Diament na dnie bagna

 

Ten temat wracał do mnie już od dawna a ja bardzo nie chciałam tam zaglądać. Przyszedł czas, żeby przyznać się do wszystkiego, żeby móc iść dalej. Nie przeskoczę tego. Ostatnio nie dawał mi spokoju, śnił się, przypominał w rozmowach i myślach.

Temat związków od zawsze był dla mnie hmm.. wstydliwy, nie chciałam patrzeć wstecz bo wiedziałam, że popełniłam wiele błędów. Czas wyciągnąć wnioski, ale zdrowe wnioski. Nie będę się obwiniać i biczować bo nie to jest moim celem. Chce rozliczyć się z przeszłością aby znaleźć tam dla siebie diament aby iść dalej i wyżej. Jeszcze mocniej rozwinąć skrzydła. Wyciągnąć wnioski.

We wszystkie moje związki wchodziłam z wielką raną, raną porzucenia, raną tak krwawiącą, że jest to aż niewiarygodne. Potrzebowałam miłości i akceptacji jak powietrza.

Mój pierwszy chłopak, bo wtedy jeszcze chłopak a nie mężczyzna. Marcin. Zaczęło się niewinnie. Weszłam w to bo tak bardzo podobało mi się jego zainteresowanie, on mnie widział, on mnie słyszał !!! Nie byłam nim specjalnie zainteresowana na początku, ale gdy tylko odwracał swoją uwagę odemnie to robiłam wszystko żeby szybciutko do mnie wrócił. Podobało mi się to. Bardzo tego potrzebowałam. Nie widziałam w tym nic złego. Taka gierka dwóch młodych ludzi. Nie miałam pojęcia jakie potrzeby za tym stały.

Okazał się bardzo dobrym i ciepłym człowiekiem, a ja … a ja nie potrafiłam tego docenić. Brałam i brałam ale ciągle było mi mało. Próbowałam zakleić nim swoją wielką dziurę w sercu, nie dało się.

Nie będę opisywać czasu kiedy było nam bardzo dobrze a w moim odczuciu do pewnego momentu było nam cudownie, bo nie w to muszę zajrzeć. Bardzo mocno go kochałam ale nie potrafiłam wtedy kochać, nikt mnie nie nauczył zdrowej, czystej miłości.

Kiedy uwiesiłam się na swoim facecie? Kiedy moja rana zaczęła ropieć? Kiedy przestałam sobie z tym wszystkim radzić? Kiedy zaczęłam go obwiniać za cały mój ból? Kiedy ze szczęśliwej dziewczyny zamieniłam się w potwora radem z głupich komedii? Kiedy zaczęłam wykorzystywać jego miłość przeciwko niemu? Jak mogłam aż tak bardzo się pogubić w tym wszystkim?

Nie wiem, nie mam pojęcia. Nie było chyba przełomu. To działo się stopniowo. Rosło sobie w spokoju. Kulminacja nastąpiła w momencie kiedy ja już pracowałam na etacie a on poszedł na studia, nasze światy się zaczęły tak bardzo różnic a ja coraz częściej czułam się porzucona. Moje poczucie wartości wołało wtedy o pomstę do nieba. Przyszedł czas kiedy poczucie bezpieczeństwa dawała mi tylko moja cielesność, czym bardziej seksowna i wyzywająca się stawałam tym czułam się ze sobą lepiej ale to było tylko pozorne poczucie. Mogłam się przeglądać w oczach innych facetów, czułam się godna uwagi chociaż przez chwilę. Zaczęła się moja stroma ścieżka na samo dno.

Moje rany, moja trauma seksualna, moja świadomość nie dawały mi żyć. Byłam zła, byłam wściekła i wtedy nie miałam o tym pojęcia. Nie wiedziałam, że moje Wewnętrzne Dziecko tak bardzo cierpi i domaga się uwagi. Nie byłam tego świadoma. Wybaczam to sobie <3

Szukałam faktów które dałyby obraz tego jak jest źle, jaka jestem biedna i pokrzywdzona. Znalazłam. Znalazłam rozmowy mojego faceta z jego koleżanką która ewidentnie go kokietowała a on nie był jej dłużny. Cierpiałam ojj jak ja cierpiałam, znalazłam to co chciałam. Mogłam dać wyraz mojemu bólowi. Miałam powód żeby móc cierpieć. Mogłam rozsiąść się w roli ofiary która była mi wtedy taka bliska. Zostałam tam do końca, szukałam kolejnych powodów do cierpień. Szukałam dowodów zdrady, wyobrażałam sobie nawet sytuację kiedy on do tej zdrady się przyznaje. Czasami wychodziłam z roli ofiary, żeby jako kat dać upust mojemu cierpieniu i pokazać jak bardzo jest mi źle, odreagowując oczywiście wszystko na moim niczego nieświadomym facecie, którego przecież tak bardzo kochałam. Byłam wtedy przekonana, że to wszystko jego wina, że on mnie tak bardzo krzywdzi. Nie stałam już w bagnie ja się w nim topiłam, krzyczałam o pomoc ale nikt łącznie ze mną nie potrafił zobaczyć co się dzieje w środku, we mnie.  Oczywiście wszystko to odkrywałam po czasie w trakcie mojej drogi do siebie.

