Muszę bo się uduszę

 

Przyszedł czas na podsumowanie

Na mojej stronie znajdziecie wpisy które powstawały w trakcie mojej drogi do siebie, w trakcie mojej terapii.

Na mojej stronie znajdziecie wpisy, które są pełne złości, smutku, żalu i wielu innych emocji które buzowały we mnie przez lata.

Teraz nie ma ich już w moim życiu. Nie ma ich już w takiej ilości. Nie ma ich już w takiej formie.

Chciałam powiedzieć, że według mnie na tym powinna polegać terapia, na tym aby uwolnić to wszystko co tak mocno determinowało moje życie, na tym aby uleczyć to w sobie.

Pisałam już o tym jak to jest z prawdą ?

Każdy ma swoją. Jak stoimy tutaj w kilka osób, tak każdy daną sytuację odbierze w całkiem inny sposób, będzie na nią patrzył przez swój pryzmat, przez swoje doświadczenia, przez swoje rany.

Każdy ma swoją prawdę, i każda z nich jest okej. Jak dla mnie nie ma jednej uniwersalnej prawdy.

Pracuje czasami z osobami spokrewnionymi bliżej lub dalej, z parami ( z każdym z osobna) i widzę jak każda osoba jest indywidualna, jak każdy inaczej odbiera sytuację, zdarzenia, ludzi, rodziców. Niby jeden dom, te same przeżycia a całkiem inny odbiór.

Chciałam Wam powiedzieć, że wszystko co tu napisałam jest moją prawdą. To nie znaczy, że to co napisałam, mija się z prawdą, że to wymyśliłam, to nie tak. To są wydarzenia widziane moimi oczami, odbierane prze zemnie, przyjmowane przez lata do mojego bardzo wrażliwego serca.

I na przykład. Dla mnie często nawet żarty były bardzo bolesne,  mocno je przeżywałam i odbierałam jako prawdę o sobie, od razu się broniłam. Dla mnie odrzuceniem było już krzywe spojrzenie.

I to że dajmy na to rodzic nie miał złych intencji nie znaczy, że krzywda dziecku się nie stała. I nie chodzi tu o to aby teraz linczować rodziców ale uzdrowić to w sobie. Jak najbardziej oddanie krzywdy jest bardzo potrzebne i bazuje na tym wile metod terapii, min radykalne wybaczanie. Przykładów można mnożyć. Rodzice którzy się kłócą, nie chcą krzywdzić dziecka, ale są zajęci sobą i swoimi wojnami a dziecko na tym cierpi, przeżywa swój dramat i dodatkowo często nie ma żadnego wsparcia bo przecież rodzice są pochłonięci sobą.

I co chce przez to powiedzieć ? I dlaczego ?

Mam poczucie, że rodzina i znajomi, którzy czytają mojego bloga mogą to wszystko źle interpretować.  Postanowiłam więc doprecyzować aby nie było już wątpliwości.

Określenie „trauma seksualna” które pojawiło się w jednym z wpisów zanim jeszcze zdecydowałam się opisać mój gwałt, spotkało się z opinią, że byłam gwałcona w domu i dotarło to do moich bliskich. I choć nie odpowiadam za indywidualną interpretację tego co pisze, to jest mi przykro, że bliska mi osoba została oskarżona o tak okropne posunięcie.  A więc powiem w prost, nie spotkały mnie żadne nadużycia na tle seksualnym w domu. Zostałam zgwałcona na wyjeździe przez kolegę.

Alkohol w moim domu był to fakt, alkoholikiem jest dziadek który z nami mieszkał i to w związku z dziadkiem trafiłam na terapię DDA.

Mieszkałam w domu jak to można określić wielopokoleniowym. Mieszkaliśmy z dziadkami i rodzeństwem mamy, choć każda z rodzin prowadziła osobne gospodarstwo domowe, to również oni mieli wpływ na moje dzieciństwo. Np. Ciocia która nie pozwalała mi wchodzić (ciekawemu dziecku) do swojego pokoju a jej córka jeśli już mnie wpuściła to nie pozwalała niczego dotykać, i wujek który tresował wzrokiem, którego potwornie się bałam i wiele, wiele innych sytuacji które miały na mnie duży wpływ. Jednym z nich jest np. samobójstwo mojej babci z którą byłam bardzo blisko związana.

Moje rany powstawały latami, i tu nie do końca jest tak, że wszystkie były czyjąś winą. Pisałam o moim wczesnym dzieciństwie i o tym że nie byłam karmiona piersią i to prawda. Jednak było tak na wskutek tego, że miałam potworne kolki, a bliscy chcieli pomóc tak jak umieli, nikt mnie nie „głodził” bo mu się nie chciało mnie nakarmić, po prostu babcia starej szkoły kazała karmić co trzy godziny, później przekonała mamę, że jej mleko jest niewartościowe – ojj jakie to było popularne w tamtych czasach. Nie było tam złych intencji, każdy robił co mógł, żeby ukoić ten płacz. Jednak co zapisało się w małym dziecku? Co taki maluszek mógł pomyśleć o sobie? Co odbierał jeszcze ? – zmęczenie – może złość – bezradność.

I chciałam tu też pokazać, że z Wewnętrznym dzieckiem mogą również pracować ludzie którzy pochodzą z dobrych ciepłych domów, tak naprawdę każdy. Bo który człowiek nie popełnia błędów, każdemu nawet najlepszemu rodzicowi zdarza się coś spieprzyć. Mi też się zdarza spieprzyć to i owo w moim macierzyństwie i to nie raz.

Kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem.

Jeśli ktoś obraca się w temacie to już za pewne wie, że często intencję rodziców nie mają nic wspólnego z tym co my odbieramy. Dobrze wie też, że jeśli nie czuliśmy się kochani w dzieciństwie to nie znaczy, że kochani nie byliśmy. Najczęściej rodzice kochać bezwarunkowo nie potrafili. Oczywiście są od tego wyjątki. Jednak większość rodziców kocha swoje dzieci i nie chce dla nich źle, reagują przez swoje własne doświadczenia, przez swoje własne krzywdy, sami nie byli kochani i najzwyczajniej w świecie nie wiedzieli jak to się robi. Jak wszyscy dobrze wiemy jesteśmy potomkami ludzi którzy walczyli na wojnach, zabijali, patrzyli na śmierć, przeżywali głód, biedę, tracili całe majątki, tracili rodziny. Tego żniwo zbieramy my. Bo nasi przodkowie nie chodzili na terapię nie mieli możliwości poradzić sobie z tymi traumami a one przechodziły tak z pokolenia na pokolenie a teraz dotykają także nas.

Spotykam się niestety, też z takimi sytuacjami, że matki nie potrafią przyjąć córek do swojego serca i specjalne względy mają synowie, matki które są tak zajęte swoimi problemami, że nie widzą swoich dzieci, matki które są nadopiekuńcze, kontrolujące itd. – i czy one chcą źle ? Nie, one są ślepe. Matki które szukają miłości, które są nieżywe w środku, które są nie czułe a czasami wręcz okrutne dla swoich dzieci. Czy zapytane o to, odpowiedziałyby – tak chciałam skrzywdzić swoje dziecko? Pewnie, nie. Są matki które piły całą ciążę ale są również matki które tak bardzo bały się o swoją ciążę, że żyły w ciągłym lęku i to też ma ogromny wpływ na takiego maluszka. Ile ludzi na świecie tyle przykładów.

Nie czas teraz na ocenę kto jakim jest człowiekiem i do czego w życiu się posunął. Na prawdę słyszałam już wiele okropnych historii ale dla mnie te bardzo drastyczne jak i te z pozoru nieszkodliwe mogą wyrządzić nam krzywdę. I mówię tu o ogromnej potrzebie miłości, takiej, że jesteśmy w stanie zadowolić się „resztkami ze stołu”, mówię tu o tkwieniu w pozycji ofiary, mówię tu o lękach które paraliżują nas w życiu, mówię tu o cieniu który powraca, mówię tu także o szantażu emocjonalnym którym się posługujemy na codzień, mówię o toksycznym wstydzie który nie pozwala żyć w szczęściu i obfitości. Jest tego wiele naprawdę. I nie chodzi tu naprawdę o tych rodziców i innych bliskich bądź dalszych, tu chodzi o nas !!! Żeby się wyrwać z pod tego jarzma, żeby żyć w miłości.

I w swojej ogromnej empatii powiem, tu nie chodzi o to aby obwiniać kogoś o nasz dotychczasowe życie. Tak, trzeba zobaczyć co zostało nam zrobione. Tak, trzeba zobaczyć kto nam to robił. Tak trzeba dotrzeć do tego skąd w naszym życiu ciągłe braki, lęki i bóle. Tak trzeba to uwolnić. Uwolnić czyli poczuć jeszcze raz, ostatni raz, poczuć i puścić. Zmienić to, zaopiekować się sobą w trudnej sytuacji, czasami zrobić to czego dziecko zrobić nie mogło, stanąć w swojej obronie. I nie, nie trzymać się tego, nie obwiniać za swoje życie innych. Wziąć tą odpowiedzialność w swoje ręce i zacząć zmieniać swoje życie, zmieniać oprogramowanie, uwalniać się od programów które rządzą naszym życiem.

Nie umiałam przyjąć mojej matki do serca. Po prostu nie potrafiłam tego zrobić. Mimo, że serce wiedziało, że ona kocha to głowa podpowiadała coś całkiem innego. Chodziłam na terapie i każdy mówił to samo, masz problem z mamą. Ja to wiedziałam ale nie umiałam tego rozgryźć. Moja mama jest jaka jest, często się z nią nie zgadzam, mam całkiem inne spojrzenie na życie niż ona, denerwuje mnie a czasami sprawia przykrość i wiecie co?  Bardzo ją kocham. I wiecie co jeszcze – jest jak każda mama, myślę, że każda mama czasami denerwuje, że często nie zgadzamy się ze swoimi matkami bo jesteśmy po prostu inni. Matka jak każdy człowiek. Wywołuje pewne emocję i to odemnie zależy co ja z tym zrobię. Ja nie mogę zmienić mojej mamy – chociaż próbowałam to robić przez lata. Chciałam, żeby kochała mnie tak jak ja tego chciałam, żeby akceptowała mnie na moich warunkach, żeby była inna, żeby była taka jaką ja ją chciałam widzieć. Nie miałam o tym pojęcia. Dopiero w momencie kiedy wyrzuciłam z siebie to wszystko co tak mocno mnie blokowało, zrobiła się przestrzeń, żeby to dostrzec Dopiero kiedy dowiedziałam się kim jestem , a ja jestem dorosła to poczułam – przyjmuję Cie mamo taką jaką jesteś – to odemnie zależy jak będę odbierała Twoje słowa i gesty, co z tym dalej zrobię .

