zachowuje się beznadziejnie. Ale moja mama zawsze za mną stanie kiedy sytuacja tego wymaga, mój tata pójdzie za mną w ogień i dopiero teraz po latach terapii udało mi się to zobaczyć. Kiedy już uwolniłam się od tego co bolało mogę dostrzegać te dobre chwilę. I tak dalej czasami ich słowa ranią, ale ja już ich nie przyjmuję, biorę tylko to co dobre, i to właśnie chce dawać.

Są przy mnie ludzie którzy nie mogą nawet i tego powiedzieć o swoich rodzicach i zawsze bardzo to przeżywam, nie potrafię pojąć jak można tak źle traktować drugiego człowieka a co dopiero własne dziecko. I wiem, że to też można przeobrazić w miłość w sobie, cień zamienić w światło, że można takich rodziców przyjąć (co nie znaczy wybaczyć, czy przyjąć fizycznie do siebie, czy nawet kochać), zrozumieć ich historię i zaakceptować to co się stało, odpuścić sobie.

I nie, nie mówię tu teraz, że natychmiast trzeba usprawiedliwiać swoich rodziców.  Mówię, że przychodzi taki czas, że dzieje się to naturalnie. Kiedy człowiek pokocha siebie, zobaczy co zostało mu zrobione, pozwoli sobie na swoją prawdę i uwolni te emocję to dzieje się to samoistnie.

I tak sobie myślę o tych ludziach którzy tak łatwo oceniają, którzy rzucają osądami jak z rękawa. Ja też taka byłam. – Jezu co za matka – Jak on tak może – To zły człowiek – Kawał chuja itd. Nadal czasami mi się zdarzy bo komu się nie zdarza. Ale kiedy przestajemy oceniać siebie to nie oceniamy też innych w moim mniemaniu.

Nie miałam idealnego domu, idealnego dzieciństwa, idealnych rodziców. Pamiętajcie, że nie ma ludzi idealnych. Dużo przeszłam w swoim krótkim jeszcze życiu. Ale jestem po stokroć wdzięczna moim rodzicom, że jestem. Jestem wdzięczna, że dzięki temu czego doświadczyłam jestem w tym miejscu w którym jestem. Dzięki temu czego doświadczyłam i przyjęłam do serca, mam tak ogromną przestrzeń dla bliskich, dla córki, dla ludzi z którymi pracuje.

Zawsze bulwersowały mnie słowa, że dzieci z dysfunkcyjnych domów, zyskują ta wiele talentów umiejętności, np. radzenia sobie w stresujących sytuacjach co pomagało w pracy itp. Że często tacy ludzie osiągają sukcesy itd. I owszem zgadzam się z tym ale zdecydowanie nie mogłam się zgodzić z twierdzeniem, że mamy być tym rodzicom wdzięczni. Przychodziło wiele argumentów, bo jak można być wdzięcznym, za biedę, za głód, za przemoc, za wykorzystywania seksualne itd. Jak ja mam powiedzieć komuś kto był torturowany przez ojca albo molestowany przez brata, że ma być za to wdzięczny.

Jak ?

No po prostu, nie mówię. To, że ja przeszłam tą drogę to moje i nie mam prawa narzucać tego nikomu innemu, mogę pokazać drogę, mogę pokazać perspektywę ale nie powiem nikomu wybacz.

Jakby ktoś w tamtym roku powiedział mi, żeby iść dalej musisz wybaczyć swojemu gwałcicielowi, zabiłabym go śmiechem a później pewnie mocno bym się zbulwersowała. Nikt mi tego nie mówił, ja sama poczułam w pewnym momencie, że chce się od tego uwolnić, puścić to i tak tez zrobiłam, wybaczyłam mu w sercu i jestem wolna. To nie znaczy, że to nie boli jak sobie o tym przypominam, ale teraz już nie muszę sobie o tym przypominać już nic mnie przy tym nie trzyma.

Dlatego, nie powiem Ci, bądź wdzięczny, kochaj, wybacz. Powiem jednak, zacznij od siebie, odpuść sobie i weź życie w swoje ręce. A wszystkim tym którzy tak barwnie wypowiadają się o mnie w kontekście tego co piszę, powiem, postawcie się w butach tamtego dziecka, małej Karolinki, czy nastoletniej Karoliny. Nie oceniajcie mnie, ani mojej rodziny. Zobaczcie co to w was porusza i dlaczego <3

W miłości do siebie, życzę wam światła i miłości w swoim życiu.

 

I tylko nie ma miłości

Gdy jestem przy tobie, znowu patrzę ci w oczy,
to nie wiem jak to będzie i co.
Bo widzisz, kochanie, miłość poszła na wygnanie,
choć mówią, że to wcale nie to.

Tak śpiewa Organek, a mi te słowa dzisiaj wybrzmiały w głowie i przypomniały o początkach mojej drogi.

I tylko nie ma miłości.

oddajcie ją!
oddajcie miłość i wiarę w nią

Moje pierwsze spotkania z Wewnętrznym Dzieckiem nie były proste. Mała Karolinka najpierw wcale nie chciała mi się pokazywać stała tyłem, była jakby przezroczysta. Kiedy już zdecydowała mi się pokazać wyglądała jak dziewczynka z filmu Ring. Krzyczała, płakała, wyła przeraźliwie jak zranione zwierzę.

Nie wiedziałam wtedy za dużo o tej metodzie pracy ale wiedziałam jedno, tam nie było grama miłości.

Kiedy teraz to piszę to łzy same płyną mi po policzkach. Na myśl o tym, że ona kiedyś tak cierpiała, że ja tak cierpiałam w środku, aż skręca mnie w żołądku.

Karolinka bardzo bała się życia, była przerażona, nie ufała nikomu, nie ufała sobie. Nie zasługiwała na nic dobrego, potępiała samą siebie i czekała na potępienie z zewnątrz. Ona nawet już nie wierzyła w lepsze jutro.

A ja byłam zamknięta w różowej mydlanej bańce i wychodziłam tylko kiedy byłam sama. Wtedy pluskałam się w bagnie, tkwiłam w nim po uszy. Na zewnątrz miła, radosna dziewczyna, w środku zgniłe jabłko. Tak się czułam. Nie raz zastanawiałam się kiedy ludzie wokół dostrzegą jaka jestem zła.

Chciałam być dobra, chciałam wierzyć, że ze mną wszystko jest w porządku, lecz serce było zamrożone na amen.

Patrząc wstecz nie mogę patrzeć jak błagałam o resztki ze stołu, o strzępy miłości i akceptacji. To było jak narkotyk. Byłam jak pies ze schroniska, głodna miłości i wdzięczna ale gdy tylko ktoś podniósł głos, rozpadałam się na kawałki.

I jak ja mogę dać sobie miłość, myślałam, to jest nie możliwe.

Przychodziłam jednak do tej małej Karolinki, a czym ja jej więcej słów miłości dawałam, tym ona bardziej  była wściekła.

Przychodziłam nadal, znosiłam coraz większą agresję z jej strony. Zaczęło mnie to  jednak już trochę drażnić. Pomyślałam – nie mogę jej zostawić, nie jestem w stanie tak odejść, ona cierpi, muszę jej pomóc.

Wtedy własnie poczułam moc procesowania.

Poprosiłam Karolinkę, żeby pokazała mi coś co ją bardzo boli. Skąd bierze się to poczucie w Tobie, pytałam.

Pokazała mi historię, którą bardzo dobrze znałam.

I tak oglądam. Mała Karolinka w „zerówce”. Śliczna dziewczynka, bardzo, bardzo wrażliwa, życzliwa i kochająca. Bawi się jakąś zabawką – jej ulubioną. Podchodzi do niej kolega, zabiera zabawkę i mówi – jak chcesz, żebym Ci ją oddał to musisz zniszczyć ten zamek który buduje z klocków „Zosia”. Karolinka na początku protestuje – wie, że tak się nie zachowują grzeczne dziewczynki – chłopiec jednak nalega, namawia. Karolinka  z całej bezsilności podchodzi do koleżanki i burzy jej zamek. Rozlega się płacz, chłopiec ucieka, a na miejsce przychodzi Pani nauczycielka.

Karolinka trafia na ławkę, Pani zaczyna z nią rozmawiać. Karolinkę trawi ogromne poczucie winy i wstyd. Pani podjudza jeszcze ogień. – Jak mogłaś się tak zachować, myślałam że jesteś grzeczną dziewczynką. – Musisz tu teraz posiedzieć za karę, jeśli nie umiesz się bawić z innymi dziećmi.

Pani z „zerówki” była cudowną kobietą ale niestety tylko człowiekiem, nie zobaczyła tego co ja widzę teraz.

Karolina płakała tak bardzo, a ja czułam jej ból, słyszałam jak w głowie powtarzała sobie, jestem zła, jestem zła, co ja narobiłam, jestem zła, Pani X już mnie nie lubi, jestem zła.

Teraz już wiem, że nie była to kluczowa sytuacja, że to nie zaczęło się tam a dużo wcześniej. Jednak to był wspaniały początek procesowania emocji w moim wykonaniu.

Podeszłam do małej Karolinki powiedziałam, że wiem jak się czuje, bardzo dobrze wiem, bo ja też to przeżyłam, że czuje to całą sobą. Powiedziałam, że to nie jej wina, że fakt dała się podpuścić koledze ale to nie znaczy, że jest zła. To nie prawda, że Pani X już jej nie lubi, że każdy człowiek popełnia błędy i że bardzo mocno ją kocham, jest dla mnie bardzo ważna.

Uwierzyła.

Pierwszy raz uwierzyła w moje słowa.

Ojj jak bardzo to było oczyszczające. Poczułam wtedy, że to jest to. Procesowałyśmy tak setki sytuacji z jej, życia a ja dawałam jej wsparcie i miłość tam gdzie ona tego nie dostała. Dawałam jej wszystko czego potrzebowała.

Miłość powolutku wracała. Nie byłam w stenie tego poczuć głową. Musiałam to zobaczyć. Zaczęłam od procesowania sytuacji które miałam uświadomione, i wierzcie lub nie, nie spodziewałam się, że mogły one być tak krzywdzące, dopiero kiedy to zobaczyłam, poczułam w ciele.

Ta miłość nie wróciła po jednym czy dwóch procesach. Ta miłość nie wróciła sama. Ja tą miłość, którą już poczułam w procesach musiałam zacząć wprowadzać do swojego życia.

Bo nic z tego by nie wyszło gdybym dalej trzymała się krzywdy. Nic z tego by nie wyszło gdybym nie rozprawiła się z rolą ofiary w której zresztą było mi wygodnie, przecież była tak dobrze znana.

Skąd brać tą miłość ?

My jesteśmy miłością ! Zobaczcie na takiego malutkiego noworodka, to jest cud, sama miłość i światło. Trzeba sobie tylko pozwolić to w sobie zobaczyć. Każdy ma miłość w sobie, często jest ona przykryta tonami śmieci. Te śmieci musimy posprzątać. Zaakceptować wszystko co w nas. Wtedy własnie robi się piękna przestrzeń na miłość <3

 

 

Jam Jest

Witajcie, zniknęłam na trochę wiem.

