Obrastam w siłę, bronię się.

Nie złoszczę się, nie złoszczę się. Lubie chleb wiec sobie zjem. I po brzuchu się poklepie.

Wczoraj zdołałam wrócić do łona matki, pamięć wraca dziś. 
Co w niej jest? Czego nie mam ja? Pełnia człowieczeństwa wiele kosztuje mnie.

Tak śpiewała niegdyś Kasia Nosowska. A jej słowa grają teraz w mojej duszy.

Obrastam w siłę. Obrastałam w nią wiele lat. Chciałam być zauważona. Chciałam być bezpieczna. Chciałam umieć się bronić. 

Moje ciało od wielu lat bardzo dobrze odzwierciedlało stan mojej duszy i mojego umysłu. Kiedy wpadałam w dół to tyłam jak szalona, obrastałam w siłę. 

Nie potrafiłam szanować mojego ciała. Nie lubiłam go. 

Nawet jak chudłam, zawsze coś było nie tak, jeszcze można było coś poprawić. Nigdy nie byłam dość dobra. Poniżałam myślami sama siebie. Nie mogłam na siebie patrzeć w lustrze. Nie potrafiłam o siebie zadbać. Jadłam a później katowałam się myślami o samej sobie.

Patrzyłam na swoje ciało jak na obiekt seksualny. Nie używałam go ale wykorzystywałam fakt iż było atrakcyjne. Podobało się mężczyzną, więc dostawałam odrobinę akceptacji której tak rozpaczliwie szukałam.

Gimnazjum i liceum minęło pod znakiem wyzywającego ubioru, mocnego makijażu i totalnego zagubienia. Byłam ładna, byłam szczupła, byłam akceptowana przez koleżanki, pożądana przez kolegów. Zdarzało się, że nawet wujkowie komentowali dwuznacznie mój wygląd.

Bardzo mi to schlebiało, lubiłam to, w końcu dostawałam tą uwagę której tak bardzo pragnęłam a raczej jej marny substytut. Jednak jednocześnie bardzo mnie to krepowało wiec nie było to do końca to czego oczekiwałam.

Chodziłam do klubów i czerpałam ogromną przyjemność z tego, że większość mężczyzn zwracało na mnie uwagę, że mogłam ich spławiać jednego za drugim. Nie byłam nie miła, wręcz przeciwnie. Ale mimo, że tak bardzo zależało mi na ich uwadze, nie chciałam bliższego kontaktu. Bałam się go, wstydziłam się siebie.

Im szło to dalej, tym ja bardziej cierpiałam. Gubiłam się w tym. Nienawidziłam swojego ciała a mimo to je pokazywałam z nie mała duma. Byłam bardzo wstydliwa a lubiłam być w centrum uwagi. Peszył mnie wzrok innych ale tak bardzo chciałam być zauważona, że robiłam wszystko żeby go przyciągnąć. Wiele było we mnie sprzeczności w tamtym czasie.

Teraz patrze na siebie z tamtych lat i widzę bardzo wrażliwą dziewczynę która chciała dodać sobie pewności siebie w nieodpowiedni sposób. I nie chce tu powiedzieć, że mój wygląd był czymś złym bo wydaje mi się że mimo wszystko zachowywałam umiar i dobry smak w tym wszystkim, chodzi mi bardziej o to, że powody ku temu żeby wyglądać prowokacyjnie były nieodpowiednie. Chyba w tamtym momencie myślałam, że nie mam nic więcej do zaoferowania. O ja głupia 🙂

Moje ciało było odłączone ode mnie. Było jak towar na półce. Było jak moja wizytówka a nie część mnie. Nikt nie nauczył mnie że trzeba szanować swoje ciało i dbać o nie. Nikt nie pokazał w jaki sposób się to robi.

Dałam się wciągnąć w tą gonitwę za pięknem. Wszędzie w okół widać było kobiety które sprzedają swoje ciała. W teledyskach, na okładkach gazet. Kupiłam to, myślałam że jeśli będę wyglądała tak jak one to będę coś warta. 

Myślałam, że tylko w momencie, kiedy będę wyglądać dobrze ludzie będą mnie akceptować. I tak wtedy było, przyciągałam to jak magnes, widziałam to w każdej sytuacji, widziałam te pogardliwe spojrzenia, porównywałam się nieustannie do każdego. Jeśli bilans wychodził na plus było dobrze, jednak przeważnie w moim otoczeniu był ktoś: ładniejszy, mądrzejszy, bardziej zabawny, bardziej, zawsze był ktoś bardziej, a ja zawsze goniłam króliczka. Chciałam być idealna, bez skazy. Zawsze taka jak powinnam być. W tamtych czasach w ogóle dużo rzeczy „powinnam” i wielu rzeczy mi nie „wypadało”. Wiedziałam jaka powinnam być ale nie wiedziałam kompletnie kim jestem. 

Czekałam na księcia z bajki który przyjdzie i mnie uratuje, w głębi duszy wierzyłam, że to możliwe, że ktoś pokocha mnie tak jak o tym po cichu marzyłam i skończy się w końcu ten głód miłości.

Nikt nie był w stanie mnie tak kochać bo ja siebie nie kochałam wcale. 

A już na pewno nie kochałam swojego ciała. 

W czasach gimnazjum objadałam się i próbowałam wymiotować, dzięki bogu nie potrafiłam zmusić się do wymiotów bo pewnie długo zmagałabym się z bulimiom. Potrafiłam nic nie jeść po kilka dni żeby mój brzuch był płaski. Jadłam kompulsywnie, aż do uczucia totalnej porażki. Nie mogłam wytrzymać sama ze sobą.

W liceum zaczęły się imprezy i alkohol, więc do jedzenia nie przywiązywałam, aż takiej wagi ponieważ miałam inny zagłuszacz, drinka albo kilka. Był nawet czas kiedy brałam silne tabletki na odchudzanie, działało oczywiście na chwile. W dalszym ciągu byłam niedoskonała. Miałam też chłopaka który mnie kochał, a ja czułam się kochana, nie trwało to jednak zbyt długo bo nie był wstanie zakleić wszystkich moich ran.

Kiedy w moim pierwszym poważnym związku zaczęło się walić, a ja poczułam się nic nie warta, zdradzona i opuszczona, znowu uciekłam w jedzenie. Przytyłam 20kg !

Po burzliwym rozstaniu po raz kolejny głodówki, waga wróciła do normy. 

W miedzy czasie było kilka wzlotów i upadków.

Związałam się w końcu z człowiekiem w którym ogromnie się zakochałam. Katowałam wtedy moje ciało głodówkami jak tylko się dało, żeby tylko mnie zaakceptował. Chciałam być taka jaką myślałam, że on chce abym była. Oczekiwałam, że teraz już wszystko będzie inaczej. Nie muszę Wam chyba mówić, że nie było.

Nie tylko ja nie akceptowałam swojego ciała ale on również go nie akceptował, i mimo że nie było to dla mnie przyjemne, to zgadzałam się z jego zdaniem. 

Zawsze miałam kilka kilo za dużo, nawet ważąc 52kg czułam się jak słoniątko. 

Teraz przypominam sobie te wszystkie sytuację z dzieciństwa, jak dziadek powtarzał że jestem grubasem. Jak drużynowy na obozie krzyczał do mnie że mam grubą dupę i nie umiem nawet wejść po drabince ze sznurka. I wtedy się tak czułam, mała Karolinka która zawsze była szczupła, widziała siebie całkiem inaczej.

Te wszystkie chwilę w których byłam odrzucana jako małe dziecko odbijało się cieniem przez całe moje życie. Nikt nie nauczył mnie kochać siebie wiec ja sama nie kochałam siebie. 

Nie słuchałam swojego ciała. Ciągle z nim walczyłam. 

Zauważyłam to wszystko kiedy podczas pracy z Wewnętrznym Dzieckiem zaczęłam przybierać na wadzę. Czułam się co raz lepiej a ciało pokazywało, że jeszcze tu jest coś do zrobienia. I wtedy zrozumiałam, że muszę podejść do siebie holistycznie. Teraz już wiem dlaczego tyłam. Obrastałam w siłę, bo czym byłam większa tym większe było prawdopodobieństwo, że ktoś mnie zauważy. Czym byłam większa tym paradoksalnie czułam się bezpieczniej, mogłam być ofiarą. To wszystko dzieje się na poziomie podświadomym, nie brzmi to logicznie, ale czym byłam bardziej nieszczęśliwa tym byłam bardziej bezpieczna. 

I tu zakończę i dam Wam chwilę do przemyślenia własnej relacji z ciałem. Myślę że czasem warto się zatrzymać i posłuchać swojego ciała, przeskanować je od góry do dołu, zobaczyć co tam u niego słychać. 

Teraz jestem z każdym dniem coraz bliżej jedności z własnym ciałem. Nauczyłam się je szanować, dbać o nie, mimo, że waga jeszcze pokazuje za dużo to ja patrzę na siebie z miłością, wyglądam dobrze bo czuje się dobrze.

Ciało odbija nam często emocję, moje ciało pokazywało mi wypartą złość. Moje ciało pokazywało mi bardzo dokładnie kiedy nie stawiałam granic, kiedy moje potrzeby nie były zaspokajane, kiedy robiłam coś wbrew sobie. 

Dzisiaj jestem ogromnie wdzięczna swojemu ciału za to, że jest takie jakie jest. Kocham je bo jest moje. Kocham je bo jestem wara miłości. Kocham je bo już nie dam sobie wmówić, że jestem wybrakowana. 

Przepraszam je bardzo każdego dnia, że tak źle je traktowałam przez tyle lat, że obrażałam i dawałam obrażać, że nie dawałam czułego dotyku, że zapewniałam odpowiedniej porcji ruchu, że wrzucałam w nie śmieciowe jedzenie, papierosy i alkohol.

Dziękuje, że mnie nigdy nie zawiodło, że nie chorowało poważnie, że mimo mojego nieodpowiedzialnego traktowania, chce ze mną współpracować. 

Relacja z moim ciałem to moja ostatnia prosta przy wychodzeniu z pozycji ofiary w moim życiu. 

Kochani życzę wam z całego serca aby wasza relacja z ciałem była cudowna i pełna miłości. 

Ukochiwanie siebie nie polega tylko na pracy Wewnętrznym Dzieckiem i ja sie o tym przekonałam na własnej skórze. 

Proces musi trwać, ja idę dalej i w moim życiu nie ma już miejsca na złe traktowanie siebie. 

Traktuj siebie samego, tak jak chciałbyś być traktowany <3