Nie napisze tu laurki dla mojej mamy, bo dla mnie te laurki to ściema, nie wierzę w to, że są matki idealne, matki które zawsze akceptują, które zawsze wspierają itd. Nie ma nawet takich ludzi. Ludzie są ludźmi i zachowują się czasami beznadziejnie. Każdy z nas czasami zachowuje się beznadziejnie. Ale moja mama zawsze za mną stanie kiedy sytuacja tego wymaga, mój tata pójdzie za mną w ogień i dopiero teraz po latach terapii udało mi się to zobaczyć. Kiedy już uwolniłam się od tego co bolało mogę dostrzegać te dobre chwilę. I tak dalej czasami ich słowa ranią, ale ja już ich nie przyjmuję, biorę tylko to co dobre, i to właśnie chce dawać.

Są przy mnie ludzie którzy nie mogą nawet i tego powiedzieć o swoich rodzicach i zawsze bardzo to przeżywam, nie potrafię pojąć jak można tak źle traktować drugiego człowieka a co dopiero własne dziecko. I wiem, że to też można przeobrazić w miłość w sobie, cień zamienić w światło, że można takich rodziców przyjąć (co nie znaczy wybaczyć, czy przyjąć fizycznie do siebie, czy nawet kochać), zrozumieć ich historię i zaakceptować to co się stało, odpuścić sobie.

I nie, nie mówię tu teraz, że natychmiast trzeba usprawiedliwiać swoich rodziców.  Mówię, że przychodzi taki czas, że dzieje się to naturalnie. Kiedy człowiek pokocha siebie, zobaczy co zostało mu zrobione, pozwoli sobie na swoją prawdę i uwolni te emocję to dzieje się to samoistnie.

I tak sobie myślę o tych ludziach którzy tak łatwo oceniają, którzy rzucają osądami jak z rękawa. Ja też taka byłam. – Jezu co za matka – Jak on tak może – To zły człowiek – Kawał chuja itd. Nadal czasami mi się zdarzy bo komu się nie zdarza. Ale kiedy przestajemy oceniać siebie to nie oceniamy też innych w moim mniemaniu.

Nie miałam idealnego domu, idealnego dzieciństwa, idealnych rodziców. Pamiętajcie, że nie ma ludzi idealnych. Dużo przeszłam w swoim krótkim jeszcze życiu. Ale jestem po stokroć wdzięczna moim rodzicom, że jestem. Jestem wdzięczna, że dzięki temu czego doświadczyłam jestem w tym miejscu w którym jestem. Dzięki temu czego doświadczyłam i przyjęłam do serca, mam tak ogromną przestrzeń dla bliskich, dla córki, dla ludzi z którymi pracuje.

Zawsze bulwersowały mnie słowa, że dzieci z dysfunkcyjnych domów, zyskują ta wiele talentów umiejętności, np. radzenia sobie w stresujących sytuacjach co pomagało w pracy itp. Że często tacy ludzie osiągają sukcesy itd. I owszem zgadzam się z tym ale zdecydowanie nie mogłam się zgodzić z twierdzeniem, że mamy być tym rodzicom wdzięczni. Przychodziło wiele argumentów, bo jak można być wdzięcznym, za biedę, za głód, za przemoc, za wykorzystywania seksualne itd. Jak ja mam powiedzieć komuś kto był torturowany przez ojca albo molestowany przez brata, że ma być za to wdzięczny.

Jak ?

No po prostu, nie mówię. To, że ja przeszłam tą drogę to moje i nie mam prawa narzucać tego nikomu innemu, mogę pokazać drogę, mogę pokazać perspektywę ale nie powiem nikomu wybacz.

Jakby ktoś w tamtym roku powiedział mi, żeby iść dalej musisz wybaczyć swojemu gwałcicielowi, zabiłabym go śmiechem a później pewnie mocno bym się zbulwersowała. Nikt mi tego nie mówił, ja sama poczułam w pewnym momencie, że chce się od tego uwolnić, puścić to i tak tez zrobiłam, wybaczyłam mu w sercu i jestem wolna. To nie znaczy, że to nie boli jak sobie o tym przypominam, ale teraz już nie muszę sobie o tym przypominać już nic mnie przy tym nie trzyma.

Dlatego, nie powiem Ci, bądź wdzięczny, kochaj, wybacz. Powiem jednak, zacznij od siebie, odpuść sobie i weź życie w swoje ręce. A wszystkim tym którzy tak barwnie wypowiadają się o mnie w kontekście tego co piszę, powiem, postawcie się w butach tamtego dziecka, małej Karolinki, czy nastoletniej Karoliny. Nie oceniajcie mnie, ani mojej rodziny. Zobaczcie co to w was porusza i dlaczego <3

W miłości do siebie, życzę wam światła i miłości w swoim życiu.

 

Diament na dnie bagna

 

Ten temat wracał do mnie już od dawna a ja bardzo nie chciałam tam zaglądać. Przyszedł czas, żeby przyznać się do wszystkiego, żeby móc iść dalej. Nie przeskoczę tego. Ostatnio nie dawał mi spokoju, śnił się, przypominał w rozmowach i myślach.

Temat związków od zawsze był dla mnie hmm.. wstydliwy, nie chciałam patrzeć wstecz bo wiedziałam, że popełniłam wiele błędów. Czas wyciągnąć wnioski, ale zdrowe wnioski. Nie będę się obwiniać i biczować bo nie to jest moim celem. Chce rozliczyć się z przeszłością aby znaleźć tam dla siebie diament aby iść dalej i wyżej. Jeszcze mocniej rozwinąć skrzydła. Wyciągnąć wnioski.

We wszystkie moje związki wchodziłam z wielką raną, raną porzucenia, raną tak krwawiącą, że jest to aż niewiarygodne. Potrzebowałam miłości i akceptacji jak powietrza.

Mój pierwszy chłopak, bo wtedy jeszcze chłopak a nie mężczyzna. Marcin. Zaczęło się niewinnie. Weszłam w to bo tak bardzo podobało mi się jego zainteresowanie, on mnie widział, on mnie słyszał !!! Nie byłam nim specjalnie zainteresowana na początku, ale gdy tylko odwracał swoją uwagę odemnie to robiłam wszystko żeby szybciutko do mnie wrócił. Podobało mi się to. Bardzo tego potrzebowałam. Nie widziałam w tym nic złego. Taka gierka dwóch młodych ludzi. Nie miałam pojęcia jakie potrzeby za tym stały.

Okazał się bardzo dobrym i ciepłym człowiekiem, a ja … a ja nie potrafiłam tego docenić. Brałam i brałam ale ciągle było mi mało. Próbowałam zakleić nim swoją wielką dziurę w sercu, nie dało się.

Nie będę opisywać czasu kiedy było nam bardzo dobrze a w moim odczuciu do pewnego momentu było nam cudownie, bo nie w to muszę zajrzeć. Bardzo mocno go kochałam ale nie potrafiłam wtedy kochać, nikt mnie nie nauczył zdrowej, czystej miłości.

Kiedy uwiesiłam się na swoim facecie? Kiedy moja rana zaczęła ropieć? Kiedy przestałam sobie z tym wszystkim radzić? Kiedy zaczęłam go obwiniać za cały mój ból? Kiedy ze szczęśliwej dziewczyny zamieniłam się w potwora radem z głupich komedii? Kiedy zaczęłam wykorzystywać jego miłość przeciwko niemu? Jak mogłam aż tak bardzo się pogubić w tym wszystkim?

Nie wiem, nie mam pojęcia. Nie było chyba przełomu. To działo się stopniowo. Rosło sobie w spokoju. Kulminacja nastąpiła w momencie kiedy ja już pracowałam na etacie a on poszedł na studia, nasze światy się zaczęły tak bardzo różnic a ja coraz częściej czułam się porzucona. Moje poczucie wartości wołało wtedy o pomstę do nieba. Przyszedł czas kiedy poczucie bezpieczeństwa dawała mi tylko moja cielesność, czym bardziej seksowna i wyzywająca się stawałam tym czułam się ze sobą lepiej ale to było tylko pozorne poczucie. Mogłam się przeglądać w oczach innych facetów, czułam się godna uwagi chociaż przez chwilę. Zaczęła się moja stroma ścieżka na samo dno.

Moje rany, moja trauma seksualna, moja świadomość nie dawały mi żyć. Byłam zła, byłam wściekła i wtedy nie miałam o tym pojęcia. Nie wiedziałam, że moje Wewnętrzne Dziecko tak bardzo cierpi i domaga się uwagi. Nie byłam tego świadoma. Wybaczam to sobie <3

Szukałam faktów które dałyby obraz tego jak jest źle, jaka jestem biedna i pokrzywdzona. Znalazłam. Znalazłam rozmowy mojego faceta z jego koleżanką która ewidentnie go kokietowała a on nie był jej dłużny. Cierpiałam ojj jak ja cierpiałam, znalazłam to co chciałam. Mogłam dać wyraz mojemu bólowi. Miałam powód żeby móc cierpieć. Mogłam rozsiąść się w roli ofiary która była mi wtedy taka bliska. Zostałam tam do końca, szukałam kolejnych powodów do cierpień. Szukałam dowodów zdrady, wyobrażałam sobie nawet sytuację kiedy on do tej zdrady się przyznaje. Czasami wychodziłam z roli ofiary, żeby jako kat dać upust mojemu cierpieniu i pokazać jak bardzo jest mi źle, odreagowując oczywiście wszystko na moim niczego nieświadomym facecie, którego przecież tak bardzo kochałam. Byłam wtedy przekonana, że to wszystko jego wina, że on mnie tak bardzo krzywdzi. Nie stałam już w bagnie ja się w nim topiłam, krzyczałam o pomoc ale nikt łącznie ze mną nie potrafił zobaczyć co się dzieje w środku, we mnie.  Oczywiście wszystko to odkrywałam po czasie w trakcie mojej drogi do siebie.

Jak przychodziłam do siebie z tamtego okresu to widziałam najbardziej cierpiącą osobę na świecie. Robiła krzywdę sobie i innym. Kochała ale jej miłość była toksyczna. Chciała zamknąć go w złotej klatce ale nawet wtedy nie byłaby zadowolona. Tak rozpaczliwie wołała o miłość, o akceptację a on się oddalał, ona tkwiła już w bagnie na tyle głęboko, że nie była wstanie zmienić perspektywy, tonęła. Kiedy próbowała się ratować krzywdziła jeszcze bardziej. Myślała, że on będzie wstanie ją uratować, dać jej to czego nie miała w sobie, będzie potrafił ukoić jej ból, wypełnić rany, że pozwoli zapomnieć o złym. Chciała się odciąć uciec jak to miała w zwyczaju. Zacząć nowe życie z nim, bez rodziców, bez problemów, bez bólu. Była taka szczęśliwa gdy byli tylko ze sobą i tylko dla siebie. Nie wiedziała, że tak się nie da żyć, nie można uciec od problemów, że trzeba zajrzeć w głąb, trzeba wrócić i dać sobie to wszystko samemu. Nie wiedziała, że on nie może jej dać tego czego sam nie ma, a ona nie będzie potrafiła wziąć tego czego sama sobie nie dawała.

Nie chciała go ranić, sama czuła się zraniona. Nie chciała go krzywdzić, czuła się bardzo pokrzywdzona. Chciała go zdrowo kochać ale nie potrafiła. Kochała za bardzo. Uciekała i zaraz wracała czekając kiedy żuci jej jakiś ochłap. W głębi nie czuła się warta bezwarunkowej miłości, nie znała takiej miłości. Chciała mu pokazać swoje serce nie umiała jednak być sobą tak po prostu.

Wiedziała, że mogą być szczęśliwi ale ona nie potrafiła być szczęśliwa. Widziała jego uczucia bo miał serce na dłoni ale nie potrafiła go wziąć. Czuła się samotna i nieważna. Chciała dla niego jak najlepiej a wychodziło odwrotnie. Nie mogła znieść, że jego rodzina jej nie akceptowała. Kolejne odrzucenie.

W głębi duszy była cudowną, ciepłą osobą. Nie pozwalała sobie taka być, bała się, że ktoś znowu ją zawiedzie, czekała na to. Bała się, czekała aż ktoś ją znowu zrani. Uciekała przed bliskością mimo że tak bardzo jej pragnęła, nie potrafiła być z nikim blisko, to za bardzo bolało. Ze swojego ciała zrobiła narzędzie, do zaspokajania jego i siebie. Nie chciała szanować swojego ciała, nie umiała. Nie umiała nie projektować na niego swoich ran. Widziała to co chciała widzieć. Czuła tylko tyle na ile sobie pozwoliła.

Udawała że jest niezależna i ma go gdzieś, a w sercu płakała i błagała o każdą formę uwagi. Na zewnątrz była twarda a w środku rozpadała się na milion kawałeczków. Mówili o niej wredna suka, a ona była bardzo wrażliwym, empatycznym i kochającym człowiekiem, który ze strachu założył maskę. Nie, nie jedną maskę, tych masek było mnóstwo.  Mnóstwo oskarżeń, pretensji do samej siebie. Zarzutów, wymagań. Zawsze musiała być jakaś, nigdy nie mogła być sobą. Myślała że będąc sobą jest niewystarczająca, że musi być jakaś żeby zasłużyć na uczucia. Dużo myślała a mało czuła.

Szukała wrażeń, chciała być zauważona i chciała zniknąć za razem. Była skryta i otwarta. Pełna sprzeczności. Sama już nie wiedziała jaka jest, co czuje, co ma robić. Pogubiła się. Prowokowała, wzbudzała zazdrość, krytykowała, oskarżała, wzbudzała poczucie winy. Ewidentnie szukała zaczepki.

Przyszedł koniec którego tak chciała i którego tak bardzo się bała. Powiedziała, że dłużej już tak nie chce, że nie może tak dalej. Myślała, że ja zatrzyma. Nie zatrzymał. Myślała że nie pozwoli jej odejść. Pozwolił. Myślała że nadal tak mocno ją kocha. Już nie kochał, miał jej dosyć. Ona siebie też miała już powyżej uszu.

Jej świat się skończył. Popadła w czarną rozpacz i totalną destrukcję. Utopiła się, utonęła w swoim bagnie. Odcięła się od siebie całkowicie. Chciała się zabić ale nie miała odwagi. Zamknęła się w swoim świecie i umierała z bólu. Cierpiała, nie mogła spać, dostała obsesji na jego punkcie. Dziękować bogu że mama zaprowadziła ją wtedy do psychologa. To pozwoliło jej się trochę pozbierać. Ale kiedy było trochę lepiej znowu uciekła. Uciekła w alkohol i imprezy. Dawało to jej poczucie że jest lepiej, bardzo złudne poczucie bezpieczeństwa. Doznała kolejnej traumy seksualnej. Pochowała to wszystko głęboko tak jak umiała najlepiej. Znała to doskonale. Potrafiła to robić, robiła to już nie raz. Czas pomógł jej zapomnieć. Ale rany zostały.

Wchodziła w kolejne związki z sercem zamkniętym na cztery spusty i duszą podziurawioną jak durszlak. Wchodziła i uciekała jak tylko zaczynało się robić poważnie.

Rany jednak dalej ropiały. Jak myślała o nim to czuła jakby ktoś skakał jej po klatce piersiowej. Nie chciała czuć, nie chciała tam zaglądać. Nie chciała się przyznać, nie była wstanie zobaczyć co tak naprawdę się stało. Łatwiej było obwiniać jego. Udało mi się jednak przekonać ją, że jest to niezbędne, że bez tego nie pójdziemy dalej. Obiecałam, że będę z nią, że pomogę jej to wszystko poukładać. Jestem dorosła, powiedziałam, wiem jak cierpisz, chce Ci pomóc. Wiem ja to zrobić, zaufaj mi. Zgodziła się i po wszystkim była mi ogromnie wdzięczna. Czuła się wolna.

To był niesamowicie ciężki proces i cudownie owocny. Znalazłam tam skarb dla siebie. Wyciągnęłam wnioski. Mogłam skonfrontować się z ranami, przekonaniami, schematami. Mogłam w końcu ściągnąć maski. Wrócił śmiech, taki prawdziwy z głębi duszy. Mogłam przewartościować swoje życie, swój obecny związek. To dało mi również wgląd w relację z moim obecnym partnerem.

Zrobiłam dużo głupich rzeczy w życiu. Rzeczy których bardzo się wstydziłam. Kłamałam, zdradzałam, oszukiwałam. Wybaczam sobie. Teraz już nie muszę się wstydzić. Teraz żyje w zgodzie ze sobą. Nie muszę już tego wszystkiego robić ponieważ jestem autentyczna. Potrafię wsłuchiwać się w swoje potrzeby i je spełniać. Spełniam się jako kobieta w moim związku i matka cudownej małej kobietki. W końcu czuje się pełna.

Teraz już nie muszę się chować, nie muszę udowadniać nikomu, że jestem coś warta bo wartość mam w sobie. Mogę przyjmować miłość bo mam ją głęboko osadzoną w sobie. Bez pracy z własną podświadomością nie byłabym w stanie tego wszystkiego zobaczyć. Żyłabym dalej w poczuciu, że coś straciłam, że zepsułam coś pięknego. Robiłabym dalej to samo z kolejnymi osobami w moim życiu. Wybaczam sobie. Wybaczam sobie wszystko co zrobiłam. Znam teraz przyczynę swoich zachowań. Wiem, że nie chciałam go skrzywdzić, nie chciałam krzywdzić siebie. Nie umiałam wówczas inaczej. Dziękuje mu za to co mi dawał i za to czego nie był wstanie mi dać. Wybaczam sobie i puszczam to. Nie mam już wpływu na to co się stało. Mogę jednak wyciągnąć w tej sytuacji jak najwięcej dla siebie na przyszłość. Jestem sobie ogromnie wdzięczna, że nauczyłam się zaglądać w siebie. Mogłam uleczyć swoje serce i duszę. Mam już w sobie miłość którą mogę przekazywać dalej. Dzięki temu mogę pomagać innym w odnajdywaniu siebie <3 Terapeuta może zaprowadzić Cie tam gdzie sam był.

Nie mogłabym iść dalej gdybym tam nie wróciła. Starałam się to wyprzeć z pamięci. Jednak nie mogę wymazać takiego znacznego kawałka mojego życia. Już nie chce, teraz mogę tam spoglądać bez bólu i wyrzutów sumienia. Mogę teraz o nim mówić bez guli w gardle. Zaopiekowałam się sobą i zbieram teraz plony tej pracy. Ciężko było się do tego wszystkiego przyznać ale mocno wierze, że przyznanie się do swoich błędów, do swoich strachów jest mocno uwalniające. Wierzę, że moje doświadczenie pomoże Wam zrozumieć siebie, zainspiruje, i co tam jeszcze <3

Jeśli potrzebujesz pomocy w swojej drodze jestem tu dla Ciebie <3

PS. Każdy popełnia błędy tylko pytanie co dalej robimy z tymi błędami. Buziaki dla Was <3

 

Moje świadectwo

Mam na imię Karolina mam 27 lat i jestem nowym człowiekiem.

Nigdy nie zapomnę jak na pierwszej sesji indywidualnej terapii dla DDA, zapytano mnie – kim jesteś ?

To pytanie mną wstrząsnęło. Umiałam odpowiedzieć – Mam na imie Karolina, jestem kobietą i matką swojej córki. Tyle.

Byłam w punkcie 0. Nie wiedziałam kim jestem. Byłam w czarnym dole, po depresji poporodowej, sama z malutkim dzieckiem próbowałam ogarnąć swój świat. Poczułam wtedy ogromną pustkę ale również ogromny potencjał. Poczułam, że to jest moment przełomu, moment w którym mogę zacząć wszystko od nowa.

Zawsze byłam osobą czującą i widzącą inaczej, więcej, często nazywaną nadwrażliwą, przewrażliwioną. Pamiętam jak jako dziecko potrafiłam widzieć nie tylko człowieka i jego obecne zachowanie, potrafiłam odnieść to jego zachowanie do jego dzieciństwa, robiłam to intuicyjnie. Widziałam i czułam krzywdę innych. Zawsze byłam bardzo empatyczna ale często było to krytykowane i wyśmiewane.

Ta wrażliwość uprzykrzała mi życie ale teraz wiem, że to ogromny potencjał, to właśnie moja wrażliwość pomogła mi w momencie przełomu. Spotykałam ludzi w życiu którzy mówili mi, że mam ogromną intuicję i żebym słuchała siebie ale ja nie potrafiłam tego robić ponieważ bałam się jak ognia odczuwania, nie umiałam tego robić. W tamtym momencie zaryzykowałam i zaczęłam szukać pomocy sercem a nie rozumem jak wcześniej.

Od dawna miałam duży problem w relacji z moją mama. Byłam u kilku dobrych i polecanych psychologów ale wszyscy sugerowali, że problem jest we mnie jedna z nich nawet otwarcie o tym mówiła. Nikt nie widział tam mojego bólu, cierpienia, rany do uzdrowienia.  W końcu trafiłam na terapie dla DDA tam było już lepiej, dostałam zrozumienie ale to nadal nie było to czego szukałam. Sesje grupowe i indywidualne dały mi dużo cennej wiedzy. Jednak dopiero praca z Wewnętrznym Dzieckiem pozwoliła mi na uwolnienie się od starych emocji.

To dzięki swojej wrażliwości trafiłam na prace z Wewnętrznym Dzieckiem.

Moja przygoda z procesowaniem emocji zaczęła się na początku tego roku. Byłam pod ścianą. Zaczęłam nowe, stare życie w momencie wyprowadzki za granice pod koniec 2016 roku. Nie było to dla mnie łatwe. Topiłam się w moim bagnie coraz mocniej, byłam uzależniona finansowo i emocjonalnie od mojego partnera. Czułam, że moje życie polega na walce, walczyłam o siebie, o swoje przekonania, o miłość, walczyłam o wszystko i ciągle w tej walce byłam przegrana. Zaczęły wracać stare demony, nie dawały o sobie zapomnieć. Chciałam zniknąć, przestać istnieć, a na pewno chciałam nie czuć tego co coraz mocniej upominało się o uwagę.

Wiedziałam że nie mogę już tak dłużej żyć. Zaczęłam szukać i trafiłam na filmy Magdy Szpilki. Kiedy oglądnęłam pierwszy trafił on w prost do mojego serca, czułam to co mówiła całą sobą, chłonęłam jej każde słowo. To było takie moje. Tak mi potrzebne.

Informacja że Magda nie przyjmuje już na sesje indywidualne była dla mnie jak cios, zdecydowałam się jednak poszukać wsparcia u osób z listy polecanych przez nią.

Równolegle kupiłam książkę pt.  Matki które nie potrafią kochać, to był strzał w 10, rozpoczęłam swoją drogę która od samego początku mimo, ze była cholernie trudna to wciągnęła mnie bez reszty. Pochłaniałam książkę za książką.

Musiałam zmierzyć się ze swoimi emocjami, dla mnie nie było już odwrotu. Wiedziałam, czułam każdą komórką mojego ciała, że to jest moja droga, że to co robię nadaje sens mojemu życiu. Z każda uwalnianą emocją byłam coraz bardziej sobą, poznawałam siebie na nowo.

Dzięki poleceniom Magdy trafiłam na sesję do Justyny Pettke i wtedy dopiero przekonałam się w jak czarnej dupie jestem ale z drugiej strony dostałam takie ciepło i wsparcie o którym nawet kiedyś nie marzyłam. Pozwoliło mi to przejść przez moje małe piekło które miałam w sobie. Justyna towarzyszyła mi w najtrudniejszych chwilach, kiedy uwalniałam emocje, które według starego postrzegania, mogły mnie zabić. Pracuje z Justyną od lutego aż do teraz,  w tym czasie uporałam się w wieloma traumami min. z traumą seksualną, uleczyłam matczyną ranę, odzyskałam swoją kobiecość, uwolniłam gniew, odzyskałam siłę sprawczą, zapanowałam nad swoim życiem, relacjami. Pozwoliłam sobie na całkiem inną, bliższą relację z moją córką, która zmieniała się razem ze mną przez ten rok. Nabrałam ogromnego doświadczenia w pracy z Wewnętrznym Dzieckiem, w pracy metodą EFT i wielu innych metod uwalniania emocji, czego nie dałyby mi żadne książki ani wiedza akademicka. Wszystkiego uczyłam się na sobie i własnym doświadczeniu.

Brałam udział w warsztatach Bartka Liberskiego dotyczących odwlekania i pracy z emocjami oraz bardzo wartościowych warsztatach Magdy Adamowskiej „Ciało jest do kochania” z których wyniosłam ogrom wiedzy i doświadczenia. Te warsztaty były dla mnie kluczowe w odzyskiwaniu mojej boskiej kobiecości.

Kolejnym kamieniem milowym były warsztaty i sesje Eli Jastrzębskiej. Wzięłam udział we wszystkich (Przywracamy Swoje Ustawienia Fabryczne, Leczymy się z dzieciństwa- okres prenatalny i niemowlęcy, Leczymy się z dzieciństwa – praca z wewnętrznym dzieckiem w praktyce).

Warsztaty u Eli były dla mnie przełomowe, pozwoliły mi wejść na inny poziom pracy. Dzięki jej medytacją wchodziłam coraz głębiej do podświadomości i mogłam docierać do tych mocno schowanych ran. To była niesamowita bardzo ciężka i trudna praca ale tak transformująca, że bez wahania wykupowałam kolejne warsztaty. Te okresy w których warsztaty się odbywały były wyjątkowe, obcowanie z Elą jest niesamowite i dawało mi ogromnego kopa do działania i mimo, że w tym czasie doskwierały mi różne sygnały z ciała, byłam często wykończona emocjami które się uwalniały wiem, ze było warto, ponieważ przeszłam ogromną transformację, czułam ze odrastają mi skrzydła.

I tak się stało moje skrzydła odrosły, a Ela prywatnie jest da mnie tak ogromnym wsparciem, że czuje iż mogę latać wysoko. Jest dla mnie jak dobra matka która wspiera ale i wymaga. Praca z Elą przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Dzięki temu czego się od niej nauczyłam mogę w końcu żyć w zgodzie ze sobą.

W między czasie pracowałam również z ciałem metodą Lowena, co dopełniło mój powrót do siebie. Od czasu do czasu korzystałam również z masaży Lomi Lomi oraz Tajskich. Regularnie uwalniam emocje z ciała za pomocą metody TRE oraz tańca 5 Rytmów.

Ten rok był dla mnie przełomem. Był niesamowicie ciężki i cudownie wspaniały. W moim życiu zawitała obfitość. Nauczyłam się kochać. Kochać siebie i innych, kochać świat który mnie otacza. Nauczyłam się być tu i teraz, w zgodzie ze sobą.

Praca z Wewnętrznym Dzieckiem odmieniła mnie, była jak podróż dookoła świata. Czerpałam w różnych źródeł, co mnie ukształtowało. Co najwspanialsze, ta praca ciągle trwa. A ja mogę być coraz bliżej siebie. W końcu jestem szczęśliwa, sama ze sobą, tak jak zawsze chciałam.

Wraz ze starym rokiem, pożegnałam się z rolą ofiary, z mentalnością biedaka, z paraliżującym strachem który towarzyszył mi przez całe życie. Pożegnałam się z toksycznym wstydem, toksycznymi relacjami, szantażami emocjonalnymi, manipulacjami itp. Pożegnałam wszystkie swoje stare „demony”.  Oddałam wszystko to co nie należy do mnie i to co ze mną już nie gra.

OTWIERAM SIĘ NA NOWE, WYZNACZAM NOWE CELE I WIEM ŻE KOLEJNY ROK BĘDZIE JESZCZE BARDZIEJ OWOCNY.

Umiem już wyznaczać granice, stawać za sobą murem. Ten rok przyniósł mi wile okazji do weryfikowania w jakim obecnie punkcie się znajduje. Przyniósł wiele sytuacji w których mogłam weryfikować swoje przekonania, odkrywać swoje potrzeby. Zburzyłam wszystko i teraz mogę budować na nowo, ściągam maski jedna za drugą żeby móc patrzeć na świat bez filtrów.

I chciałam Wam powiedzieć, że ja nie jestem wyjątkowa, jestem taka jak inni. Chciałam Wam przekazać, że każdy może wykonać taką pracę. Naprawdę warto postawić na siebie. Jestem z serca przekonana o tym, że tak własnie zmienia się świat, zaczynając od siebie. Kiedy ja zaczęłam zmieniać swoje życie wokół mnie zaczęły dziać się cuda i tylko dla tego, ze w głębi serca, w sobie, w końcu zasługuje na wszystko co najlepsze.

Jeśli potrzebujesz wsparcia w swojej drodze do siebie zapraszam Cie na sesje indywidualne ze mną.

W życiu przeszłam przez wiele trudnych chwil więc mogę śmiało powiedzieć, że tego co robię uczyłam się przez całe życie.

Mogę przeprowadzić Cie przez ciężkie momenty, okiełznać lęki. Pomogę Ci zbudować relację z Twoim Wewnętrznym dzieckiem. Będę z Tobą kiedy będziesz wracać do trudnych chwil ze swojego życia. Dam Ci narzędzia abyś Ty mogła/ mógł pracować samodzielnie. Nauczę Cie wszystkiego co umiem aby Twoje życie było równie obfite jak moje.

Będę, po prostu będę dla Ciebie wsparciem i oparciem.

Jeśli czujesz, że to co pisze rezonuje z Tobą, z Twoim Wewnętrznym Dzieckiem, zapraszam z całego serca.

Ja i moja Karolinka czekamy na Ciebie <3

 

 

 

 

Walka z Cieniem

Często jest to nazywane paraliżem sennym. Ja doświadczałam tego przez wiele lat, nie będąc do końca świadomą co to jest. Zastanawiałam się czy to dzieje się na prawdę czy tylko w mojej głowie, ale to wszystko było takie realne. Byłam przerażona, bałam się zasypiać, nasiliło się w czasach liceum, był czas, że przychodziło codziennie. Zawsze było podobnie, ja budziłam się w nocy w swoim łóżku, w swoim pokoju, a od okna szła w moim kierunku postać którą zawsze widziałam tylko kontem oka, bardziej ją czułam. Zatrzymywała się tuż obok łóżka albo w rogu pokoju. Ja nie mogłam się ruszyć jakbym była totalnie sparaliżowana, nie mogłam wydobyć z siebie dźwięku a tak bardzo chciałam krzyczeć. Trwało to dłuższą chwilę. Jeśli dobrze się nie wybudziłam to za chwilę wracało. Nawet jak teraz o tym pisze to czuje lęk.  Bardzo nieprzyjemne doświadczenie. Myślałam że coś ze mną jest nie tak, czytałam o paraliżu sennym, chcąc uwierzyć, że to nie dzieje się na prawdę. Przeszło samo z czasem, nie było go kilka lat. Przyszedł niedawno w jeszcze gorszej formie, Mój cień. Obudził mnie w nocy przeraźliwy płacz córki z drugiego pokoju, „on” przyszedł do niej a ja nie mogłam jej pomóc nie mogłam się ruszyć. Trwało to zdecydowanie za długo, czułam że dzieje jej się straszna krzywda a ja nie mogłam zareagować, córka krzyczała jakby ja obdzierano ze skóry. Obudziłam się przerażona Nikomu nie życzę takiego doświadczenia. Miarka się przebrała, nie mogłam tak dalej żyć, napisałam posta na grupie warsztatowej na której byłam, z prośbą o wsparcie, byłam naprawdę przestraszona. O ile dotyczyło to mnie to jakoś sobie z tym radziłam, ale kiedy usłyszałam we śnie córkę to mnie przerosło. Dostałam ogromne wsparcie i dużo rzetelnej wiedzy na temat tego co się właściwie stało. Skonfrontowałam się z tą wiedzą, zobaczyłam jak to wyglądało u mnie, Po co to wszystko i dlaczego. Teraz już wiem, że bez wątpienia Cień jest jednym z mniej przyjemnych miejsc w nieświadomej psychice. Cień to miejsce, do którego spycha się te aspekty psychiki, jakie usiłuje się stłumić, zignorować, zaprzeczyć ich istnieniu lub wyeliminować. Nie będę opowiadać Wam teraz o Archetypie Cienia według Junga bo o tym jest dużo informacjo które bez problemu znajdziecie w internecie. Chciałabym powiedzieć wam jak ja swój Cień zintegrowałam. Mając już wszystkie informację na temat Cienia postanowiłam, że jeśli przyjdzie po raz kolejny to się z nim rozprawię na swój sposób. Nie było go, jak na złość przestał się pojawiać. Robiłam jednak jedną wizualizację kilka dni pod rząd, i od momentu w którym Cień się pojawił za każdym razem wpadałam w dziurę, nie mogłam z niej wyjść, a jak mi się udawało wpadałam w nią po raz kolejny. Najważniejsze dla mnie było wyjść z dziury. Nie widziałam co w niej jest skupiałam się na tym, żeby wyjść. W końcu wpadłam na amen. Wpadłam i nie mogłam się już wygrzebać z bagna które było na dnie. Rozpaczliwie chciałam się wydostać, tak jak zawsze rozpaczliwie chciałam się poruszyć podczas spotkania z Cieniem.  Tak jak nie raz w życiu uciekałam, tak jak szukałam szybkiego antidotum żeby nie czuć. Po prostu mieć to już za sobą. Aż w końcu się poddałam i postanowiłam po prostu być. Przestałam walczyć, nie czułam się przegrana, czułam, że płynę z nurtem. Usiadłam po środku bagna i zaczęłam mówić do Wszechświata. Krzyczałam w niebo, że już się nie boję, że wiem, że to przychodzi do mnie teraz bo jestem już gotowa to zwyciężyć, wiedziałam już, że synchronizując w sobie każdą rzecz po kolei przyszła kolej na ciemną stronę. Wiedziałam, że jestem już gotowa zajrzeć w to bagno. W tej chwili zaczęły pojawiać się wokół mnie pająki, a pająków się boję okropnie a nawet bardziej, tysiące pająków, robali i innych okropieństw. I wiecie co …. Ja poczułam do nich miłość. Zaakceptowałam tą sytuację w której się znalazłam. Zrozumiałam, że one nie chcą mi wyrządzić krzywdy. Spojrzałam na nie tak jak zawsze chciałam a nigdy nie umiałam. Poczułam, że to istoty żywe tak jak ja. Zaczęłam mówić do siebie, że kocham, że akceptują tą część siebie, że ona jest moja, i nawet jeśli się boje to nadal kocham. Czułam to, czułam tą miłość całą sobą. Jak powiedział Carl Gustav Jung, w Cieniu tkwi złoto. Kiedy przestałam uciekać, pomyślałam, że w końcu jestem sobą, nie muszę się bać, a w tym momencie pająki zaczęły znikać jeden po drugim. Siedziałam w tym bagnie po szyje, ale już wiedziałam, że to moje bagno, ze czas już się z nim rozprawić. I tak też zrobiłam. Grzebałam w nim i wyciągałam co róż nowe śmieci. Opinie o sobie, przekonania, kłamstwa, szantaże, tak bardzo bolące sytuację z mojego życia. Siedziałam, grzebałam i oglądałam to wszystko powoli przekonując się, że o ile bagno jest moje to co w nim jest już do mnie nie należy. Siedziałam tam i czułam to. Zdecydowałam się oddać wszystko co nie było moje. Popakowałam to w worki i wyrzucałam je z dziury w której tkwiłam. Kiedy zrobiłam już porządek, mogłam już wyjść. Wyszłam i zaczęłam oddawać worki ze „śmieciami” tym do których one tak naprawdę należały. Poczułam ogromną ulgę, poczułam się lekka. Kazałam im wszystkim odejść i zabrać swoje „śmieci”. Teraz mogłam spokojnie spotkać się z moja mała Karolinką. Przybiegła do mnie ucieszona jak nigdy. Opowiedziałam jej z czym się zmierzyłam, wytłumaczyłam co „wyrzuciłam” bo nie było nasze i jaka jest prawda o nas. Kilka dni po tej wizualizacji Cień przyszedł po raz kolejny i jak na razie po raz ostatni. Sytuacja się powtórzyła, usłyszałam jak moja córka płacze ze swojego pokoju. I wiecie co, stał się cud. Nie bałam się, zaczęłam głośno mówić, ” kocham Cie, już nie będę przed Tobą uciekać, akceptuje Cie i przyjmuje do swojego serca. Chce zaglądać w głąb siebie bo wszystko co jest prawdą jest we mnie.” Poczułam ogromną miłość, aż zrobiło mi się ciepło. Po tych słowach nastała cisza. Mój Cień przyszedł do mnie a ja spojrzałam mu głęboko w oczy mając nadzieje, że znajdę tam coś cennego dla siebie. I nie wiem czy oglądaliście bajkę „Vaiana skarb oceanu”, ale jest tam scena kiedy główna bohaterka patrzy uważnie na najstraszniejszego potwora, i okazuje się, że nie jest on wcale potworem. I tak własnie było z moim Cieniem kiedy się z nim skonfrontowałam bez strachu, uciekania i oceniania, okazało się, że nie jest on wcale straszny. Odszedł, i do tej pory nie wrócił. Coś co straszyło mnie od lat okazało się dla mnie skarbem. Teraz wiem, że mogę iść dalej, mogę realnie zmieniać moje życie, nie muszę już obawiać się siebie, nie muszę się już siebie wstydzić. Zmiana. Zmiana może wydawać się przerażającą perspektywą, ponieważ wymaga porzucenia życia, jakie się znało na rzecz nowego. Ale zmiana towarzyszy nam przez całe życie i ja już się jej nie boję. Jeśli moja historia trafi chociaż do jeden osoby, która się z tym zmaga i pomoże jej się z tym zmierzyć to warto było to przeżyć. Warto również dla tego, że moje życie się zmieniło, nabrałam pewności, że idę dobrą drogą, zyskałam siłę której już dawno nie było w moim życiu. Jeszcze mocniej i stabilniej staje za sobą. Mam odwagę zaglądać głębiej. Już nie boję się czuć, nauczyłam się być z najtrudniejszymi dla mnie emocjami. Pozdrawiam Was całego serca <3

Kocham Cię, a Ty mnie krzywdzisz.

Te słowa przyszły do mnie dzisiaj podczas medytacji z triggerami i dość mocno mną wstrząsnęły. 

Niby wiedziałam ale nigdy nie poczułam tego tak mocno jak dzisiaj. 

Moje podstawowe przekonanie, przekonanie które definiuje wszystkie relację w moim życiu, które pozwala na przekraczanie moich granic, na brak szacunku wobec mnie, na poniżanie mnie itd.

Miłość boli, miłość to ciągła walka, miłość to cierpienia. Na miłość trzeba sobie zasłużyć. 

To wszystko grało we mnie główne skrzypce przez tyle lat. I mimo, że wiedziałam o tym schemacie to nie mogłam go zmieniać ponieważ nigdy tak naprawdę go nie poczułam. I będę głosić jak mantrę, że póki działasz tylko z poziomu wiedzy to za dużo w Twoim życiu się nie zmieni. Do zmiany potrzebne jest doświadczenie. Widza i doświadczenie to dopiero pełna praca. Póki nie doświadczysz, nie zadziałasz, to sama widza Ci nie pomoże i pewnie stąd powiedzenie, ze świadomość to już pół sukcesu. Ja dzisiaj dołączyłam do tego drugie pół i skonfrontowałam się z moimi przekonaniami dotyczącymi miłości. 

(Jest wiele metod pracy ja wybieram prace w Wewnętrznym Dzieckiem ponieważ daje mi najlepsze rezultaty. Dokładam do tego prace z ciałem.)

W medytacji pojawił mi się mój partner, mówiłam mu co czuje, dlaczego to czuje i co za tym idzie. Byłam świadoma tych emocji, ponieważ już to przerabiałam, byłam już tam nie raz i wypłakałam nie jedną łzę, rozwaliłam nie jeden kij w lesie wyrzucając to z siebie. I nagle eureka. Przyszło samo, i wybrzmiało – Kocham Cie, ja Cie tak bardzo kocham a Ty robisz mi krzywdę! Odrzucasz mnie! Zatrzymałam się na chwilę by zobaczyć co się stało. Tak, kocham go nad życie a on mnie odrzuca. Dlaczego mnie odrzuca? Bo ja oczekiwałam tego odrzucenia. To odrzucenie było takie moje, tak dobrze mi znane. Od pierwszych miesięcy życia doświadczałam odrzucenia, na rożnych płaszczyznach.

Kiedy mama przestała mnie karmić piersią, kiedy lekarz kazał odkładać mnie do wypłakania, kiedy urodził się mój brat a ja dopominałam się o uwagę której nie otrzymywałam, kiedy dostawałam miłość warunkową. 

Przykładów można mnożyć przez całe moje życie miliony. Byłam odrzucana w klasie, w pracy, w związkach. Odrzucałam sama siebie.

Nie obwiniam rodziców za to co się stało, przeszłam już ten etap permanentnej złości, przyszło zrozumienie. Nie, nie zapomniała, nie, nie przestało mieć to dla mnie znaczenia. Przestałam mieć na nich baczenie, to nie oni byli ważni w tym wszystkim tylko ja. Oni robili wszystko najlepiej jak umieli na dany moment, nie mogli mi dać czegoś czego sami nie mieli. To ja w tym wszystkim jestem ważna, to moje emocje, uczucia, to co mi się działo. To ja to pamiętam inaczej, to ja to pamiętam jako dziecko kilkudniowe, kilkumiesięczne, kilkuletnie. Tylko ja byłam w tej sytuacji. Inni mogli przechodzić obojętnie obok zdarzenia, które było dla mnie tak traumatyczne. To ja się liczę w tym wszystkim i moje odczucia. 

Przyglądając się mojemu dotychczasowemu życiu odrzucenie to było moje drugie imię. 

Przychodzi mi na myśl teraz historia pewnej mojej znajomości która jak dla mnie pięknie zobrazowała tą moją ranę porzucenia. Ja jednak w tamtym momencie nie byłam w stanie tego dostrzec. 

Poznałam faceta, który bardzo mi się spodobał, z biegiem czasu coraz bardziej, a czym ja go mocniej pragnęłam tym on mocniej pokazywał mi, że nic z tego nie będzie, proponując koleżeńskie układy itd. Kiedy ja zrezygnowałam z zabiegania o niego, sytuacja się odwróciła. Poprosił mnie o rozmowę w której powiedział, że dopiero zrozumiał, że mnie kocha, chce ze mną być i zrobi wszystko żeby mnie do siebie przekonać, ponieważ tak bardzo mu na mnie zależy. Pojechaliśmy razem na majówkę, a on tak bardzo zabiegał o to bym się dobrze czuła, że nie potrafiłam się w tym odnaleźć. „A może jesteś głodna, zrobię Ci coś do jedzenia, a może coś do picia, a może masz ochotę na spacer itd.”  O jeny jakie to było dla mnie obce i jak bardzo nie potrafiłam tego przyjąć. Zaczęłam uciekać, najpierw myślami a później fizycznie. Aż w końcu na wieczornej imprezie zniknęłam, bo tak miałam dość troski, uciekłam bez słowa. Nie umiałam się zbliżyć do kogoś, kto tak bardzo się o mnie troszczył i był dla mnie dobry. To było mi tak obce. Tej nocy nie wrócił do naszego pokoju. Następnego dnia zobaczyłam go z moją koleżanką na śniadaniu objętych. Czułam, że robi mi to na złość, a nawet dowiedziałam się, że to wszystko jest ustawione i to swego rodzaju przedstawienie. Patrzyłam na nie przez kolejne trzy dni i zastanawiałam się co ze mną jest nie tak. Po kilku miesiącach dowiedziałam się, że jego nowa dziewczyna mnie nienawidzi bo tak bardzo go skrzywdziłam. 

I tak, wiem ,że to była toksyczna relacja, a facet miał duży problem ze sobą. Tak, ciesze się, że nic z tego nie wyszło. Tak, wiem, że gdybym umiała się komunikować i wyrażać potrzeby w prost było by inaczej. Tak, wiem, że nie umiałam szanować swoich granic i jasno ich określać. Wniosków z tej sytuacji można wyciągnąć mnóstwo i już to zrobiłam. Patrząc jednak z perspektywy na to wydarzenie śmiem twierdzić, że idealnie odzwierciedla ono mój schemat. 

Ja zabiegałam o uwagę, on nie reagował, kiedy role się odwróciły a on mnie zauważył to ja się nie potrafiłam odnaleźć. Kiedy nie umiałam się zachować w tej sytuacji on mnie odrzucił w dość brutalny sposób bez słowa wyjaśniania.  Na koniec zrzucił winę na mnie a ja czułam się winna i beznadziejna.

Do tego szablonu można przykładać milion sytuacji z mojego życia. 

Wyszłam z pozycji ofiary wiec czas rozprawić się ze schematami ofiary, które mi jeszcze zostały. 

Teraz już wiem, że miłość nie boli, miłość jest zawsze piękna i czysta, to wszytko to co tworzymy w okół miłości boli. Miłość nie rani, to rani drugi człowiek. Wiem też, że często mylimy miłość z potrzeby miłość. Tak bardzo pragniemy, żeby ktoś nas kochał, że jesteśmy w stanie nazwać miłością wszystko inne. 

Miałam tak ogromna potrzebę miłości i bliskości, że byłam w stanie wpuścić do mojego życia każdego, który dał mi choć odrobinę uwagi i akceptacji. Często myślałam, że nie potrafię kochać, bałam się uczuć, bałam się otworzyć na drugiego człowieka. Gubiłam się już w tym wszystkim. Chciałam i się bałam, co mnie blokowało. Miałam dosyć a i mimo to tak bardzo chciałam. Kochałam i nienawidziłam. Nie chciałam i pragnęłam. Tyle było we mnie sprzeczności. Nie wiedziałam już kim tak naprawdę jestem i czego chce. 

Kiedy ukochałam moją mała Karolinkę, wszystko zaczęło się klarować. Poznałam swoje potrzeby, nauczyłam się stawiać granicę i je szanować. Odnalazłam się w tym wszystkim, a teraz przyszedł czas, żeby zburzyć kolejną ścianę. Czas aby świadome przekonanie wprowadzić w życie i do podświadomości. Aby pokazać i przekonać małą Karolinkę, że miłość wcale nie jest zła, że prawdziwa miłość to tylko i wyłącznie światło. Miłość jest piękna.  

Czuje, że dzięki mojej dzisiejszej pracy jestem w stanie pokochać siebie jeszcze bardziej, a gdy we mnie więcej miłości własnej, więcej miłości mogę przyjmować od świata. Z każdym dniem przekonuje siebie, że można mnie kochać bezwarunkowa, że jestem warta miłości, że zasługuje na nią tylko dla tego, że jestem. 

Coś co jeszcze rok temu było dla mnie nie do pomyślenia dzisiaj się dzieje. Ja kocham świat który mnie otacza a świat oddaje mi to z nawiązką. Uczę się miłości na nowo i to jest cudowne. 

Wiec uczcie się kochać siebie, bo naprawdę warto. I nie polecam Wam afirmacji miłosnych itd… Polecam Wam ciężką prace która przynosi genialne rezultaty niemal natychmiastowo. Spotkajcie się dzisiaj sami ze sobą, spotkajcie się ze swoim Wewnętrznym dzieckiem i powiedzcie mu, że jest wart miłości bezwarunkowej, i jeśli w to jeszcze nie wierzy, powtarzajcie mu to na każdym kroku. Każdy z nas zasługuje na miłość, i ta miłość powinien dostawać w każdej ilości, każdego dnia od samego narodzenia. Jeśli tak się nie działo, teraz Ty sam musisz dać tą miłość sobie i uwierzyć, przekonać się, że to własnie Ty jak nikt inny na tą miłość zasługujesz tylko dlatego że jesteś taki jaki jesteś. 

Kochani dużo miłości Wam życzę <3 

Ja po tym odkryciu oddałam to co nie moje innym. Odesłałam ich z mojego życia. Pożegnałam się z tymi przekonaniami, teraz już jestem pewna że nie były moje, a ja potrafię kochać jak nikt inny. Chcę kochać i być kochaną. Już się nie boje. Po wszystkim pracowałam jeszcze z ciałem metodą Lowena co również wam bardzo polecam. Wyrzuciłam to z ciała, bo w ciele zapisują się nasze emocję i jak już pisałam w poprzednich tekstach, my możemy nie pamiętać ale nasze ciało pamięta wszystko. 

PS. Dużo pracuje samodzielnie, na sesjach indywidualnych dostaje wsparcie które jest tak potrzebne na tej drodze , dopełnieniem tego wszystkiego są warsztaty w których biorę udział. Ta medytacja jest właśnie z cudownych i głębokich warsztatów Eli Jastrzębskiej Terazja.net które z całego serca polecam. 

Opłacz to !

Płacz, dla wielu to temat tabu !

Często w swoim życiu słyszałam słowa: czego ryczysz, co się mażesz, przestań wyć. Przecież grzeczne dziewczynki nie płaczą. Dobrze, że nie jestem chłopcem bo oni to dopiero maja pod górkę w tym temacie.

Wstydziłam się płaczu, wszyscy powtarzali że jestem nadwrażliwa, że nie można mi nic powiedzieć bo od razu rycze.

Nikt nie potrafił dostrzec tego, że ja w ten sposób wyrażałam swoje emocję. Nie robiłam nikomu na złość. Nie chciałam nikogo zdenerwować od tak. Po prostu czułam.

Płacz jest wpisany w nasze życie już od pierwszych sekund. Noworodek nie potrafi wyrazić inaczej swoich potrzeb jak tylko przez płacz. Dzieci płaczą nie tylko w chwili kiedy są smutne. Płaczą kiedy są złe, kiedy ktoś nie odpowiada na ich potrzeby, kiedy czują ulgę bądź są przestraszone. Jest wiele powodów naszego płaczu.

Płacz ma moc oczyszczania. Jest niesamowitym narzędziem do uwalniania emocji. 

Ja nie potrafiłam korzystać z tego narzędzia, ponieważ nie akceptowałam swojego płaczu. Próbowałam pozbyć się go z mojego życia albo zapraszałam go i gościłam tak bardzo, że przejmował kontrolę i wpadałam w histerię. Nie potrafiłam znaleźć równowagi.

W dzieciństwie nauczyłam się manipulować płaczem ale i to nie zawsze działało, i tak nikt nie dawał mi tego czego potrzebowałam. Zresztą nie potrafiłam rozpłakać się na zawołanie, polegało to bardziej na tym że płakałam tak, żeby ktoś to zauważył i zobaczył jak bardzo cierpię, niestety nikt nie zauważył.

Chyba Was nie zaskoczę mówiąc że te schematy przeniosły się na moje dorosłe relację. Partner mówi, nie rycz a mama powtarza przestań płakać bo co inni pomyślą, powiedzą że Cie krzywdzę. Zdarzało mi się nawet powielać płacz na pokaz z dzieciństwa aby tylko mój partner zobaczył, jak bardzo mnie zranił i jak teraz cierpię. I nie, to nie była zagrywka, bo ja naprawdę cierpiałam okropnie i pragnęłam aby on to zobaczył i ukoił mój ból. Teraz już wiem, że nikt nie mógł zapełnić tej pustki, może zrobić to tylko ja.

Na temat płaczu jest wiele teorii, jak pomyślę co przez lata było wkładane mi do głowy o moich emocjach to aż robi mi się słabo. 

W trakcie procesu powrotu do siebie, zadzwoniłam do babci żeby wypytać się o to jakim byłam dzieckiem. Wiecie co usłyszałam? 

„Byłaś bardzo grzeczna ale i płaczliwa, nic nie dało się do Ciebie powiedzieć, ciągle tylko płakałaś, taki mazgaj, ja mówiłam, że powinnaś dostać porządny wpierdol wtedy by Ci przeszło to mazanie się.”

Jakbym dostała w twarz. I wiecie co wtedy zobaczyłam. Ujrzałam swoją mała Karolinkę, taką piękną, tak cudownie wrażliwą, tak niesamowicie empatyczną. Widziałam jak płatek po płatku odpada jej moc, jej siła. Karolina została złamana. Piórko po piórku oskubali jej skrzydła. Wmówili jej że największy dar z którym przyszła to wada.

I wtedy zaczęłam płakać, i pierwszy raz poczułam że nie zatracam się w otchłani melancholii i cierpienia. Poczułam że te łzy niosą szczęście, oczyszczają, wymywają to co nie jest moje. To był całkiem nowy płacz, płacz który przynosił ulgę.

Dałam sobie prawo do czucia i odczuwania. Dałam sobie prawo do bycia wrażliwcem. Teraz już wiem, że to co wyśmiewane i wypierane przez tyle lat może się rozwinąć. Mam wrażenie, że zaczęłam płakać świadomie.

Dzięki temu że dałam sobie zgodę na mój płacz nie muszę już go tłumić w sobie co często robiłam. Nie muszę również już się w nim zatracać co robiłam jeszcze częściej. Mogę po prostu płakać.

I wiecie co teraz mogę, płakać ze smutku ale i ze szczęścia.