Nie ma mnie za dużo w internecie , dużo pracuje, procesuje, uzdrawiam, uwalniam, żyje i cieszę się życiem. Prowadzę sesję, tworzę warsztaty, dużo czytam. Jestem spełnioną mamą i panią domu <3

Przychodzę tu do Was z różnymi przemyśleniami. Przychodzę do Was po ponad miesięcznych wakacjach które były ogromnie karmiące. Przychodzę do Was po szkoleniu czytania duszy stopnia I. Przychodzę po kolejnych warsztatach tym razem dotyczących związków i miłości. Przychodzę ta sama ale już inna. Nowa Ja <3

Konfrontacji ze sobą miałam wiele w tym czasie, życie nie jednokrotnie pokazywało mi gdzie jeszcze siebie nie kocham, dostawałam kolejne lekcję. Ale ! …. Dostawałam też wiele miłości od życia, doświadczałam swoich małych cudów, miałam przyjemność poobserwować siebie w różnych sytuacjach w życiu ,które kiedyś wywołałyby duży dyskomfort.

Będąc na kursie miałam okazję przekonać się jak błędnie oceniamy ludzi, jak głowa nas kłamie, jak myśli zapętlają się w stare schematy.

Począwszy już od samej decyzji:

Zobaczyłam informację o kursie czytania duszy na fb, pomyślałam, muszę tam być, poczułam to całą sobą, miałam wrażenie jakby moja dusza się aż wyrywała. Decyzja – Jadę. I oto moja głowa – nie masz na to pieniędzy, co zrobisz z córką, 8 godzin pociągiem – chyba zwariowałaś, może za rok jak córka będzie starsza, może następnym razem kiedy będziesz miała więcej swobody, nie zostawisz przecież córki na 4 dni.

Tych myśli był ogrom, ale moja dusza tupała nogami – chce jechać Karolina, słyszysz mnie, chce tam być, zrób coś !!!

No i zrobiłam.

Pierwszy krok.

Powiedziałam o tym na głos. Powiedziałam partnerowi, że nie wiem jak i nie wiem za co ale ja tam muszę być, koniec kropka !.

Drugi krok.

Powiedziałam o tym małej Karolince, to ona się tak bardzo bała, bała się tej podróży, bała się odpowiedzialności, bo przecież trzeba to jakoś zorganizować. To Ona mówiła- nie poradzisz sobie, odpuść. Ona mówiła- nie zasługujesz na to, odpuść. Ona krzyczała- daj mi spokój, nigdzie nie jadę, boje się, zostaw mnie w spokoju, będę sobie tu siedziała, tu jest bezpiecznie.

I teraz to co chciałam Wam przede wszystkim przekazać.

Struktura naszej psychiki składa się z trzech części :

  • Nadświadomość – Wyższe Ja
  • Świadomość – Średnie Ja
  • Podświadomość – Niższe Ja

Podświadomość czyli nasze Wewnętrzne Dziecko posiada ogromną moc, jednak często sabotuje nas samych, robi to, bo chce dla nas dobrze. Często z powodu lęku, wstydu czy strachu chcę nas uchronić od niebezpieczeństwa.

Żeby coś w naszym życiu się zadziało wszystkie trzy części muszą chcieć tego samego. Ta energia musi przepływać.

Podobnie jest z nadświadomością, nasze Wyższe Ja też często uniemożliwia nam pewne działania, Ono po prostu wie lepiej co jest dla nas dobre a co nie.

Warto wiec zdawać sobie z tego sprawę, aby móc coś z tym zrobić.

Jest wiele przykładów z życia, które, mogą to potwierdzić.

Załóżmy : Wyższe Ja wie co dla nas dobre, świadomość też wie czego chcemy a na co nie możemy już przystać, jednak jeśli nasza podświadomość, nasze Wewnętrzne Dziecko jest jeszcze w traumie, nie czuje miłości i bezpieczeństwa, nie pozwoli nam żyć tak jak chcemy.

I taki oto przykład: Nasze Wyższe Ja wie, że potrzebujemy dobrego partnera. My wiemy świadomie z jakim mężczyzną chcemy się związać. Podświadomość za to podsyła nam mężczyzn którzy pasują do schematu który wynieśliśmy z domu. I tak oto ciągle spotykamy mężczyzn którzy dajmy na to nie kochają siebie.

Aż chciało by się zaśpiewać do Wewnętrznego Dziecka – jesteś lekiem na całe zło i nadzieją na przyszły rok.

Poszłam więc do tej mojej Karolinki porozmawiałyśmy sobie, znalazłyśmy wspólnie rozwiązania wszystkich problemów, które mi tak obrazowo wyartykułowała. Okazałam jej ogromne zrozumienie, przyjrzałyśmy się wszystkim lękom.

Puściło. Nie było już wymówek. Zapisałam się na warsztat, wpłaciłam zaliczkę, kupiłam bilety do Polski i bilety na pociąg do Warszawy.

Życie mnie kocha, wszystko się układało, przyjaciółka zapytana o nianie w Warszawie zaproponowała swoją pomoc w opiece nad moją córką i nocleg. Dwie moje klientki zaprosiły mnie na pierwszą noc do siebie. Czułam jak latam 3 metry nad ziemią.

Przyszedł czas podróży, byłam podekscytowana, nigdy nie podróżowałam tak z córką, co to jest 2 godziny w samolocie przy ponad 8 godzinach w pociągu nie mogłam sobie tego wyobrazić. Uspokajałam wciąż małą Karolinkę powtarzając, kochanie jestem dorosła, wiem co robię, zaufaj mi proszę.

Podróż minęła nam mimo wcześniejszych obaw, cudownie. Z dworca odebrała nas wspaniała duszyczka. Zastałam ugoszczona pysznym jedzeniem i rozmowami do późnych godzin. Ojj, jak dobrze tak swobodnie czuć się ze sobą. Myślę a nawet jestem przekonana, że jeszcze rok temu nigdy bym się nie odważyła na taki krok, a jeśli już, to na pewno cały czas czułabym się oceniana i pilnowałabym każdego słowa i gestu, żeby tylko dobrze wypaść, żeby tylko mnie ktoś kochał i akceptował.

Wszystko płynęło jak świetlista rzeka energii którą miałam w sobie. Rano spakowałyśmy się i pojechałyśmy do owej przyjaciółki która tak wspaniale wsparła mnie swoją pomocą. Ja, dziecko i walizki. 4 przesiadki w komunikacji miejskiej w mieście którego kompletnie nie znam. Całe szczęście ta sama dobra duszyczka która odebrała mnie z dworca towarzyszyła mi przez większość drogi. Wsadziła nas w ostatni autobus i pojechałam po nową przygodę.

Kolejne wyzwanie, pobyt u przyjaciółki. Cudownej świadomej mamy małego chłopca, kobiety, która jest świadoma siebie, którą zawsze podziwiałam, u rodziny która żyje eko, odżywia się bardzo zdrowo.

Pierwsza myśl którą złapałam – co oni sobie o mnie pomyślą, ja staram się być eko i jeść zdrowo ale w porównaniu do nich, szkoda gadać.

Trzy głębokie oddechy.

To ,że żyje inaczej oznacza ,że jestem gorsza? – no, nie. To, że jestem inna niż oni oznacza, że ze mną jest coś nie tak? – no, nie. Wiec kolejne trzy oddechy- skąd to się wzięło, przecież to nie moje.

Oddane właścicielowi. Znowu mogę być sobą.

Kolejna myśl – okej ale przecież ja muszę wszystko idealnie, przecież to ja jestem ta mądra, ta która musi wiedzieć wszystko.

Trzy głębokie oddechy – Karolinko, kochanie to już nie aktualne, pamiętasz ? Jesteś dokładnie taka jaka powinnaś być, ani lepsza, ani gorsza, dokładnie taka jak inni. Kocham Cie ! – Ulga, ogromna ulga. – Dziękuje, że mi przypomniałaś, tak się bałam, że znowu kogoś zawiodę. Też Cie Kocham !. – Nie kochanie, to nie Twoja wina, z Tobą wszystko jest w porządku, pamiętaj ja nic od Ciebie nie oczekuje ja Cie przyjmuję taką, jaką jesteś.

I dzięki temu, że zrzuciłam maskę perfekcyjności, chorego ideału, człowieka nieomylnego który musi wiedzieć wszystko o wszystkim, mogłam nauczyć się od nich wielu rzeczy.  Jestem wdzięczna, że są takimi ludźmi jakimi są . Dzięki temu bardzo mocno się zainspirowałam i kilka rzeczy mogłam zaczerpnąć do swojego życia.

Idźmy wiec dalej.

Jako że ze spokojnym sercem zostawiłam moją córkę pod dobrą opieką, mogłam jechać na warsztaty.

Weszłam do środka – same kobiety – nikogo nie znam – wszyscy się patrzą – zachowują się jakby się znały całe życie.

Zawsze mnie to przerażało wejście do nowej grupy, „walka o pozycję”, o akceptację, o uwagę. Moja głowa już pracuje na najwyższych obrotach.

Usiadłam, wszystkie usiadłyśmy. Prowadząca poprosiła, żebyśmy się przedstawiły i powiedziały krótko o sobie. Pierwsza obserwacja siebie – nie przestraszyło mnie to, ucieszyłam się. Sukces. Dziewczyny mówiły, a moja głowa ku mojemu zdziwieniu, zaczęła galopować, analizować to co mówiły, to jak wyglądały, zaczęła wydawać oceny i osądy. O zgrozo – przecież ja taka nie jestem, ja już nie oceniam ludzi. Nie oceniam klientów a obce kobiety będę oceniać? A jednak. Zadziało się. Czułam się jakby to się działo trochę poza mną, jakbym stała tam obok i obserwowała siebie i swoje myśli.

Co się do cholery dzieje. Halo !!! Karolina przestań ! Słyszysz przestań ! To nie Ty ! To jest stare, już nie nasze! Halo kobieto ocknij się ! Co Ty wyprawiasz !

Zaczęłam widzieć w każdej z nich cząstkę siebie, – Ta mnie denerwuje bo to, tamta bo tamto, a ta to w ogóle mi babcie przypomina.

I wiecie co, znowu z pomocą przyszła akceptacja.

Akceptuje to ,że tak masz kochanie. Przyjmuje Ciebie taką. Rozumiem to, szanuje i akceptuje, że tak masz.

Puściło. Odeszło i już nie wróciło.

Od momentu kiedy pozwoliłam sobie taka być, przestałam taka być.

Otworzyłam swoje serce. Tak bałam się oceny innych, że zaczęłam to robić pierwsza zanim ktoś zdążył mnie zranić. W każdej znalazłam coś co mi nie pasowało, żeby z łatwością obronić się przed ewentualnym odrzuceniem.

To takie stare a jednak wróciło.

Otworzyłam serce i to wszystko zniknęło. Zobaczyła jeszcze raz całkiem na nowo te kobiety, były piękne i pełne serdeczności i otwartości.  Zrobiło mi się trochę głupio, że tak je zaszufladkowałam ale wybaczyłam to sobie i przeprosiłam je w duchu.

Otworzyłam serce a dzięki temu warsztat był dla mnie tak karmiący. Dostałam mnóstwo ciepła od dziewczyn, cudownie było obcować w kobiecej energii.

Otworzyłam serce dzięki czemu mogłam być całkowicie sobą. Byłam autentyczna i dostałam morze miłości i akceptacji.

Chciałam przez to pokazać, że wszyscy jesteśmy ludźmi, popełniamy błędy, czasami zachowujemy się beznadziejnie.

Chciałam też pokazać, że wracając do siebie, nie jesteśmy zwolnieni z dalszej pracy. To jest przygoda na całe życie.

Chciałam pokazać, że jestem człowiekiem, że mam kiepskie dni, czasami myślę sobie – na co mi to wszystko było.

Jednak nie zamieniłabym swojego życia na żadne inne. Jestem sobie ogromnie wdzięczna za te godziny wyrzucania emocji z ciała, za te tony napisanych i spalonych listów, za morze wypłakanych łez i mnóstwo wywalonej złości. Wszystkie sesję na które ciężko pracowałam. Wszystkie warsztaty, które robiłam po nocach. Jestem sobie wdzięczna za to, że zdecydowałam się wpierać ludzi na sesjach bo to niesamowita droga dla mnie

Kochani nie zapominajcie o swoich Wewnętrznych Dzieciach jak tylko poczujecie się dobrze. Kochani wracajcie do nich zawsze <3

Jam Jest który jest <3 Jestem istotą boską i tak się czuje <3

Tego Wam też życzę, niezależnie w jakiego Boga wierzycie <3

 

 

 

 

 

Kocham siebie zawsze – trauma seksualna

Kocham siebie zawszę.

Te słowa są ze mną od niedawna.  Usłyszałam je kiedyś u Eweliny Stepnickiej. Wtedy były dla mnie totalną abstrakcją. Jak ja mogę kochać siebie zawszę jak nie kocham siebie nigdy.

Jakiś czas temu wróciło i zostało już ze mną na dobre bo jest tak moje.

W pracy z klientami zawsze po sesji proszę aby byli dla siebie dobrzy, żeby zaopiekowali się sobą i zadbali o siebie. To takie oczywiste i tak obce nam. Ale czy ja umiem być dobra dla siebie ?

Tak, teraz już potrafię ale dużo pracy mnie to kosztowało. Oczywiście jeszcze nie zawsze przejawiam tą miłość do siebie no ale przecież kocham siebie zawsze nawet jak akurat w tym momencie siebie nie lubię.

Usiadłam do tego wpisu i ogarnęła mnie straszna pustka. Ja nie pamiętam już dobrze jak to było kiedy siebie nie kochałam. To poczucie, które towarzyszy mi na codzień jest już tak dla mnie naturalne.

Nie wiem jeszcze o czym chce pisać ale wierzę, że wyjdzie mi coś bardzo wartościowego. Wiem na ten moment jedno, chce wykrzyczeć światu – KOCHAM SIEBIE ZAWSZE !!!

Oczywiście przychodzą dni, w których trzeba się cofnąć, spojrzeć jeszcze za siebie. Przychodzą dni, w których zachowujemy się beznadziejnie. Przychodzą tez dni, w których myślimy – a na co mi to wszystko było. Ale na to wszystko, teraz już potrafię powiedzieć do siebie, kocham Cie zawsze.

To było trudne. To wymagało wypłakania hektolitrów łez, wyrzucania ton złości, ukochiwania się przez długie godziny, wyrzucania z ciała które wydawało się nie mieć końca. Ale teraz po tym wszystkim mówię, z serca a nie z głowy – Kocham siebie zawsze.

Warto było !

Oddałabym wszystko za spokój, który teraz mam w sobie. I to nie znaczy, że złości nie ma – jest i to jak, tylko teraz potrafię z niej korzystać. Potrafię korzystać z tej energii, która pcha mnie ciągle do przodu.

Oddałabym wszystko za pogodzenie się z życiem, które teraz w sobie mam. Wiem, że życie mnie kocha i dobrze mnie prowadzi a ja staram się robić wszystko aby płynąć z nurtem.

Oddałabym wszystko za wolność, którą teraz mam. Jestem wolna i bezpieczna. Czuje się bezpiecznie w swojej wolności.

Kilka dni temu na sesji wróciłam do mojej największej traumy.

Musiałam „doczyścić resztki” tego co jeszcze zostało.                                  Musiałam wybaczyć sobie, uwolnić złość na siebie, poczucie winy i wiele innych emocji które były skierowane we mnie samą. Nie spodziewałam się, że to jeszcze jest we mnie obecne.

Po wszystkim poczułam jeszcze mocniej – kocham siebie zawsze.

Teraz jestem już gotowa aby podzielić się z Wami moim tematem tabu, który na całe szczęście nie jest już tabu.

I myślę jakby to ładnie napisać. Ale tego nie da się chyba upiększać nie da się napisać tego ładnie. Trzeba napisać i tyle.

Kiedy miałam 15 lat zostałam zgwałcona.

Nie powiedziałam o tym kompletnie nikomu. Zamknęłam to na cztery spusty zakopałam w ziemi i zalałam betonem.

Wracało to do mnie co jakiś czas siejąc spustoszenie w moich emocjach, w moim ciele, w moim życiu. Nie chcąc czuć tego co przychodziło zaczęłam nawet wmawiać sobie, że to wymyśliłam.  Wracało a ja z powrotem szybko to zakopywałam.

Wróciło na dobre kiedy zaczęłam swoją pracę z Wewnętrznym Dzieckiem. Czytałam książkę za książką i w każdej znajdowałam coś w stylu – jeśli jesteś ofiarą gwałtu zacznij pracę z terapeutą. Zaczęłam widzieć gwałty wszędzie, w filmach  w głupich żartach, dosłownie mnie to osaczało. Czułam jak moje ciało zwija się w kokon, w rulon za każdym razem, jak mnie mrozi, jak dusi, jak drąży coraz większą dziurę we mnie. Nie było już ucieczki, wróciło i się rozgościło. Zaczęłam więc szukać w internecie jakiś materiałów na ten temat, szukałam kobiet które sobie z tym poradziły, czegokolwiek co mogłoby dać mi ukojenie, jakoś ulżyć w tym wszystkim.

Nie znalazłam na tamten moment prawie nic, temat tabu, o tym się nie mówi.

Nie widziałam już innego wyjścia, jak tylko znaleźć terapeutę. Znalazłam i dziękuje losowi, że trafiłam akurat na Justynę. Umówiłam się. Poszłam do niej, żeby pracować z tą traumą. Minęły dwie sesję zanim zdołam wydusić choć jedno słowo w tym temacie. Na trzeciej wiedziałam już, że mogę zaufać Justynie, tworzyła tak niesamowitą atmosferę na sesji, że stwierdziłam, jak nie jej to już nikomu. Teraz albo nigdy.

Przełamałam się opowiedziałam co mi się stało, i że jest pierwszą osobą, której o tym mówię. Wróciłyśmy do tej sytuacji. Zrobiłyśmy tyle na ile byłam w stanie na tamten moment. Okazała mi takie ogromne wsparcie i zrozumienie.

Dało mi to ogromną swobodę, ulgę, przestrzeń we mnie.

Zaczęłam własną pracę.

Pisałam do niego brudne listy w których wyzywałam go od najgorszych i życzyłam mu najgorszego. Życzyłam mu śmierci i żeby zapłacił za to co mi zrobił. Wyrzucałam wściekłość z ciała, skakałam, krzyczałam, turlałam się, dusiłam poduszki a raz „zdemolowałam” pół pokoju, rzucając książkami i wszystkim co było pod ręką. Płakałam jak dziecko.

W końcu puściło, nie musiałam już tego zakopywać.

Kolejny etap zakończył się.

Następnie powiedziałam o tym mojemu partnerowi, przyniosło to kolejną ulgę.  Później była przyjaciółka. Ojj jakie to było niesamowicie trudne. Wiedziałam jednak, ze jest mi to niezbędne.

I kolejne procesy i wizualizację. Wykonałam kawał dobrej roboty, żeby móc mówić o tym swobodnie.

Wiem, że to już nie zniknie z mojej przestrzeni, zostanie ze mną do końca, ale to ja decyduje co to mi robi.

Zdecydowałam

Gwałt już mnie nie definiuje, przełożyłam to na moją wewnętrzną moc.

I jak duże było moje zdziwienie kiedy okazało się, że to nie wszystko.

Kasia na sesji zapytała gdzie to czuje – pierwsze co przyszło to jak zawsze miednica – ale nie – serce. Wyraźnie poczułam serce. Tu już nie chodziło tu głownie o sam gwałt ale o to zadziało się po tym wszystkim.

Na samym dnie serca zostało jeszcze to wszystko co czułam do samej siebie.

To co czułam do niego, przerobiłam. To co czułam w trakcie, przerobiłam. To co czułam po, przerobiłam.

Nie przerobiłam jednak tego, co czułam do samej siebie.

Co czułam do niego jest raczej oczywiste, a na pewno bardziej oczywiste niż to, co czułam do siebie.

Pojawiło się wiele :

  • złość na siebie za to, że nic z tym nie zrobiłam
  • złość na siebie za to, że nie umiałam się obronić
  • złość na siebie za to, że nie odczytałam sygnałów o ile dało się je odczytać
  • złość na siebie za to, że nie potrafiłam stanąć za sobą
  • złość na siebie za to, że nie potrafiłam się z tym skonfrontować, że schowałam głowę w piasek
  • złość na siebie za to, że poświeciłam siebie ze strachu
  • strach, że zawiodłam wszystkich w koło
  • strach, że nikt mnie takiej już nie będzie chciał
  • strach, że będę musiała stanąć z nim w oko w oko
  • strach że jeśli to dopuszczę do siebie to nie będę już umiała żyć jak kiedyś
  • strach że jeśli to poczuje to umrę
  • wstyd, że to się w ogóle stało
  • wstyd, bo co ludzie powiedzą, a jak powiedzą, że sama tego chciałam, że się prosiłam
  • wstyd, że nic z tym nie zrobiłam
  • a  co jeśli ktoś powie, że chciałam a później mi się odwidziało
  • a co jeśli ….

Dużo tego było i wszystko skierowane we mnie, wszystko ostre i kłujce. Wszystko głęboko osadzone w sercu. Wszystko tak gotowe już na uwolnienie.

Ważne było w tym wszystkim to, że ja go znałam, że on mi się podobał, byłam zauroczona, że byliśmy jeszcze po wszystkim w tym samym miejscu przez ponad tydzień, a ja musiałam go oglądać codziennie. Jak chodziłam obolała i próbowałam go unikać.

Długo nie mogłam sobie tego wybaczyć. Jak można udawać, że się nic nie stało. Otóż można.

Nie musiał mnie nawet zastraszać, zrobiłam to sama sobie.

Sam gwałt był chyba najbardziej okropną rzeczą jaka przytrafiła mi się w życiu ale sam gwałt nie był tak wstydliwy jak fakt, że nic z tym nie zrobiłam, kompletnie nic. Zakopałam i nosiłam w sobie tyle lat.

Nie jest wygodnie obnażać się w ten sposób przed całym światem. Postanowiłam jednak, już na samym początku drogi, że podzielę się swoją historią.  Wierze i jestem głęboko przekonana, że mogę nią pomóc osobą, które przeżyły traumę seksualną.

I jeśli choć jedna osoba, wyniesie coś dla siebie z mojej historii, to warto było to napisać.

Jeśli choć jedna osoba, która została skrzywdzona na tle seksualnym postanowi przejść przez proces uwolnienia tych emocji, to warto było to napisać.

Pamiętajcie, że naruszanie cielesności bez wszej zgody na tle seksualnym, przekraczanie naszych granic cielesności, również jest przemocą na tle seksualnym. Nie musi dojść do obcowania płciowego, żebyśmy mówili o przemocy seksualnej.

Moja sprawa niestety już się przedawniła, nie mogę z tym nic zrobić.

Ale proszę pamiętajcie, że zasady zgłaszania przemocy seksualnej bardzo się zmieniły. Ofiara nie ma ze sprawcą bezpośredniego kontaktu w postępowaniu ani na sali sądowej. Co więcej ofiara jest przesłuchiwana tylko raz i jest możliwość obecności biegłego psychologa w trakcie przesłuchania.

Pamiętajcie również, że każdy może zgłosić taką przemoc.

Nie bądźmy obojętni wobec żadnej przemocy.

Pamiętajcie też, że warto szukać pomocy. Jest wiele osób, które dadzą nam przestrzeń na przeżywanie tych najtrudniejszych dla nas emocji. Nie ocenią a wesprą. Nie warto być w tym samemu, naprawdę, wiem co mówię.

Pozdrawiam Was gorąco.

PS. Wiem, że dla każdego odbiorcy, może być to trudny temat, już samo czytanie tego może wywołać silne emocję. Nie bierzcie tego proszę na siebie, to moje emocję i ja sobie z nimi radzę. Popatrzcie co to wywołuje w Was i dlaczego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Diament na dnie bagna

 

Ten temat wracał do mnie już od dawna a ja bardzo nie chciałam tam zaglądać. Przyszedł czas, żeby przyznać się do wszystkiego, żeby móc iść dalej. Nie przeskoczę tego. Ostatnio nie dawał mi spokoju, śnił się, przypominał w rozmowach i myślach.

Temat związków od zawsze był dla mnie hmm.. wstydliwy, nie chciałam patrzeć wstecz bo wiedziałam, że popełniłam wiele błędów. Czas wyciągnąć wnioski, ale zdrowe wnioski. Nie będę się obwiniać i biczować bo nie to jest moim celem. Chce rozliczyć się z przeszłością aby znaleźć tam dla siebie diament aby iść dalej i wyżej. Jeszcze mocniej rozwinąć skrzydła. Wyciągnąć wnioski.

We wszystkie moje związki wchodziłam z wielką raną, raną porzucenia, raną tak krwawiącą, że jest to aż niewiarygodne. Potrzebowałam miłości i akceptacji jak powietrza.

Mój pierwszy chłopak, bo wtedy jeszcze chłopak a nie mężczyzna. Marcin. Zaczęło się niewinnie. Weszłam w to bo tak bardzo podobało mi się jego zainteresowanie, on mnie widział, on mnie słyszał !!! Nie byłam nim specjalnie zainteresowana na początku, ale gdy tylko odwracał swoją uwagę odemnie to robiłam wszystko żeby szybciutko do mnie wrócił. Podobało mi się to. Bardzo tego potrzebowałam. Nie widziałam w tym nic złego. Taka gierka dwóch młodych ludzi. Nie miałam pojęcia jakie potrzeby za tym stały.

Okazał się bardzo dobrym i ciepłym człowiekiem, a ja … a ja nie potrafiłam tego docenić. Brałam i brałam ale ciągle było mi mało. Próbowałam zakleić nim swoją wielką dziurę w sercu, nie dało się.

Nie będę opisywać czasu kiedy było nam bardzo dobrze a w moim odczuciu do pewnego momentu było nam cudownie, bo nie w to muszę zajrzeć. Bardzo mocno go kochałam ale nie potrafiłam wtedy kochać, nikt mnie nie nauczył zdrowej, czystej miłości.

Kiedy uwiesiłam się na swoim facecie? Kiedy moja rana zaczęła ropieć? Kiedy przestałam sobie z tym wszystkim radzić? Kiedy zaczęłam go obwiniać za cały mój ból? Kiedy ze szczęśliwej dziewczyny zamieniłam się w potwora radem z głupich komedii? Kiedy zaczęłam wykorzystywać jego miłość przeciwko niemu? Jak mogłam aż tak bardzo się pogubić w tym wszystkim?

Nie wiem, nie mam pojęcia. Nie było chyba przełomu. To działo się stopniowo. Rosło sobie w spokoju. Kulminacja nastąpiła w momencie kiedy ja już pracowałam na etacie a on poszedł na studia, nasze światy się zaczęły tak bardzo różnic a ja coraz częściej czułam się porzucona. Moje poczucie wartości wołało wtedy o pomstę do nieba. Przyszedł czas kiedy poczucie bezpieczeństwa dawała mi tylko moja cielesność, czym bardziej seksowna i wyzywająca się stawałam tym czułam się ze sobą lepiej ale to było tylko pozorne poczucie. Mogłam się przeglądać w oczach innych facetów, czułam się godna uwagi chociaż przez chwilę. Zaczęła się moja stroma ścieżka na samo dno.

Moje rany, moja trauma seksualna, moja świadomość nie dawały mi żyć. Byłam zła, byłam wściekła i wtedy nie miałam o tym pojęcia. Nie wiedziałam, że moje Wewnętrzne Dziecko tak bardzo cierpi i domaga się uwagi. Nie byłam tego świadoma. Wybaczam to sobie <3

Szukałam faktów które dałyby obraz tego jak jest źle, jaka jestem biedna i pokrzywdzona. Znalazłam. Znalazłam rozmowy mojego faceta z jego koleżanką która ewidentnie go kokietowała a on nie był jej dłużny. Cierpiałam ojj jak ja cierpiałam, znalazłam to co chciałam. Mogłam dać wyraz mojemu bólowi. Miałam powód żeby móc cierpieć. Mogłam rozsiąść się w roli ofiary która była mi wtedy taka bliska. Zostałam tam do końca, szukałam kolejnych powodów do cierpień. Szukałam dowodów zdrady, wyobrażałam sobie nawet sytuację kiedy on do tej zdrady się przyznaje. Czasami wychodziłam z roli ofiary, żeby jako kat dać upust mojemu cierpieniu i pokazać jak bardzo jest mi źle, odreagowując oczywiście wszystko na moim niczego nieświadomym facecie, którego przecież tak bardzo kochałam. Byłam wtedy przekonana, że to wszystko jego wina, że on mnie tak bardzo krzywdzi. Nie stałam już w bagnie ja się w nim topiłam, krzyczałam o pomoc ale nikt łącznie ze mną nie potrafił zobaczyć co się dzieje w środku, we mnie.  Oczywiście wszystko to odkrywałam po czasie w trakcie mojej drogi do siebie.

Jak przychodziłam do siebie z tamtego okresu to widziałam najbardziej cierpiącą osobę na świecie. Robiła krzywdę sobie i innym. Kochała ale jej miłość była toksyczna. Chciała zamknąć go w złotej klatce ale nawet wtedy nie byłaby zadowolona. Tak rozpaczliwie wołała o miłość, o akceptację a on się oddalał, ona tkwiła już w bagnie na tyle głęboko, że nie była wstanie zmienić perspektywy, tonęła. Kiedy próbowała się ratować krzywdziła jeszcze bardziej. Myślała, że on będzie wstanie ją uratować, dać jej to czego nie miała w sobie, będzie potrafił ukoić jej ból, wypełnić rany, że pozwoli zapomnieć o złym. Chciała się odciąć uciec jak to miała w zwyczaju. Zacząć nowe życie z nim, bez rodziców, bez problemów, bez bólu. Była taka szczęśliwa gdy byli tylko ze sobą i tylko dla siebie. Nie wiedziała, że tak się nie da żyć, nie można uciec od problemów, że trzeba zajrzeć w głąb, trzeba wrócić i dać sobie to wszystko samemu. Nie wiedziała, że on nie może jej dać tego czego sam nie ma, a ona nie będzie potrafiła wziąć tego czego sama sobie nie dawała.

Nie chciała go ranić, sama czuła się zraniona. Nie chciała go krzywdzić, czuła się bardzo pokrzywdzona. Chciała go zdrowo kochać ale nie potrafiła. Kochała za bardzo. Uciekała i zaraz wracała czekając kiedy żuci jej jakiś ochłap. W głębi nie czuła się warta bezwarunkowej miłości, nie znała takiej miłości. Chciała mu pokazać swoje serce nie umiała jednak być sobą tak po prostu.

Wiedziała, że mogą być szczęśliwi ale ona nie potrafiła być szczęśliwa. Widziała jego uczucia bo miał serce na dłoni ale nie potrafiła go wziąć. Czuła się samotna i nieważna. Chciała dla niego jak najlepiej a wychodziło odwrotnie. Nie mogła znieść, że jego rodzina jej nie akceptowała. Kolejne odrzucenie.

W głębi duszy była cudowną, ciepłą osobą. Nie pozwalała sobie taka być, bała się, że ktoś znowu ją zawiedzie, czekała na to. Bała się, czekała aż ktoś ją znowu zrani. Uciekała przed bliskością mimo że tak bardzo jej pragnęła, nie potrafiła być z nikim blisko, to za bardzo bolało. Ze swojego ciała zrobiła narzędzie, do zaspokajania jego i siebie. Nie chciała szanować swojego ciała, nie umiała. Nie umiała nie projektować na niego swoich ran. Widziała to co chciała widzieć. Czuła tylko tyle na ile sobie pozwoliła.

Udawała że jest niezależna i ma go gdzieś, a w sercu płakała i błagała o każdą formę uwagi. Na zewnątrz była twarda a w środku rozpadała się na milion kawałeczków. Mówili o niej wredna suka, a ona była bardzo wrażliwym, empatycznym i kochającym człowiekiem, który ze strachu założył maskę. Nie, nie jedną maskę, tych masek było mnóstwo.  Mnóstwo oskarżeń, pretensji do samej siebie. Zarzutów, wymagań. Zawsze musiała być jakaś, nigdy nie mogła być sobą. Myślała że będąc sobą jest niewystarczająca, że musi być jakaś żeby zasłużyć na uczucia. Dużo myślała a mało czuła.

Szukała wrażeń, chciała być zauważona i chciała zniknąć za razem. Była skryta i otwarta. Pełna sprzeczności. Sama już nie wiedziała jaka jest, co czuje, co ma robić. Pogubiła się. Prowokowała, wzbudzała zazdrość, krytykowała, oskarżała, wzbudzała poczucie winy. Ewidentnie szukała zaczepki.

Przyszedł koniec którego tak chciała i którego tak bardzo się bała. Powiedziała, że dłużej już tak nie chce, że nie może tak dalej. Myślała, że ja zatrzyma. Nie zatrzymał. Myślała że nie pozwoli jej odejść. Pozwolił. Myślała że nadal tak mocno ją kocha. Już nie kochał, miał jej dosyć. Ona siebie też miała już powyżej uszu.

Jej świat się skończył. Popadła w czarną rozpacz i totalną destrukcję. Utopiła się, utonęła w swoim bagnie. Odcięła się od siebie całkowicie. Chciała się zabić ale nie miała odwagi. Zamknęła się w swoim świecie i umierała z bólu. Cierpiała, nie mogła spać, dostała obsesji na jego punkcie. Dziękować bogu że mama zaprowadziła ją wtedy do psychologa. To pozwoliło jej się trochę pozbierać. Ale kiedy było trochę lepiej znowu uciekła. Uciekła w alkohol i imprezy. Dawało to jej poczucie że jest lepiej, bardzo złudne poczucie bezpieczeństwa. Doznała kolejnej traumy seksualnej. Pochowała to wszystko głęboko tak jak umiała najlepiej. Znała to doskonale. Potrafiła to robić, robiła to już nie raz. Czas pomógł jej zapomnieć. Ale rany zostały.

Wchodziła w kolejne związki z sercem zamkniętym na cztery spusty i duszą podziurawioną jak durszlak. Wchodziła i uciekała jak tylko zaczynało się robić poważnie.

Rany jednak dalej ropiały. Jak myślała o nim to czuła jakby ktoś skakał jej po klatce piersiowej. Nie chciała czuć, nie chciała tam zaglądać. Nie chciała się przyznać, nie była wstanie zobaczyć co tak naprawdę się stało. Łatwiej było obwiniać jego. Udało mi się jednak przekonać ją, że jest to niezbędne, że bez tego nie pójdziemy dalej. Obiecałam, że będę z nią, że pomogę jej to wszystko poukładać. Jestem dorosła, powiedziałam, wiem jak cierpisz, chce Ci pomóc. Wiem ja to zrobić, zaufaj mi. Zgodziła się i po wszystkim była mi ogromnie wdzięczna. Czuła się wolna.

To był niesamowicie ciężki proces i cudownie owocny. Znalazłam tam skarb dla siebie. Wyciągnęłam wnioski. Mogłam skonfrontować się z ranami, przekonaniami, schematami. Mogłam w końcu ściągnąć maski. Wrócił śmiech, taki prawdziwy z głębi duszy. Mogłam przewartościować swoje życie, swój obecny związek. To dało mi również wgląd w relację z moim obecnym partnerem.

Zrobiłam dużo głupich rzeczy w życiu. Rzeczy których bardzo się wstydziłam. Kłamałam, zdradzałam, oszukiwałam. Wybaczam sobie. Teraz już nie muszę się wstydzić. Teraz żyje w zgodzie ze sobą. Nie muszę już tego wszystkiego robić ponieważ jestem autentyczna. Potrafię wsłuchiwać się w swoje potrzeby i je spełniać. Spełniam się jako kobieta w moim związku i matka cudownej małej kobietki. W końcu czuje się pełna.

Teraz już nie muszę się chować, nie muszę udowadniać nikomu, że jestem coś warta bo wartość mam w sobie. Mogę przyjmować miłość bo mam ją głęboko osadzoną w sobie. Bez pracy z własną podświadomością nie byłabym w stanie tego wszystkiego zobaczyć. Żyłabym dalej w poczuciu, że coś straciłam, że zepsułam coś pięknego. Robiłabym dalej to samo z kolejnymi osobami w moim życiu. Wybaczam sobie. Wybaczam sobie wszystko co zrobiłam. Znam teraz przyczynę swoich zachowań. Wiem, że nie chciałam go skrzywdzić, nie chciałam krzywdzić siebie. Nie umiałam wówczas inaczej. Dziękuje mu za to co mi dawał i za to czego nie był wstanie mi dać. Wybaczam sobie i puszczam to. Nie mam już wpływu na to co się stało. Mogę jednak wyciągnąć w tej sytuacji jak najwięcej dla siebie na przyszłość. Jestem sobie ogromnie wdzięczna, że nauczyłam się zaglądać w siebie. Mogłam uleczyć swoje serce i duszę. Mam już w sobie miłość którą mogę przekazywać dalej. Dzięki temu mogę pomagać innym w odnajdywaniu siebie <3 Terapeuta może zaprowadzić Cie tam gdzie sam był.

Nie mogłabym iść dalej gdybym tam nie wróciła. Starałam się to wyprzeć z pamięci. Jednak nie mogę wymazać takiego znacznego kawałka mojego życia. Już nie chce, teraz mogę tam spoglądać bez bólu i wyrzutów sumienia. Mogę teraz o nim mówić bez guli w gardle. Zaopiekowałam się sobą i zbieram teraz plony tej pracy. Ciężko było się do tego wszystkiego przyznać ale mocno wierze, że przyznanie się do swoich błędów, do swoich strachów jest mocno uwalniające. Wierzę, że moje doświadczenie pomoże Wam zrozumieć siebie, zainspiruje, i co tam jeszcze <3

Jeśli potrzebujesz pomocy w swojej drodze jestem tu dla Ciebie <3

PS. Każdy popełnia błędy tylko pytanie co dalej robimy z tymi błędami. Buziaki dla Was <3

 

Moje świadectwo

Mam na imię Karolina mam 27 lat i jestem nowym człowiekiem.

Nigdy nie zapomnę jak na pierwszej sesji indywidualnej terapii dla DDA, zapytano mnie – kim jesteś ?

To pytanie mną wstrząsnęło. Umiałam odpowiedzieć – Mam na imie Karolina, jestem kobietą i matką swojej córki. Tyle.

Byłam w punkcie 0. Nie wiedziałam kim jestem. Byłam w czarnym dole, po depresji poporodowej, sama z malutkim dzieckiem próbowałam ogarnąć swój świat. Poczułam wtedy ogromną pustkę ale również ogromny potencjał. Poczułam, że to jest moment przełomu, moment w którym mogę zacząć wszystko od nowa.

Zawsze byłam osobą czującą i widzącą inaczej, więcej, często nazywaną nadwrażliwą, przewrażliwioną. Pamiętam jak jako dziecko potrafiłam widzieć nie tylko człowieka i jego obecne zachowanie, potrafiłam odnieść to jego zachowanie do jego dzieciństwa, robiłam to intuicyjnie. Widziałam i czułam krzywdę innych. Zawsze byłam bardzo empatyczna ale często było to krytykowane i wyśmiewane.

Ta wrażliwość uprzykrzała mi życie ale teraz wiem, że to ogromny potencjał, to właśnie moja wrażliwość pomogła mi w momencie przełomu. Spotykałam ludzi w życiu którzy mówili mi, że mam ogromną intuicję i żebym słuchała siebie ale ja nie potrafiłam tego robić ponieważ bałam się jak ognia odczuwania, nie umiałam tego robić. W tamtym momencie zaryzykowałam i zaczęłam szukać pomocy sercem a nie rozumem jak wcześniej.

Od dawna miałam duży problem w relacji z moją mama. Byłam u kilku dobrych i polecanych psychologów ale wszyscy sugerowali, że problem jest we mnie jedna z nich nawet otwarcie o tym mówiła. Nikt nie widział tam mojego bólu, cierpienia, rany do uzdrowienia.  W końcu trafiłam na terapie dla DDA tam było już lepiej, dostałam zrozumienie ale to nadal nie było to czego szukałam. Sesje grupowe i indywidualne dały mi dużo cennej wiedzy. Jednak dopiero praca z Wewnętrznym Dzieckiem pozwoliła mi na uwolnienie się od starych emocji.

To dzięki swojej wrażliwości trafiłam na prace z Wewnętrznym Dzieckiem.

Moja przygoda z procesowaniem emocji zaczęła się na początku tego roku. Byłam pod ścianą. Zaczęłam nowe, stare życie w momencie wyprowadzki za granice pod koniec 2016 roku. Nie było to dla mnie łatwe. Topiłam się w moim bagnie coraz mocniej, byłam uzależniona finansowo i emocjonalnie od mojego partnera. Czułam, że moje życie polega na walce, walczyłam o siebie, o swoje przekonania, o miłość, walczyłam o wszystko i ciągle w tej walce byłam przegrana. Zaczęły wracać stare demony, nie dawały o sobie zapomnieć. Chciałam zniknąć, przestać istnieć, a na pewno chciałam nie czuć tego co coraz mocniej upominało się o uwagę.

Wiedziałam że nie mogę już tak dłużej żyć. Zaczęłam szukać i trafiłam na filmy Magdy Szpilki. Kiedy oglądnęłam pierwszy trafił on w prost do mojego serca, czułam to co mówiła całą sobą, chłonęłam jej każde słowo. To było takie moje. Tak mi potrzebne.

Informacja że Magda nie przyjmuje już na sesje indywidualne była dla mnie jak cios, zdecydowałam się jednak poszukać wsparcia u osób z listy polecanych przez nią.

Równolegle kupiłam książkę pt.  Matki które nie potrafią kochać, to był strzał w 10, rozpoczęłam swoją drogę która od samego początku mimo, ze była cholernie trudna to wciągnęła mnie bez reszty. Pochłaniałam książkę za książką.

Musiałam zmierzyć się ze swoimi emocjami, dla mnie nie było już odwrotu. Wiedziałam, czułam każdą komórką mojego ciała, że to jest moja droga, że to co robię nadaje sens mojemu życiu. Z każda uwalnianą emocją byłam coraz bardziej sobą, poznawałam siebie na nowo.

Dzięki poleceniom Magdy trafiłam na sesję do Justyny Pettke i wtedy dopiero przekonałam się w jak czarnej dupie jestem ale z drugiej strony dostałam takie ciepło i wsparcie o którym nawet kiedyś nie marzyłam. Pozwoliło mi to przejść przez moje małe piekło które miałam w sobie. Justyna towarzyszyła mi w najtrudniejszych chwilach, kiedy uwalniałam emocje, które według starego postrzegania, mogły mnie zabić. Pracuje z Justyną od lutego aż do teraz,  w tym czasie uporałam się w wieloma traumami min. z traumą seksualną, uleczyłam matczyną ranę, odzyskałam swoją kobiecość, uwolniłam gniew, odzyskałam siłę sprawczą, zapanowałam nad swoim życiem, relacjami. Pozwoliłam sobie na całkiem inną, bliższą relację z moją córką, która zmieniała się razem ze mną przez ten rok. Nabrałam ogromnego doświadczenia w pracy z Wewnętrznym Dzieckiem, w pracy metodą EFT i wielu innych metod uwalniania emocji, czego nie dałyby mi żadne książki ani wiedza akademicka. Wszystkiego uczyłam się na sobie i własnym doświadczeniu.

Brałam udział w warsztatach Bartka Liberskiego dotyczących odwlekania i pracy z emocjami oraz bardzo wartościowych warsztatach Magdy Adamowskiej „Ciało jest do kochania” z których wyniosłam ogrom wiedzy i doświadczenia. Te warsztaty były dla mnie kluczowe w odzyskiwaniu mojej boskiej kobiecości.

Kolejnym kamieniem milowym były warsztaty i sesje Eli Jastrzębskiej. Wzięłam udział we wszystkich (Przywracamy Swoje Ustawienia Fabryczne, Leczymy się z dzieciństwa- okres prenatalny i niemowlęcy, Leczymy się z dzieciństwa – praca z wewnętrznym dzieckiem w praktyce).

Warsztaty u Eli były dla mnie przełomowe, pozwoliły mi wejść na inny poziom pracy. Dzięki jej medytacją wchodziłam coraz głębiej do podświadomości i mogłam docierać do tych mocno schowanych ran. To była niesamowita bardzo ciężka i trudna praca ale tak transformująca, że bez wahania wykupowałam kolejne warsztaty. Te okresy w których warsztaty się odbywały były wyjątkowe, obcowanie z Elą jest niesamowite i dawało mi ogromnego kopa do działania i mimo, że w tym czasie doskwierały mi różne sygnały z ciała, byłam często wykończona emocjami które się uwalniały wiem, ze było warto, ponieważ przeszłam ogromną transformację, czułam ze odrastają mi skrzydła.

I tak się stało moje skrzydła odrosły, a Ela prywatnie jest da mnie tak ogromnym wsparciem, że czuje iż mogę latać wysoko. Jest dla mnie jak dobra matka która wspiera ale i wymaga. Praca z Elą przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Dzięki temu czego się od niej nauczyłam mogę w końcu żyć w zgodzie ze sobą.

W między czasie pracowałam również z ciałem metodą Lowena, co dopełniło mój powrót do siebie. Od czasu do czasu korzystałam również z masaży Lomi Lomi oraz Tajskich. Regularnie uwalniam emocje z ciała za pomocą metody TRE oraz tańca 5 Rytmów.

Ten rok był dla mnie przełomem. Był niesamowicie ciężki i cudownie wspaniały. W moim życiu zawitała obfitość. Nauczyłam się kochać. Kochać siebie i innych, kochać świat który mnie otacza. Nauczyłam się być tu i teraz, w zgodzie ze sobą.

Praca z Wewnętrznym Dzieckiem odmieniła mnie, była jak podróż dookoła świata. Czerpałam w różnych źródeł, co mnie ukształtowało. Co najwspanialsze, ta praca ciągle trwa. A ja mogę być coraz bliżej siebie. W końcu jestem szczęśliwa, sama ze sobą, tak jak zawsze chciałam.

Wraz ze starym rokiem, pożegnałam się z rolą ofiary, z mentalnością biedaka, z paraliżującym strachem który towarzyszył mi przez całe życie. Pożegnałam się z toksycznym wstydem, toksycznymi relacjami, szantażami emocjonalnymi, manipulacjami itp. Pożegnałam wszystkie swoje stare „demony”.  Oddałam wszystko to co nie należy do mnie i to co ze mną już nie gra.

OTWIERAM SIĘ NA NOWE, WYZNACZAM NOWE CELE I WIEM ŻE KOLEJNY ROK BĘDZIE JESZCZE BARDZIEJ OWOCNY.

Umiem już wyznaczać granice, stawać za sobą murem. Ten rok przyniósł mi wile okazji do weryfikowania w jakim obecnie punkcie się znajduje. Przyniósł wiele sytuacji w których mogłam weryfikować swoje przekonania, odkrywać swoje potrzeby. Zburzyłam wszystko i teraz mogę budować na nowo, ściągam maski jedna za drugą żeby móc patrzeć na świat bez filtrów.

I chciałam Wam powiedzieć, że ja nie jestem wyjątkowa, jestem taka jak inni. Chciałam Wam przekazać, że każdy może wykonać taką pracę. Naprawdę warto postawić na siebie. Jestem z serca przekonana o tym, że tak własnie zmienia się świat, zaczynając od siebie. Kiedy ja zaczęłam zmieniać swoje życie wokół mnie zaczęły dziać się cuda i tylko dla tego, ze w głębi serca, w sobie, w końcu zasługuje na wszystko co najlepsze.

Jeśli potrzebujesz wsparcia w swojej drodze do siebie zapraszam Cie na sesje indywidualne ze mną.

W życiu przeszłam przez wiele trudnych chwil więc mogę śmiało powiedzieć, że tego co robię uczyłam się przez całe życie.

Mogę przeprowadzić Cie przez ciężkie momenty, okiełznać lęki. Pomogę Ci zbudować relację z Twoim Wewnętrznym dzieckiem. Będę z Tobą kiedy będziesz wracać do trudnych chwil ze swojego życia. Dam Ci narzędzia abyś Ty mogła/ mógł pracować samodzielnie. Nauczę Cie wszystkiego co umiem aby Twoje życie było równie obfite jak moje.

Będę, po prostu będę dla Ciebie wsparciem i oparciem.

Jeśli czujesz, że to co pisze rezonuje z Tobą, z Twoim Wewnętrznym Dzieckiem, zapraszam z całego serca.

Ja i moja Karolinka czekamy na Ciebie <3

 

 

 

 

Kocham Cię, a Ty mnie krzywdzisz.

Te słowa przyszły do mnie dzisiaj podczas medytacji z triggerami i dość mocno mną wstrząsnęły. 

Niby wiedziałam ale nigdy nie poczułam tego tak mocno jak dzisiaj. 

Moje podstawowe przekonanie, przekonanie które definiuje wszystkie relację w moim życiu, które pozwala na przekraczanie moich granic, na brak szacunku wobec mnie, na poniżanie mnie itd.

Miłość boli, miłość to ciągła walka, miłość to cierpienia. Na miłość trzeba sobie zasłużyć. 

To wszystko grało we mnie główne skrzypce przez tyle lat. I mimo, że wiedziałam o tym schemacie to nie mogłam go zmieniać ponieważ nigdy tak naprawdę go nie poczułam. I będę głosić jak mantrę, że póki działasz tylko z poziomu wiedzy to za dużo w Twoim życiu się nie zmieni. Do zmiany potrzebne jest doświadczenie. Widza i doświadczenie to dopiero pełna praca. Póki nie doświadczysz, nie zadziałasz, to sama widza Ci nie pomoże i pewnie stąd powiedzenie, ze świadomość to już pół sukcesu. Ja dzisiaj dołączyłam do tego drugie pół i skonfrontowałam się z moimi przekonaniami dotyczącymi miłości. 

(Jest wiele metod pracy ja wybieram prace w Wewnętrznym Dzieckiem ponieważ daje mi najlepsze rezultaty. Dokładam do tego prace z ciałem.)

W medytacji pojawił mi się mój partner, mówiłam mu co czuje, dlaczego to czuje i co za tym idzie. Byłam świadoma tych emocji, ponieważ już to przerabiałam, byłam już tam nie raz i wypłakałam nie jedną łzę, rozwaliłam nie jeden kij w lesie wyrzucając to z siebie. I nagle eureka. Przyszło samo, i wybrzmiało – Kocham Cie, ja Cie tak bardzo kocham a Ty robisz mi krzywdę! Odrzucasz mnie! Zatrzymałam się na chwilę by zobaczyć co się stało. Tak, kocham go nad życie a on mnie odrzuca. Dlaczego mnie odrzuca? Bo ja oczekiwałam tego odrzucenia. To odrzucenie było takie moje, tak dobrze mi znane. Od pierwszych miesięcy życia doświadczałam odrzucenia, na rożnych płaszczyznach.

Kiedy mama przestała mnie karmić piersią, kiedy lekarz kazał odkładać mnie do wypłakania, kiedy urodził się mój brat a ja dopominałam się o uwagę której nie otrzymywałam, kiedy dostawałam miłość warunkową. 

Przykładów można mnożyć przez całe moje życie miliony. Byłam odrzucana w klasie, w pracy, w związkach. Odrzucałam sama siebie.

Nie obwiniam rodziców za to co się stało, przeszłam już ten etap permanentnej złości, przyszło zrozumienie. Nie, nie zapomniała, nie, nie przestało mieć to dla mnie znaczenia. Przestałam mieć na nich baczenie, to nie oni byli ważni w tym wszystkim tylko ja. Oni robili wszystko najlepiej jak umieli na dany moment, nie mogli mi dać czegoś czego sami nie mieli. To ja w tym wszystkim jestem ważna, to moje emocje, uczucia, to co mi się działo. To ja to pamiętam inaczej, to ja to pamiętam jako dziecko kilkudniowe, kilkumiesięczne, kilkuletnie. Tylko ja byłam w tej sytuacji. Inni mogli przechodzić obojętnie obok zdarzenia, które było dla mnie tak traumatyczne. To ja się liczę w tym wszystkim i moje odczucia. 

Przyglądając się mojemu dotychczasowemu życiu odrzucenie to było moje drugie imię. 

Przychodzi mi na myśl teraz historia pewnej mojej znajomości która jak dla mnie pięknie zobrazowała tą moją ranę porzucenia. Ja jednak w tamtym momencie nie byłam w stanie tego dostrzec. 

Poznałam faceta, który bardzo mi się spodobał, z biegiem czasu coraz bardziej, a czym ja go mocniej pragnęłam tym on mocniej pokazywał mi, że nic z tego nie będzie, proponując koleżeńskie układy itd. Kiedy ja zrezygnowałam z zabiegania o niego, sytuacja się odwróciła. Poprosił mnie o rozmowę w której powiedział, że dopiero zrozumiał, że mnie kocha, chce ze mną być i zrobi wszystko żeby mnie do siebie przekonać, ponieważ tak bardzo mu na mnie zależy. Pojechaliśmy razem na majówkę, a on tak bardzo zabiegał o to bym się dobrze czuła, że nie potrafiłam się w tym odnaleźć. „A może jesteś głodna, zrobię Ci coś do jedzenia, a może coś do picia, a może masz ochotę na spacer itd.”  O jeny jakie to było dla mnie obce i jak bardzo nie potrafiłam tego przyjąć. Zaczęłam uciekać, najpierw myślami a później fizycznie. Aż w końcu na wieczornej imprezie zniknęłam, bo tak miałam dość troski, uciekłam bez słowa. Nie umiałam się zbliżyć do kogoś, kto tak bardzo się o mnie troszczył i był dla mnie dobry. To było mi tak obce. Tej nocy nie wrócił do naszego pokoju. Następnego dnia zobaczyłam go z moją koleżanką na śniadaniu objętych. Czułam, że robi mi to na złość, a nawet dowiedziałam się, że to wszystko jest ustawione i to swego rodzaju przedstawienie. Patrzyłam na nie przez kolejne trzy dni i zastanawiałam się co ze mną jest nie tak. Po kilku miesiącach dowiedziałam się, że jego nowa dziewczyna mnie nienawidzi bo tak bardzo go skrzywdziłam. 

I tak, wiem ,że to była toksyczna relacja, a facet miał duży problem ze sobą. Tak, ciesze się, że nic z tego nie wyszło. Tak, wiem, że gdybym umiała się komunikować i wyrażać potrzeby w prost było by inaczej. Tak, wiem, że nie umiałam szanować swoich granic i jasno ich określać. Wniosków z tej sytuacji można wyciągnąć mnóstwo i już to zrobiłam. Patrząc jednak z perspektywy na to wydarzenie śmiem twierdzić, że idealnie odzwierciedla ono mój schemat. 

Ja zabiegałam o uwagę, on nie reagował, kiedy role się odwróciły a on mnie zauważył to ja się nie potrafiłam odnaleźć. Kiedy nie umiałam się zachować w tej sytuacji on mnie odrzucił w dość brutalny sposób bez słowa wyjaśniania.  Na koniec zrzucił winę na mnie a ja czułam się winna i beznadziejna.

Do tego szablonu można przykładać milion sytuacji z mojego życia. 

Wyszłam z pozycji ofiary wiec czas rozprawić się ze schematami ofiary, które mi jeszcze zostały. 