Jak przychodziłam do siebie z tamtego okresu to widziałam najbardziej cierpiącą osobę na świecie. Robiła krzywdę sobie i innym. Kochała ale jej miłość była toksyczna. Chciała zamknąć go w złotej klatce ale nawet wtedy nie byłaby zadowolona. Tak rozpaczliwie wołała o miłość, o akceptację a on się oddalał, ona tkwiła już w bagnie na tyle głęboko, że nie była wstanie zmienić perspektywy, tonęła. Kiedy próbowała się ratować krzywdziła jeszcze bardziej. Myślała, że on będzie wstanie ją uratować, dać jej to czego nie miała w sobie, będzie potrafił ukoić jej ból, wypełnić rany, że pozwoli zapomnieć o złym. Chciała się odciąć uciec jak to miała w zwyczaju. Zacząć nowe życie z nim, bez rodziców, bez problemów, bez bólu. Była taka szczęśliwa gdy byli tylko ze sobą i tylko dla siebie. Nie wiedziała, że tak się nie da żyć, nie można uciec od problemów, że trzeba zajrzeć w głąb, trzeba wrócić i dać sobie to wszystko samemu. Nie wiedziała, że on nie może jej dać tego czego sam nie ma, a ona nie będzie potrafiła wziąć tego czego sama sobie nie dawała.

Nie chciała go ranić, sama czuła się zraniona. Nie chciała go krzywdzić, czuła się bardzo pokrzywdzona. Chciała go zdrowo kochać ale nie potrafiła. Kochała za bardzo. Uciekała i zaraz wracała czekając kiedy żuci jej jakiś ochłap. W głębi nie czuła się warta bezwarunkowej miłości, nie znała takiej miłości. Chciała mu pokazać swoje serce nie umiała jednak być sobą tak po prostu.

Wiedziała, że mogą być szczęśliwi ale ona nie potrafiła być szczęśliwa. Widziała jego uczucia bo miał serce na dłoni ale nie potrafiła go wziąć. Czuła się samotna i nieważna. Chciała dla niego jak najlepiej a wychodziło odwrotnie. Nie mogła znieść, że jego rodzina jej nie akceptowała. Kolejne odrzucenie.

W głębi duszy była cudowną, ciepłą osobą. Nie pozwalała sobie taka być, bała się, że ktoś znowu ją zawiedzie, czekała na to. Bała się, czekała aż ktoś ją znowu zrani. Uciekała przed bliskością mimo że tak bardzo jej pragnęła, nie potrafiła być z nikim blisko, to za bardzo bolało. Ze swojego ciała zrobiła narzędzie, do zaspokajania jego i siebie. Nie chciała szanować swojego ciała, nie umiała. Nie umiała nie projektować na niego swoich ran. Widziała to co chciała widzieć. Czuła tylko tyle na ile sobie pozwoliła.

Udawała że jest niezależna i ma go gdzieś, a w sercu płakała i błagała o każdą formę uwagi. Na zewnątrz była twarda a w środku rozpadała się na milion kawałeczków. Mówili o niej wredna suka, a ona była bardzo wrażliwym, empatycznym i kochającym człowiekiem, który ze strachu założył maskę. Nie, nie jedną maskę, tych masek było mnóstwo.  Mnóstwo oskarżeń, pretensji do samej siebie. Zarzutów, wymagań. Zawsze musiała być jakaś, nigdy nie mogła być sobą. Myślała że będąc sobą jest niewystarczająca, że musi być jakaś żeby zasłużyć na uczucia. Dużo myślała a mało czuła.

Szukała wrażeń, chciała być zauważona i chciała zniknąć za razem. Była skryta i otwarta. Pełna sprzeczności. Sama już nie wiedziała jaka jest, co czuje, co ma robić. Pogubiła się. Prowokowała, wzbudzała zazdrość, krytykowała, oskarżała, wzbudzała poczucie winy. Ewidentnie szukała zaczepki.

Przyszedł koniec którego tak chciała i którego tak bardzo się bała. Powiedziała, że dłużej już tak nie chce, że nie może tak dalej. Myślała, że ja zatrzyma. Nie zatrzymał. Myślała że nie pozwoli jej odejść. Pozwolił. Myślała że nadal tak mocno ją kocha. Już nie kochał, miał jej dosyć. Ona siebie też miała już powyżej uszu.