A z czasem kiedy pozwalam sobie czuć, widzę jak odrastają piórka na oskubanych niegdyś skrzydłach.

Tyle lat nie panowałam nad swoim płaczem, że myślałam, że już taka jestem, po prostu rozchwiana. Wybuchałam płaczem z błahych powodów, a w trudnych, poważnych sytuacjach potrafiłam go schować bardzo głęboko. Nie chciałam pokazywać ludziom mojej wrażliwości, bo bałam się, że mnie skrzywdzą albo nazwą słabą i płaczliwą.

A obecnie „przeciekam” płaczę kilka razy dziennie, ze szczęścia, ze wzruszenia, ze złości, z nerwów, ze smutku. Płaczę i czuje jak kropla za kroplą rozpuszcza się moje zlodowaciałe serce. Uwielbiam ten płacz, bo on daje mi wolność.

Opłakałam utratę miłości. Karolinka, nie czuła się kochana. Czuła się opuszczona i zdradzona przez wszystkich.

Opłakałam utratę poczucia bezpieczeństwa. Karolinka nie czuła się bezpiecznie. Czekała tylko czujnie co się zaraz złego wydarzy. Wszędzie widziała podstęp.

Opłakałam utratę radości. Karolina nie potrafiła się już śmiać i być spontaniczną.

Opłakałam utratę niewinności. Bo niewinność również Karolinka utraciła.

Opłakałam utratę zaufania. Karolina nie potrafiła zaufać już nawet samej sobie. 

Opłakałam utratę własnej wartości. Karolina nie miała dobrego mniemania o sobie samej. 

Opłakałam też wiele innych rzeczy które dostałam bądź zostałam ich pozbawiona. Dzięki temu, że pozwoliłam sobie czuć, wokół zaczęły dziać się cuda. Wierzcie lub nie ale mój świat obrócił się o 180 stopni. 

I jedna z najbardziej cieszących mnie korzyści tego, że pozwoliłam sobie czuć a przede wszystkim płakać :

Moja córka ma niecałe 3 lata, przychodzę po nią do przedszkola a ona mówi do mnie: Mamo, ja trochę płakałam jak wyszłaś bo było mi smutno, mogę płakać to nic nie szkodzi.

Mam teraz ogromną przestrzeń na jej emocję. Mogę się wsłuchać w nią, w to co chce mi przekazać. Umiem uszanować jej emocję i daje jej prawo przeżywać je wszystkie bez wyjątku. Wiem też, że nie byłoby to możliwe gdybym ja sama nie dała sobie do tego prawa.  

Pozwólcie siebie na płacz. Pozwólcie sobie na wszystkie swoje emocję. 

Znajdź sobie przestrzeń która będzie przyjazna dla Ciebie, znajdź ludzi, którzy będą  potrafili akceptować Twoje emocję, będą Cie wspierać i obdarzą miłością. Zastanów się czego Ci trzeba w czasie kiedy przeżywasz silne emocję, i zapewnij to sobie <3

Myślę, że gdyby każdy z nas miał w sobie zgodę na płacz, na przeżywanie smutku i innych emocji, świat byłby jeszcze piękniejszy.  

Płacz <3

Poczuj to <3

Bądź tu i teraz <3

Bądź sobą <3

Kto szuka przyczyn, szuka usprawiedliwienia

Bert Hellinger

Dzisiaj przyszły do mnie takie słowa. I chciałabym z Wami się podzielić tym, co one mi przyniosły. 

Pierwsze co do mnie przyszło to ogromny bunt i złość. Jak to, przecież ja się nie usprawiedliwiam! Przecież ja na prawdę doznałam krzywd. Jak mogę nie szukać przyczyn mojego obecnego stanu emocjonalnego. To jakby wziąć tabletkę na bolący żołądek nie zastanawiając się dlaczego nas boli. Przecież jak mamy skutki to muszą być przyczyny. I co ? Ja mam to tak wszystko zostawić, odpuścić, wybaczyć ?

O nie !!!

Nie mam zgody na to, żeby wybaczać, to tak jakbym miała oddać kawałek siebie. Jak mogę wybaczyć coś co nadal boli. Jak mogę odpuścić coś co tak bardzo upomina się o uwagę. 

Jasne na wybaczanie przyjdzie czas. 

Ale jeśli nie znajdę przyczyn, to jak mam ukochać siebie, jak mam mieć wpływ na to co teraz się dzieje. 

Nie szukając przyczyny nie doszłabym do tego miejsca w którym jestem. A powiem Wam szczerze, że jestem coraz bliżej miejsca w którym chciałam być przez całe życie a co wydawało mi się nieosiągalne. 

Nie szukając przyczyny nie byłabym teraz szczęśliwą kobietą

Nie szukając przyczyny nadal przebywałabym z moim dzieckiem a nie naprawdę z nim była całą sobą.

Nie szukając przyczyny nadal wisiałabym na moim partnerze wymagając od niego, żeby dał mi to czego sama nie potrafiłam sobie dać.

Nie szukając przyczyny dalej pokładałabym uszy po sobie słuchając kolejnej reprymendy mojej matki.

Nie szukając przyczyny nadal tkwiłabym w swoim bagnie, a byłam w nim bardzo głęboko.

Nie szukając przyczyny nie mogłabym robić tego co kocham, nie mogłabym pisać. 

Mogę tak wymieniać bez końca bo szukanie przyczyny i ukochiwanie siebie kawałek po kawałku przyniosło mi ogromne zmiany w moim życiu. Nie tylko mentalne, ale i duchowe, fizyczne. Zmiany o których nawet nie marzyłam zaczynając tą drogę. Zmiany na każdym polu. 

Fakt jest taki, że oczywiście, nie możemy bez końca szukać przyczyn i na nich tylko się skupiać. To nie chodzi o to, żeby użalać się nad sobą teraz bezustannie. Chodzi o to, żeby znaleźć tą przyczynę. Uznać swoją krzywdę. Przeżyć te emocję. Przytulić swoje Wewnętrzne Dziecko. Dać mu to czego właśnie w tej sytuacji potrzebowało. Dać mu to, na co tak długo czekało. Dać sobie taką szansę. Szanse na powrót do siebie.

Co przyszło do mnie zaraz po tym?

Przypomniało mi się jak wszyscy zawsze powtarzali. Nie patrz do tyłu, ważne jest to co będzie. Nie można żyć przeszłością. To co było to już było. Przeszłości nie zmienisz. I jedyne co przychodzi mi na usta to – gówno prawda !!!

Jakieś dwa lata temu zgłosiłam się na terapie dla DDA. Byłam już w takim miejscu, że nie widziałam dalszej drogi. Wiedziałam, że muszę sobie pomóc. W trakcie terapii przyszło do mnie, że jeśli nie pamiętam swojego dzieciństwa to coś musiało być nie tak. Musiało być aż takie bolesne, że wykasowałam ze świadomości wszystko co było wcześniej. A nie pamiętałam prawie nic, aż do końca podstawówki. Ta myśl była dla mnie jak światło w tunelu. Ucieszyłam się jak małe dziecko. Pomyślałam, znajdę przyczynę i wszystko się odmieni.

Podczas sesji indywidualnej z terapeutką, opowiedziałam o moim odkryciu. Zapytałam pełna nadziei, jak to odzyskać, jak dowiedzieć się co tam się działo. A ona ku mojemu zdziwieniu mnie zbyła. Powiedziała że było co było, że nie ma sensu tego szukać, że nie mogę patrzeć w tył, że to mi nic nie da, nic nie zmieni. No i zostałam w tym bagnie dalej. Dalsza terapia indywidualna szła bardzo po wierzchu. Omawiałyśmy zdarzenia dnia codziennego ale to nic nie zmieniało. 

Szukałam wytrwale dalej, bo mimo wszystko, zależało mi na sobie. Chciałam być dobrą kochającą matką dla mojej córki. Chciałam być partnerką dla mojego faceta. Nie chciałam powielać schematów moich rodziców. 

I w końcu przyszło. Przyszła wiedza o Wewnętrznym Dziecku, o flashbackach, listach i całej reszcie. 

Co by się stało gdybym nie znalazła tego wszystkiego. Gdybym dała sobie spokój jak radzono. Gdybym odpuściła sobie, siebie. 

Pewnie byłabym dalej jedną z bardziej nieszczęśliwych osób jakie w życiu znam o tak bardzo smutnych oczach, z ogromnym kawałkiem lodu w sercu, z wysokim murem wokół siebie. 

Dlatego nie odpuszczajcie sobie! Weźcie odpowiedzialność za swoje emocję. Zaglądajcie do siebie, głęboko, do swojego serca. Kochajcie siebie, a jeśli jeszcze nie potraficie to, idźcie tą drogą, bo miłość własna to jedna z najwspanialszych rzeczy które możemy sobie dać sami. Idźcie za tym co czujecie, w sobie, za tym co z Wami rezonuje. Nie dajcie się zamknąć w jedną teorię, nie  ma jednej słusznej drogi. Każdy z Was ma inną, swoją drogę i tylko Wy wiecie co jest dla Was najlepsze. Każdy musi znaleźć swój sposób na powrót do siebie. Swój sposób na uleczenie swoich ran i ukochanie siebie.

I tego właśnie Wam życzę kochani ! Bądźcie blisko siebie <3 Słuchajcie siebie. Nie wszystko jest dla nas dobre. Wybierajcie mądrze to co wpuszczacie do swojego życia. <3 Kochajcie siebie <3

Moje normalne życie i szczęśliwe dzieciństwo.

Dawno dawno temu żyła sobie … i tak dalej i tak dalej. 

Jeszcze rok temu usłyszelibyście odemnie piękną bajkę, o mnie, o moim życiu, o tym co u mnie. Nie, nie okłamałabym Was. Byłam mistrzem w kolorowaniu mojej rzeczywistości. Nauczyłam się tego w dzieciństwie. 

Potrafiłam pięknie opowiadać o wszystkim na tyle powierzchownie i różowo, żeby nie musieć czuć. Bo kiedy już czułam to zatracałam się w czarnej rozpaczy nie wiedzieć skąd i po co.

Przychodząc pierwszy raz do Justyny na terapię opowiedziałam jej kolorową bajkę o tym, że mimo, że czuje, że jest coś nie tak i chcę  coś zmienić – coś bo nie wiedziałam jeszcze do końca co – w moim życiu, to ogólnie jest cudownie i w sumie to przesadzam.

Paradoks jest tu widoczny gołym okiem. Tak pełne sprzeczności były moje myśli i uczucia. Ewidentnie wszytko w moim ciele domagało się prawdy ale ja skrzętnie tą prawdę zamiatałam pod dywan, nie chciałam jej znać, nie chciałam czuć. Wtedy właśnie Justyna, jako chyba pierwsza w życiu osoba dostrzegła mnie prawdziwą i o mało nie powiedziała do mnie – dziewczyno co Ty mi tu pier… przecież ja widzę, że jest inaczej. Oczywiście nie powiedziała tego w ten sposób ale dodała do tego coś, co wstrząsnęło mną mocno. Powiedziała, że widzi przed sobą piękną kobietę o bardzo smutnych oczach.

Po sesji poszłam do lustra i głęboko zajrzałam w swoje naprawdę przeraźliwie smutne oczy. To co w nich zobaczyłam strasznie mnie przestraszyło, ponieważ w moich oczach była sama prawda o moim życiu i o tym w jakim miejscu się teraz znajduje, a było niezbyt ciekawie. Wiedziałam już, że tak dalej być nie może, i że zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby odzyskać blask w moich oczach.

Kiedy zaczęłam swoją drogę, miałam poczucie, że nie powinnam narzekać,  że nie mogę być poraniona bo miałam dobre dzieciństwo, że rodzice mnie nie bili i miałam co jeść co więcej nawet dobrze się nam powodziło. Czytałam wpisy na różnych grupach i myślałam, ta to dopiero miała przerąbane, gdzie ja tu ze swoimi przeżyciami. O a to dopiero trauma, nie to co moja.

Jak na ironię przystało wszyscy byli odemnie lepsi nawet w trudnych doświadczeniach i traumach które przeżyli. 

Nie należało mi się. Po raz kolejny w życiu chciałam odpuścić, ponieważ nie należało mi się. Zrezygnować z siebie, bo to było mi znane, moje, takie łatwe. Znowu nie musiałabym czuć ! Nie pamiętałam dobrze dzieciństwa miałam kolejną wymówkę. Jestem mistrzem w wymyślaniu wymówek, więc było ich sporo.

Napisałam jednak list do mamy. Napisałam go …. i nic. Czułam tylko dobrze znany ucisk w szczęce i sztywność ciała. Postanowiłam wiec przeczytać go na głos. To był niesamowity przełom, czytałam a słowa nie chciały przechodzić przez gardło. Łzy ciekły ciurkiem po polikach. Czułam jakbym miała zaraz zwymiotować, wyłaziło ze mnie wszystko co napisałam. Wtedy właśnie zrozumiałam, że mimo wszystko moje dzieciństwo wcale nie było takie szczęśliwe.

Teraz wiem. Moi bliscy zrobili mi krzywdę przede wszystkim emocjonalną. Długo nie chciałam przyjąć tego do świadomości. Wzbraniałam się, umniejszałam tej krzywdzie. Przecież rodzice zapewniali, że robili co w ich mocy. Miałam poczucie, że w porównaniu do innych miałam sielankowe życie i nie należy mi się współczucie. Wiele razy w życiu słyszałam: co Ty możesz wiedzieć, przecież Twoi rodzice mieli pieniądze, co Ty gadasz, przecież rodzice Cie nie bili, itd. Zrozumiałam jednak, że krzywda to krzywda, niezależnie od tego czy mała czy duża. Kto dał nam prawo do oceniania tego czy krzywda była krzywdą czy też nie? Nie możemy decydować o tym czy jak u kogoś w domu nie było alkoholu czy przemocy fizycznej to nie może czuć się skrzywdzony. Czasami dezaprobata wyrażona spojrzeniem rodzica może boleć bardziej niż klaps.

Myślę że nie można wartościować tego co przeżyliśmy, nie można stwierdzić czy mamy gorzej czy lepiej niż ktoś inny. Mamy tak jak mamy i tym należy się zająć. Myślę, że nie jest ważne czy ktoś to zrobił Ci umyślnie czy z niewiedzy … Często tłumaczy się takie rzeczy, były inne czasy, nie było takiej wiedzy, rodzice też poranieni. I tak, to się wszystko się zgadza, ale to nie umniejsza naszym krzywdą. W tym momencie liczy się to co czuliśmy jako dzieci a nie to jakie warunki mieli nasi bliscy. To że kolega z klasy nie był do końca świadomy tego co robi, puszczając plotkę o Tobie po szkole to nie znaczy, że Ty mniej to przeżyłaś/ przeżyłeś.

I przypomina mi się w tym miejscu historia jednej z kobiet, która uczestniczyła wraz ze mną w grupie DDA. Powiedziała on, że u niej w domu była patologia na bardzo wysokim poziomie. Rodzice wzięci adwokaci, dziadek prokurator, a w domu działy się takie rzeczy które się w głowie nie mieszczą. To że żyła w bardzo dobrych warunkach nie miało dla niej znaczenia bo krzywdzili ją emocjonalnie. Druga za to powiadała o przemocy w białych rękawiczkach która miała miejsce w jej domu. Kolejna była po prostu niewidzialna, nic niezwykłego nie działo jej się pod jej dachem. Fakt, że nie było widocznych nadużyć nie znaczył, że ona cierpiała mniej niż gdyby ją katowali.

Przykłady można mnożyć. Chciałam jednak tym pokazać że każda sytuacja jest inna i jeśli czujesz że coś było nie tak to pewnie masz rację. Możesz zapytać siebie, jak ja to pamiętam ?, nie jak było mi to przedstawione, czy wytłumaczone. Nawet jeśli nasza świadomość czegoś nie pamięta, to pamięta to podświadomość, a z całą pewnością pamięta to nasze ciało. Obserwujmy więc nasze reakcje w ciele, słuchajmy tego co nasze ciało chce nam powiedzieć.

Trzeba mieć dużą odwagę żeby zajrzeć w siebie, zobaczyć to co zostało nam zrobione. Gwarantuje jednak że taka praca się opłaca, i czym cięższe przeżycie mamy do przepracowania tym nagroda większa. Wbrew pozorom to nas nie zabije. 

Ja uznałam, że moje życie nie jest takie jakie bym sobie życzyła i dzięki temu mogę je kreować na nowo.

Uznałam, że moje dzieciństwo nie było tak wspaniałe jak twierdzą moi rodzice i dzięki temu mogę je opłakać. To że oni robili dla mnie wszystko najlepiej jak potrafili to nie znaczy, że ja nie czułam tego co czułam. Teraz mogę przytulić moje Wewnętrzne Dziecko, mogę wchodzić coraz głębiej i uzdrawiać to wszystko co przez lata chorowało, było toczone przez opinie i wtyki innych. Dało mi to ogromne pole manewru. W momencie kiedy uznałam swoje krzywdy, moje życie zaczęło zmieniać się na lepsze.

Uznałam siebie, zobaczyłam w jakim miejscu jestem obecnie i wiedziałam, że jest to stan przejściowy. Zaakceptowałam obecny stan rzeczy co pozwoliło mi działać.

Oczywiście to wszystko to proces, to trawa, to wymaga czasu i pewnej systematyczności. Nie można np. raz za sobą stanąć a raz nie, raz uznać swoją krzywdę a innym razem odpuścić żeby nie czuć.

Na swojej drodze spotykam wiele osób które są przekonane, że mimo wszystko trzeba wybaczać i trzeba kochać swoich oprawców bo miłość …. Miłość Ci wszystko wybaczy …. I owszem na wybaczenie też jest miejsce, przyjdzie na to czas. Jednak gdy wybaczamy na początku to zamyka nam to drogę do czucia. Bo jeśli wybaczamy przedwcześnie to nie mamy już nad czym płakać. Wybaczam i zakopuje jeszcze głębiej to co nie wyrażone, nie daje sobie prawa tego poczuć, przepracować, ukochać, uwolnić się od tego ładunku który aż się prosi o zobaczenie i uznanie. Co wtedy możemy powiedzieć Wewnętrznemu Dziecku:

Nie no przepraszam, wiem że źle się czułeś kiedy tata Ci mówił, że jesteś do niczego i Cie wyzywał, ale ja już mu wybaczyłem, po sprawie, załatwione, czujesz się lepiej?

 

Pamiętajcie że każdy z nas potrzebuje miłości, bezpieczeństwa, opieki i jeśli tego nie było to mamy prawo czuć się skrzywdzeni. Uznanie tych krzywd, da nam prawo do ukochania siebie. Będziemy mogli dać to wszystko sobie sami.

Wystarczyło tylko że nasi rodzice :

  • Byli niedojrzałymi dziećmi w skórze dorosłej osoby
  • Byli Pasywni
  • Byli Nieufni wobec świata
  • Tłumili emocje
  • Mieli cechy narcystyczne
  • Nie dali nam poczucia bezpieczeństwa
  • Byli zajęci sobą i nie mieli przestrzeni dla nas
  • Ranili słowami, oceniali 
  • Nie wierzyli nam
  • Poniżali nas przy każdej okazji
  • Zawstdzali
  • Stosowali szantaż emocjonalny
  • Kierowała nimi opinia innych

Nie mówiąc już o tych rodzicach którzy bardziej kochali alkohol od własnych dzieci itd. To wystarczyło żebyśmy stracili swoją niewinność i boskość, swój blask z którym się rodzimy. Jeśli zostaliśmy nauczeni, że jeśli nie zachowamy się w pożądany sposób to mama się obrazi albo będzie krzyczała, to co my wtedy czuliśmy, co o sobie pomyśleliśmy. Zaczęliśmy powoli odcinać się od siebie. Rodzice pokazywali nam, że nie jesteśmy ważni, ze to co czujemy jest niewartościowe. Nie widzimy tego co widzimy, nie słyszymy tego co słyszymy. Jak mówisz to mówisz źle, więc lepiej już nie mów. I przestaliśmy ufać sobie. Odcięliśmy się od siebie. Nie rycz, nie złość się, nie krzycz, nie kłam, o co Ci znowu chodzi, nie przeszkadzaj mi itd. Przestaliśmy siebie słuchać, uwierzyliśmy w to wszystko co o nas mówiono. Przestaliśmy widzieć swoją wartość. Dlatego własnie musimy wracać do siebie. Kiedy pozwalamy sobie czuć, jeśli pozwalamy sobie płakać, złościć się to odblokowujemy traumę, uwalniamy siebie i jesteśmy bliżej siebie. Poprzez czucie możemy pokochać siebie na nowo, możemy zacząć sobie ufać. Odblokowujemy to czego nie pozwalano nam czuć i nagle okazuje się że możemy wszystko.

Teraz możemy to naprawić, możemy to wszystko odkręcić. Dać sobie bezwarunkową miłość, bezpieczeństwo i wszystko to czego zabrakło nam w dzieciństwie. Dlatego pozwalajmy sobie czuć wszystko. Miejmy jaja żeby zaglądać do tych ran które tak bolą. Przecież my wiemy, że bolą, kują, palą, jest nam z nimi bardzo niewygodnie. One domagają się uwagi. Oddajmy to wszystko co do nas nie należy. Ukochajmy siebie. Zawalczmy o siebie !