Teraz już wiem, że miłość nie boli, miłość jest zawsze piękna i czysta, to wszytko to co tworzymy w okół miłości boli. Miłość nie rani, to rani drugi człowiek. Wiem też, że często mylimy miłość z potrzeby miłość. Tak bardzo pragniemy, żeby ktoś nas kochał, że jesteśmy w stanie nazwać miłością wszystko inne. 

Miałam tak ogromna potrzebę miłości i bliskości, że byłam w stanie wpuścić do mojego życia każdego, który dał mi choć odrobinę uwagi i akceptacji. Często myślałam, że nie potrafię kochać, bałam się uczuć, bałam się otworzyć na drugiego człowieka. Gubiłam się już w tym wszystkim. Chciałam i się bałam, co mnie blokowało. Miałam dosyć a i mimo to tak bardzo chciałam. Kochałam i nienawidziłam. Nie chciałam i pragnęłam. Tyle było we mnie sprzeczności. Nie wiedziałam już kim tak naprawdę jestem i czego chce. 

Kiedy ukochałam moją mała Karolinkę, wszystko zaczęło się klarować. Poznałam swoje potrzeby, nauczyłam się stawiać granicę i je szanować. Odnalazłam się w tym wszystkim, a teraz przyszedł czas, żeby zburzyć kolejną ścianę. Czas aby świadome przekonanie wprowadzić w życie i do podświadomości. Aby pokazać i przekonać małą Karolinkę, że miłość wcale nie jest zła, że prawdziwa miłość to tylko i wyłącznie światło. Miłość jest piękna.  

Czuje, że dzięki mojej dzisiejszej pracy jestem w stanie pokochać siebie jeszcze bardziej, a gdy we mnie więcej miłości własnej, więcej miłości mogę przyjmować od świata. Z każdym dniem przekonuje siebie, że można mnie kochać bezwarunkowa, że jestem warta miłości, że zasługuje na nią tylko dla tego, że jestem. 

Coś co jeszcze rok temu było dla mnie nie do pomyślenia dzisiaj się dzieje. Ja kocham świat który mnie otacza a świat oddaje mi to z nawiązką. Uczę się miłości na nowo i to jest cudowne. 

Wiec uczcie się kochać siebie, bo naprawdę warto. I nie polecam Wam afirmacji miłosnych itd… Polecam Wam ciężką prace która przynosi genialne rezultaty niemal natychmiastowo. Spotkajcie się dzisiaj sami ze sobą, spotkajcie się ze swoim Wewnętrznym dzieckiem i powiedzcie mu, że jest wart miłości bezwarunkowej, i jeśli w to jeszcze nie wierzy, powtarzajcie mu to na każdym kroku. Każdy z nas zasługuje na miłość, i ta miłość powinien dostawać w każdej ilości, każdego dnia od samego narodzenia. Jeśli tak się nie działo, teraz Ty sam musisz dać tą miłość sobie i uwierzyć, przekonać się, że to własnie Ty jak nikt inny na tą miłość zasługujesz tylko dlatego że jesteś taki jaki jesteś. 

Kochani dużo miłości Wam życzę <3 

Ja po tym odkryciu oddałam to co nie moje innym. Odesłałam ich z mojego życia. Pożegnałam się z tymi przekonaniami, teraz już jestem pewna że nie były moje, a ja potrafię kochać jak nikt inny. Chcę kochać i być kochaną. Już się nie boje. Po wszystkim pracowałam jeszcze z ciałem metodą Lowena co również wam bardzo polecam. Wyrzuciłam to z ciała, bo w ciele zapisują się nasze emocję i jak już pisałam w poprzednich tekstach, my możemy nie pamiętać ale nasze ciało pamięta wszystko. 

PS. Dużo pracuje samodzielnie, na sesjach indywidualnych dostaje wsparcie które jest tak potrzebne na tej drodze , dopełnieniem tego wszystkiego są warsztaty w których biorę udział. Ta medytacja jest właśnie z cudownych i głębokich warsztatów Eli Jastrzębskiej Terazja.net które z całego serca polecam. 

Kto szuka przyczyn, szuka usprawiedliwienia

Bert Hellinger

Dzisiaj przyszły do mnie takie słowa. I chciałabym z Wami się podzielić tym, co one mi przyniosły. 

Pierwsze co do mnie przyszło to ogromny bunt i złość. Jak to, przecież ja się nie usprawiedliwiam! Przecież ja na prawdę doznałam krzywd. Jak mogę nie szukać przyczyn mojego obecnego stanu emocjonalnego. To jakby wziąć tabletkę na bolący żołądek nie zastanawiając się dlaczego nas boli. Przecież jak mamy skutki to muszą być przyczyny. I co ? Ja mam to tak wszystko zostawić, odpuścić, wybaczyć ?

O nie !!!

Nie mam zgody na to, żeby wybaczać, to tak jakbym miała oddać kawałek siebie. Jak mogę wybaczyć coś co nadal boli. Jak mogę odpuścić coś co tak bardzo upomina się o uwagę. 

Jasne na wybaczanie przyjdzie czas. 

Ale jeśli nie znajdę przyczyn, to jak mam ukochać siebie, jak mam mieć wpływ na to co teraz się dzieje. 

Nie szukając przyczyny nie doszłabym do tego miejsca w którym jestem. A powiem Wam szczerze, że jestem coraz bliżej miejsca w którym chciałam być przez całe życie a co wydawało mi się nieosiągalne. 

Nie szukając przyczyny nie byłabym teraz szczęśliwą kobietą

Nie szukając przyczyny nadal przebywałabym z moim dzieckiem a nie naprawdę z nim była całą sobą.

Nie szukając przyczyny nadal wisiałabym na moim partnerze wymagając od niego, żeby dał mi to czego sama nie potrafiłam sobie dać.

Nie szukając przyczyny dalej pokładałabym uszy po sobie słuchając kolejnej reprymendy mojej matki.

Nie szukając przyczyny nadal tkwiłabym w swoim bagnie, a byłam w nim bardzo głęboko.

Nie szukając przyczyny nie mogłabym robić tego co kocham, nie mogłabym pisać. 

Mogę tak wymieniać bez końca bo szukanie przyczyny i ukochiwanie siebie kawałek po kawałku przyniosło mi ogromne zmiany w moim życiu. Nie tylko mentalne, ale i duchowe, fizyczne. Zmiany o których nawet nie marzyłam zaczynając tą drogę. Zmiany na każdym polu. 

Fakt jest taki, że oczywiście, nie możemy bez końca szukać przyczyn i na nich tylko się skupiać. To nie chodzi o to, żeby użalać się nad sobą teraz bezustannie. Chodzi o to, żeby znaleźć tą przyczynę. Uznać swoją krzywdę. Przeżyć te emocję. Przytulić swoje Wewnętrzne Dziecko. Dać mu to czego właśnie w tej sytuacji potrzebowało. Dać mu to, na co tak długo czekało. Dać sobie taką szansę. Szanse na powrót do siebie.

Co przyszło do mnie zaraz po tym?

Przypomniało mi się jak wszyscy zawsze powtarzali. Nie patrz do tyłu, ważne jest to co będzie. Nie można żyć przeszłością. To co było to już było. Przeszłości nie zmienisz. I jedyne co przychodzi mi na usta to – gówno prawda !!!

Jakieś dwa lata temu zgłosiłam się na terapie dla DDA. Byłam już w takim miejscu, że nie widziałam dalszej drogi. Wiedziałam, że muszę sobie pomóc. W trakcie terapii przyszło do mnie, że jeśli nie pamiętam swojego dzieciństwa to coś musiało być nie tak. Musiało być aż takie bolesne, że wykasowałam ze świadomości wszystko co było wcześniej. A nie pamiętałam prawie nic, aż do końca podstawówki. Ta myśl była dla mnie jak światło w tunelu. Ucieszyłam się jak małe dziecko. Pomyślałam, znajdę przyczynę i wszystko się odmieni.

Podczas sesji indywidualnej z terapeutką, opowiedziałam o moim odkryciu. Zapytałam pełna nadziei, jak to odzyskać, jak dowiedzieć się co tam się działo. A ona ku mojemu zdziwieniu mnie zbyła. Powiedziała że było co było, że nie ma sensu tego szukać, że nie mogę patrzeć w tył, że to mi nic nie da, nic nie zmieni. No i zostałam w tym bagnie dalej. Dalsza terapia indywidualna szła bardzo po wierzchu. Omawiałyśmy zdarzenia dnia codziennego ale to nic nie zmieniało. 

Szukałam wytrwale dalej, bo mimo wszystko, zależało mi na sobie. Chciałam być dobrą kochającą matką dla mojej córki. Chciałam być partnerką dla mojego faceta. Nie chciałam powielać schematów moich rodziców. 

I w końcu przyszło. Przyszła wiedza o Wewnętrznym Dziecku, o flashbackach, listach i całej reszcie. 

Co by się stało gdybym nie znalazła tego wszystkiego. Gdybym dała sobie spokój jak radzono. Gdybym odpuściła sobie, siebie. 

Pewnie byłabym dalej jedną z bardziej nieszczęśliwych osób jakie w życiu znam o tak bardzo smutnych oczach, z ogromnym kawałkiem lodu w sercu, z wysokim murem wokół siebie. 

Dlatego nie odpuszczajcie sobie! Weźcie odpowiedzialność za swoje emocję. Zaglądajcie do siebie, głęboko, do swojego serca. Kochajcie siebie, a jeśli jeszcze nie potraficie to, idźcie tą drogą, bo miłość własna to jedna z najwspanialszych rzeczy które możemy sobie dać sami. Idźcie za tym co czujecie, w sobie, za tym co z Wami rezonuje. Nie dajcie się zamknąć w jedną teorię, nie  ma jednej słusznej drogi. Każdy z Was ma inną, swoją drogę i tylko Wy wiecie co jest dla Was najlepsze. Każdy musi znaleźć swój sposób na powrót do siebie. Swój sposób na uleczenie swoich ran i ukochanie siebie.

I tego właśnie Wam życzę kochani ! Bądźcie blisko siebie <3 Słuchajcie siebie. Nie wszystko jest dla nas dobre. Wybierajcie mądrze to co wpuszczacie do swojego życia. <3 Kochajcie siebie <3

Wewnętrzne Dziecko, czy zawsze cieszy się na nasz widok?

Kontakt z wewnętrznym dzieckiem

O swoim wewnętrznym dziecku usłyszałam jakoś na początku tego roku.

Było to dla mnie duże zaskoczenie, jak to wewnętrzne dziecko? we mnie? i ja mam z nim rozmawiać? przecież to nie jest normalne!

Pomyślałam jednak, jak to mi nie pomoże, to już nic mi nie pomoże. Poczułam że to jest moje, że to ze mną rezonuje.

Poczytałam, posłuchałam, i myślałam, że wiem już wszystko co widzieć trzeba.

Zamknęłam więc oczy i …

i miało być pięknie, moja mała Karolinka miała rzucić mi się w ramiona ale nic takiego się nie stało.

Inspiracją do tego artykułu była medytacja której ostatnio słuchałam. Która własnie pokazywała Wewnętrzne Dziecko które jest zachwycone, kocha Cie i cieszy się, że przyszedłeś, ptaki ćwierkają a słońce miło otula Twoje ciało.

Moje pierwsze spotkanie z Karolinką wyglądało całkiem inaczej niż to sobie wyobrażałam. Nie ucieszyła się na mój widok, co więcej, przez cały czas stała do mnie plecami, nic nie mówiła. Byłam zaskoczona, po pierwsze dlatego, że ta wizualizacja w ogóle mi się udała, a po drugie, że to dzieje się samo, że nie mam wpływu na tą mała istotkę we mnie, a ona może robić co chce, a nie to co pomyślę. To się po prostu dzieje jakbym oglądała film ze sobą w roli głównej.

Mówiłam do niej, że jestem, że przepraszam, że tyle czasu mnie nie było, i że ją ignorowałam, że ją kocham. A ona twardo stała tyłem i nie miała zamiaru ze mną rozmawiać.

Mała Karolina nie chciała ze mną rozmawiać przez dobry miesiąc, a ja wytrwale do niej przychodziłam, wiedziałam że muszę odbudować jej zaufanie. Wracałam do niej nie raz, zaczęłyśmy uleczać pojedyncze sytuacje, które do mnie przychodziły jedna po drugiej.

Byłyśmy w przedszkolu, kiedy Pani posadziła ją za karę na ławkę, ponieważ kolega ją zaszantażował i kazał rozwalić koleżance dom z klocków. Byłyśmy w domu, kiedy płakała bo była głodna, i nikt nie chciał dać jej butelki.  Byłam z nią kiedy płakała, bo bała się być sama. Byłam z nią w tych wszystkich sytuacjach i starałam się dać jej poczucie bezpieczeństwa.

Nie mówiłam frazesów, nie opowiadałam jak to będzie dobrze i cudownie, po prostu byłam, byłam z nią i pozwalałam na to, na co nikt nigdy jej nie pozwalał. Pozwalałam mojej małej Karolince czuć !! Mówiłam, że jest dla mnie ważna i wszystko co czuje jest w porządku, że może się złościć, że może płakać, a ja będę przy niej.

I tak przeżywałyśmy po kolei wszystkie sytuację które ona mi pokazywała. Rozbierałyśmy jej mur, którym się obudowała przed światem cegiełka po cegiełce. Na początku mojej drogi nie pamiętałam dzieciństwa . To dzięki spotkaniom z moim Wewnętrznym Dzieckiem zaczęłam odkrywać swoją przeszłość.

I było tak pięknie, czułam jak płynę z nurtem.

Pewnego dnia nie miałam nic konkretnego wiec przyszłam od tak do Karolinki a ona zaczęła mi uciekać, wiec ja, goniąc ją, próbowałam przekonać, żeby się zatrzymała, żeby przestała uciekać.

… I wiecie co, moja kochana mała Karolinka zrobiła.

Moja Karolinka, pokazała mi się jako strasznie przerażający stwór, zaczęła krzyczeć, krzyczała tak jakby chciała wyrzucić z siebie cały ból, jakby miała zaraz zwymiotować.

A ja siedziałam tak przy niej, na początku przestraszona, a czym ja byłam bardziej przestraszona, tym ona bardziej była przerażająca. Sparaliżowało mnie na dobrą chwilę.

Aż w końcu wstałam z kolan i powiedziałam jej:

Kochana ja się Ciebie nie boję. Ja Ciebie kocham ! Możesz mnie straszyć ale dla mnie już nie jesteś straszna, dla mnie jesteś piękna i niewinna ! Ja będę przy Tobie w każdej sytuacji. Nawet jeśli miałabyś już zostać w takiej postaci, to ja będę z Tobą, ponieważ kocham Cie bez względu na wszystko!

Bardzo to wtedy czułam, czułam całą sobą, że już się nie boje, że już czas pokochać siebie mimo wszystko!

Możecie się domyślić co się stało. Moja Karolina wróciła do normalnej postaci. Zaczęła płakać a ja tuliłam ją jak tylko czule potrafiłam. A w trakcie tych czułości zasnęłam.

To było niesamowite doświadczenie i kolejny krok w powrocie do siebie. Teraz już wiem, że to było moje pierwsze spotkanie z cieniem, ale o tym kiedy indziej.

Chciałam Wam tym powiedzieć, że spotkania z Wewnętrznym Dzieckiem nie zawsze są przyjemne. Nie w każdej sytuacji nasze Wewnętrzne Dziecko będzie cieszyć się na wasz widok. Może Was wyzywać, obrażać a nawet pobić. Cała sztuka polega na tym żeby pozwolić te emocję uwalniać, żeby mieć przestrzeń na to. Jeśli jednak takiej przestrzeni jeszcze nie mamy, to myślę, że warto uczciwie o tym powiedzieć. Możemy powiedzieć, że bardzo nam przykro, że nie potrafmy jeszcze zareagować, że zrobimy wszystko, żeby się nauczyć.

Ja często kiedy na początku nie potrafiłam reagować na zachowania mojej Karolinki, mówiłam jej po prostu, że nie umiem ale ją widzę i słyszę, że jest dla mnie bardzo ważna i jestem tu przy niej całym sercem.

Nasze Wewnętrzne Dziecko nie zawszę będzie potrzebowało miłych i ciepłych słów. Myślę, że Wewnętrzne Dziecko czasem potrzebuje żebyśmy weszli z nim w daną sytuację i stanęli za nim, żebyśmy byli. Może czasem trzeba będzie zasłonić mu uszy żeby nie słyszało kłótni rodziców, a innym razem trzeba będzie płakać razem z nim bez słów, złapać rękę kata zanim wymierzy cios, a może wyjaśnić, że w rzeczywistości świat tak nie wygląda. Może trzeba będzie pokazać inne życie, pokazać, że można żyć w zgodzie ze sobą w świecie pełnym miłości. Udowodnić, że nie zostanie po raz kolejny skarcone, uderzone, opuszczone.

Nasze wewnętrzne dziecko musi nam zaufać !

Myślę również, że klucz w tym, żeby stać się dobrym rodzicem dla naszego dziecka. Musimy kochać swoje dzieci bezwarunkowo, ale także stawiać im granice, żeby czuło się przy nas bezpiecznie. Podstawą jednak na początku jest odbudowanie zaufania, pokazanie, że już zawsze będziemy, że nie zostanie już samo.

Moja mała Karolinka dopiero teraz po niecałym roku otwiera się przede mną prawdziwa, płacze, przybiega do mnie kiedy spotykamy się w wizualizacjach, złości się i opowiada o tym co jej zrobiono. Żeby mogła mi zaufać i otworzyć się musiałam jej pokazać nie tylko w sercu, że mi na niej zależy. Pokazywałam jej to coraz częściej w moim życiu, tu i teraz. Kiedy np.

  • Stawałam za sobą w kontaktach z bliskimi
  • Wyszłam z pozycji ofiary
  • Stworzyłam swoją listę potrzeb i zaczęłam je realizować świadomie
  • Zaczęłam bardzo świadomą pracę z ciałem
  • Procesowałam emocję które do mnie przychodziły

O tym wszystkim też chętnie Wam opowiem w kolejnych wpisach.

Przykłady spotkań z moją Karolinką mogłabym mnożyć bo każde było inne i wyjątkowe, jedne trudne drugie bardzo przyjemne a trzecie z kolei przerażające. Nie miej jednak jestem sobie ogromnie wdzięczna, że już potrafię tak o siebie zadbać i dać sobie poczucie bezpieczeństwa.
Wiem, co tak naprawdę chciałbym dostać na Gwiazdkę. Moje dzieciństwo. Nikt mi tego nie da […] Wiem, że to niemądre, ale czy Boże Narodzenie musi być mądre? Przecież to święto dzieci: tego dziecka, które przyszło na świat dawno temu, daleko stąd, oraz dziecka dzisiejszego. W Tobie i we mnie. Robert Fulghum M

Fakt, nikt dzieciństwa nam nie zwróci, ale możemy do niego wracać i zmieniać nasze tu i teraz. Jest co cudowny dar, możemy uleczać nasze rany, łamać schematy, i przeciwstawić się temu co nam nawkładali o nas samych.

Znam przypadki w których Wewnętrzne Dziecko było niesamowicie brzydkie, niemiłosiernie chude lub grube. Moja Karolinka wyglądała jak mały dzikusek była brudna, potargana i odziana w łachmany. Długo nie chciała dać się doprowadzić do porządku. Dopiero kiedy zaczęłam wychodzić z roli ofiary ona powoli dała się wykąpać, uczesać, ubrać w czyste ubranie.

Zadbałam o nią, karmiłam, spełniałam jej potrzeby, nie raz siedziałyśmy i np. czytałyśmy książkę. Nie za każdym razem wracałam do konkretnego wspomnienia.

Wewnętrzny Niemowlak mojej bliskiej przyjaciółki przewalał jej się przez ręce. To nie jest tak, że robimy coś źle, nasze Wewnętrzne Dziecko chce nam coś przez to pokazać, na coś zwrócić uwagę.

Moja mała Karolinka na początku mieszkała w ciemnym lesie. W środku lasu, do którego mnie pewnego dnia zaprowadziła, pokazała mi nagrobki wszystkich swoich bliskich.

Ta wizualizacja miała miejsce akurat na jednej z sesji z cudowną osobą która mnie wspiera i prowadzi w mojej drodze.

Zapytałyśmy Karolinki po co ona tam jest, czy musi coś robić przy tych grobach. A ona z najsmutniejszą twarzą jaką kiedykolwiek widziałam w życiu, powiedziała, że ona musi się nimi opiekować, że ona mimo, że bardzo się boi tam być, nie może wyjść z tego lasu bo oni jej nie pozwalają. Powiedziała, że oni jej potrzebują.

Udało mi się ją przekonać, że jest inaczej, że teraz kiedy ja jestem z nią ona może wszystko ! Później rozmówiłam się z bliskimi. I stworzyłam Karolince cudowną przestrzeń poza lasem, po drugiej strony rzeki, ma tam swój wymarzony domek na drzewie i wszystkie wspaniałości na które zasługuje.

Nie burzyłyśmy mostu, dlatego żeby móc wracać do tego lasu – do mojego cienia, żeby móc uleczać kolejne rany.

Kochani, jeśli zaczynacie głęboką pracę z emocjami bardzo polecam Wam mieć wsparcie kogoś bliskiego kto będzie miał przestrzeń na Wasze emocję i okaże wam maksimum zrozumienia i miłości lub pracę z terapeutą.

Podsumowując, chciałam życzyć Wam kochani, żeby Wasze kontakty z Wewnętrznym Dzieckiem prowadziły Was do rozwiązań, do samoakceptacji, do zmiany życia na lepsze, do ukochania siebie, żebyście odnaleźli nową radość, żebyście patrzyli w przyszłość z ufnością i żyli tu i teraz. Albowiem żeby zajrzeć w siebie trzeba mieć ogromne jaja. Często jest to bardzo ciężkie i bolesne.  Jednak tylko w ten sposób możemy dokonywać stałych zmian w sobie. Tylko w ten sposób możemy stać się w pełni zgodni ze sobą i autentyczni. Wiec zaglądajmy w siebie, bądźmy z tymi emocjami, pamiętając że czym głębsza rana do uleczania tym większy skarb za nią na nas czeka.


Dziękuje bardzo. Ściskam Was serdecznie. Samych cudów w Waszym życiu Wam życzę