Jej świat się skończył. Popadła w czarną rozpacz i totalną destrukcję. Utopiła się, utonęła w swoim bagnie. Odcięła się od siebie całkowicie. Chciała się zabić ale nie miała odwagi. Zamknęła się w swoim świecie i umierała z bólu. Cierpiała, nie mogła spać, dostała obsesji na jego punkcie. Dziękować bogu że mama zaprowadziła ją wtedy do psychologa. To pozwoliło jej się trochę pozbierać. Ale kiedy było trochę lepiej znowu uciekła. Uciekła w alkohol i imprezy. Dawało to jej poczucie że jest lepiej, bardzo złudne poczucie bezpieczeństwa. Doznała kolejnej traumy seksualnej. Pochowała to wszystko głęboko tak jak umiała najlepiej. Znała to doskonale. Potrafiła to robić, robiła to już nie raz. Czas pomógł jej zapomnieć. Ale rany zostały.

Wchodziła w kolejne związki z sercem zamkniętym na cztery spusty i duszą podziurawioną jak durszlak. Wchodziła i uciekała jak tylko zaczynało się robić poważnie.

Rany jednak dalej ropiały. Jak myślała o nim to czuła jakby ktoś skakał jej po klatce piersiowej. Nie chciała czuć, nie chciała tam zaglądać. Nie chciała się przyznać, nie była wstanie zobaczyć co tak naprawdę się stało. Łatwiej było obwiniać jego. Udało mi się jednak przekonać ją, że jest to niezbędne, że bez tego nie pójdziemy dalej. Obiecałam, że będę z nią, że pomogę jej to wszystko poukładać. Jestem dorosła, powiedziałam, wiem jak cierpisz, chce Ci pomóc. Wiem ja to zrobić, zaufaj mi. Zgodziła się i po wszystkim była mi ogromnie wdzięczna. Czuła się wolna.

To był niesamowicie ciężki proces i cudownie owocny. Znalazłam tam skarb dla siebie. Wyciągnęłam wnioski. Mogłam skonfrontować się z ranami, przekonaniami, schematami. Mogłam w końcu ściągnąć maski. Wrócił śmiech, taki prawdziwy z głębi duszy. Mogłam przewartościować swoje życie, swój obecny związek. To dało mi również wgląd w relację z moim obecnym partnerem.

Zrobiłam dużo głupich rzeczy w życiu. Rzeczy których bardzo się wstydziłam. Kłamałam, zdradzałam, oszukiwałam. Wybaczam sobie. Teraz już nie muszę się wstydzić. Teraz żyje w zgodzie ze sobą. Nie muszę już tego wszystkiego robić ponieważ jestem autentyczna. Potrafię wsłuchiwać się w swoje potrzeby i je spełniać. Spełniam się jako kobieta w moim związku i matka cudownej małej kobietki. W końcu czuje się pełna.

Teraz już nie muszę się chować, nie muszę udowadniać nikomu, że jestem coś warta bo wartość mam w sobie. Mogę przyjmować miłość bo mam ją głęboko osadzoną w sobie. Bez pracy z własną podświadomością nie byłabym w stanie tego wszystkiego zobaczyć. Żyłabym dalej w poczuciu, że coś straciłam, że zepsułam coś pięknego. Robiłabym dalej to samo z kolejnymi osobami w moim życiu. Wybaczam sobie. Wybaczam sobie wszystko co zrobiłam. Znam teraz przyczynę swoich zachowań. Wiem, że nie chciałam go skrzywdzić, nie chciałam krzywdzić siebie. Nie umiałam wówczas inaczej. Dziękuje mu za to co mi dawał i za to czego nie był wstanie mi dać. Wybaczam sobie i puszczam to. Nie mam już wpływu na to co się stało. Mogę jednak wyciągnąć w tej sytuacji jak najwięcej dla siebie na przyszłość. Jestem sobie ogromnie wdzięczna, że nauczyłam się zaglądać w siebie. Mogłam uleczyć swoje serce i duszę. Mam już w sobie miłość którą mogę przekazywać dalej. Dzięki temu mogę pomagać innym w odnajdywaniu siebie <3 Terapeuta może zaprowadzić Cie tam gdzie sam był.

Nie mogłabym iść dalej gdybym tam nie wróciła. Starałam się to wyprzeć z pamięci. Jednak nie mogę wymazać takiego znacznego kawałka mojego życia. Już nie chce, teraz mogę tam spoglądać bez bólu i wyrzutów sumienia. Mogę teraz o nim mówić bez guli w gardle. Zaopiekowałam się sobą i zbieram teraz plony tej pracy. Ciężko było się do tego wszystkiego przyznać ale mocno wierze, że przyznanie się do swoich błędów, do swoich strachów jest mocno uwalniające. Wierzę, że moje doświadczenie pomoże Wam zrozumieć siebie, zainspiruje, i co tam jeszcze <3

Jeśli potrzebujesz pomocy w swojej drodze jestem tu dla Ciebie <3

PS. Każdy popełnia błędy tylko pytanie co dalej robimy z tymi błędami. Buziaki dla Was <3

 

2 Replies to “Diament na dnie bagna”

  1. Piękny tekst .Widze w tym siebie.Duzo przeszlam w swoim zyciu. I na szczescie dzieki pomocy odnalazlam droge do siebie.Dziekuje ze moglam go przeczytać .Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *