Jam Jest

Witajcie, zniknęłam na trochę wiem.

Nie ma mnie za dużo w internecie , dużo pracuje, procesuje, uzdrawiam, uwalniam, żyje i cieszę się życiem. Prowadzę sesję, tworzę warsztaty, dużo czytam. Jestem spełnioną mamą i panią domu <3

Przychodzę tu do Was z różnymi przemyśleniami. Przychodzę do Was po ponad miesięcznych wakacjach które były ogromnie karmiące. Przychodzę do Was po szkoleniu czytania duszy stopnia I. Przychodzę po kolejnych warsztatach tym razem dotyczących związków i miłości. Przychodzę ta sama ale już inna. Nowa Ja <3

Konfrontacji ze sobą miałam wiele w tym czasie, życie nie jednokrotnie pokazywało mi gdzie jeszcze siebie nie kocham, dostawałam kolejne lekcję. Ale ! …. Dostawałam też wiele miłości od życia, doświadczałam swoich małych cudów, miałam przyjemność poobserwować siebie w różnych sytuacjach w życiu ,które kiedyś wywołałyby duży dyskomfort.

Będąc na kursie miałam okazję przekonać się jak błędnie oceniamy ludzi, jak głowa nas kłamie, jak myśli zapętlają się w stare schematy.

Począwszy już od samej decyzji:

Zobaczyłam informację o kursie czytania duszy na fb, pomyślałam, muszę tam być, poczułam to całą sobą, miałam wrażenie jakby moja dusza się aż wyrywała. Decyzja – Jadę. I oto moja głowa – nie masz na to pieniędzy, co zrobisz z córką, 8 godzin pociągiem – chyba zwariowałaś, może za rok jak córka będzie starsza, może następnym razem kiedy będziesz miała więcej swobody, nie zostawisz przecież córki na 4 dni.

Tych myśli był ogrom, ale moja dusza tupała nogami – chce jechać Karolina, słyszysz mnie, chce tam być, zrób coś !!!

No i zrobiłam.

Pierwszy krok.

Powiedziałam o tym na głos. Powiedziałam partnerowi, że nie wiem jak i nie wiem za co ale ja tam muszę być, koniec kropka !.

Drugi krok.

Powiedziałam o tym małej Karolince, to ona się tak bardzo bała, bała się tej podróży, bała się odpowiedzialności, bo przecież trzeba to jakoś zorganizować. To Ona mówiła- nie poradzisz sobie, odpuść. Ona mówiła- nie zasługujesz na to, odpuść. Ona krzyczała- daj mi spokój, nigdzie nie jadę, boje się, zostaw mnie w spokoju, będę sobie tu siedziała, tu jest bezpiecznie.

I teraz to co chciałam Wam przede wszystkim przekazać.

Struktura naszej psychiki składa się z trzech części :

  • Nadświadomość – Wyższe Ja
  • Świadomość – Średnie Ja
  • Podświadomość – Niższe Ja

Podświadomość czyli nasze Wewnętrzne Dziecko posiada ogromną moc, jednak często sabotuje nas samych, robi to, bo chce dla nas dobrze. Często z powodu lęku, wstydu czy strachu chcę nas uchronić od niebezpieczeństwa.

Żeby coś w naszym życiu się zadziało wszystkie trzy części muszą chcieć tego samego. Ta energia musi przepływać.

Podobnie jest z nadświadomością, nasze Wyższe Ja też często uniemożliwia nam pewne działania, Ono po prostu wie lepiej co jest dla nas dobre a co nie.

Warto wiec zdawać sobie z tego sprawę, aby móc coś z tym zrobić.

Jest wiele przykładów z życia, które, mogą to potwierdzić.

Załóżmy : Wyższe Ja wie co dla nas dobre, świadomość też wie czego chcemy a na co nie możemy już przystać, jednak jeśli nasza podświadomość, nasze Wewnętrzne Dziecko jest jeszcze w traumie, nie czuje miłości i bezpieczeństwa, nie pozwoli nam żyć tak jak chcemy.

I taki oto przykład: Nasze Wyższe Ja wie, że potrzebujemy dobrego partnera. My wiemy świadomie z jakim mężczyzną chcemy się związać. Podświadomość za to podsyła nam mężczyzn którzy pasują do schematu który wynieśliśmy z domu. I tak oto ciągle spotykamy mężczyzn którzy dajmy na to nie kochają siebie.

Aż chciało by się zaśpiewać do Wewnętrznego Dziecka – jesteś lekiem na całe zło i nadzieją na przyszły rok.

Poszłam więc do tej mojej Karolinki porozmawiałyśmy sobie, znalazłyśmy wspólnie rozwiązania wszystkich problemów, które mi tak obrazowo wyartykułowała. Okazałam jej ogromne zrozumienie, przyjrzałyśmy się wszystkim lękom.

Puściło. Nie było już wymówek. Zapisałam się na warsztat, wpłaciłam zaliczkę, kupiłam bilety do Polski i bilety na pociąg do Warszawy.

Życie mnie kocha, wszystko się układało, przyjaciółka zapytana o nianie w Warszawie zaproponowała swoją pomoc w opiece nad moją córką i nocleg. Dwie moje klientki zaprosiły mnie na pierwszą noc do siebie. Czułam jak latam 3 metry nad ziemią.

Przyszedł czas podróży, byłam podekscytowana, nigdy nie podróżowałam tak z córką, co to jest 2 godziny w samolocie przy ponad 8 godzinach w pociągu nie mogłam sobie tego wyobrazić. Uspokajałam wciąż małą Karolinkę powtarzając, kochanie jestem dorosła, wiem co robię, zaufaj mi proszę.

Podróż minęła nam mimo wcześniejszych obaw, cudownie. Z dworca odebrała nas wspaniała duszyczka. Zastałam ugoszczona pysznym jedzeniem i rozmowami do późnych godzin. Ojj, jak dobrze tak swobodnie czuć się ze sobą. Myślę a nawet jestem przekonana, że jeszcze rok temu nigdy bym się nie odważyła na taki krok, a jeśli już, to na pewno cały czas czułabym się oceniana i pilnowałabym każdego słowa i gestu, żeby tylko dobrze wypaść, żeby tylko mnie ktoś kochał i akceptował.

Wszystko płynęło jak świetlista rzeka energii którą miałam w sobie. Rano spakowałyśmy się i pojechałyśmy do owej przyjaciółki która tak wspaniale wsparła mnie swoją pomocą. Ja, dziecko i walizki. 4 przesiadki w komunikacji miejskiej w mieście którego kompletnie nie znam. Całe szczęście ta sama dobra duszyczka która odebrała mnie z dworca towarzyszyła mi przez większość drogi. Wsadziła nas w ostatni autobus i pojechałam po nową przygodę.

Kolejne wyzwanie, pobyt u przyjaciółki. Cudownej świadomej mamy małego chłopca, kobiety, która jest świadoma siebie, którą zawsze podziwiałam, u rodziny która żyje eko, odżywia się bardzo zdrowo.

Pierwsza myśl którą złapałam – co oni sobie o mnie pomyślą, ja staram się być eko i jeść zdrowo ale w porównaniu do nich, szkoda gadać.

Trzy głębokie oddechy.

To ,że żyje inaczej oznacza ,że jestem gorsza? – no, nie. To, że jestem inna niż oni oznacza, że ze mną jest coś nie tak? – no, nie. Wiec kolejne trzy oddechy- skąd to się wzięło, przecież to nie moje.

Oddane właścicielowi. Znowu mogę być sobą.

Kolejna myśl – okej ale przecież ja muszę wszystko idealnie, przecież to ja jestem ta mądra, ta która musi wiedzieć wszystko.

Trzy głębokie oddechy – Karolinko, kochanie to już nie aktualne, pamiętasz ? Jesteś dokładnie taka jaka powinnaś być, ani lepsza, ani gorsza, dokładnie taka jak inni. Kocham Cie ! – Ulga, ogromna ulga. – Dziękuje, że mi przypomniałaś, tak się bałam, że znowu kogoś zawiodę. Też Cie Kocham !. – Nie kochanie, to nie Twoja wina, z Tobą wszystko jest w porządku, pamiętaj ja nic od Ciebie nie oczekuje ja Cie przyjmuję taką, jaką jesteś.

I dzięki temu, że zrzuciłam maskę perfekcyjności, chorego ideału, człowieka nieomylnego który musi wiedzieć wszystko o wszystkim, mogłam nauczyć się od nich wielu rzeczy.  Jestem wdzięczna, że są takimi ludźmi jakimi są . Dzięki temu bardzo mocno się zainspirowałam i kilka rzeczy mogłam zaczerpnąć do swojego życia.

Idźmy wiec dalej.

Jako że ze spokojnym sercem zostawiłam moją córkę pod dobrą opieką, mogłam jechać na warsztaty.

Weszłam do środka – same kobiety – nikogo nie znam – wszyscy się patrzą – zachowują się jakby się znały całe życie.

Zawsze mnie to przerażało wejście do nowej grupy, „walka o pozycję”, o akceptację, o uwagę. Moja głowa już pracuje na najwyższych obrotach.

Usiadłam, wszystkie usiadłyśmy. Prowadząca poprosiła, żebyśmy się przedstawiły i powiedziały krótko o sobie. Pierwsza obserwacja siebie – nie przestraszyło mnie to, ucieszyłam się. Sukces. Dziewczyny mówiły, a moja głowa ku mojemu zdziwieniu, zaczęła galopować, analizować to co mówiły, to jak wyglądały, zaczęła wydawać oceny i osądy. O zgrozo – przecież ja taka nie jestem, ja już nie oceniam ludzi. Nie oceniam klientów a obce kobiety będę oceniać? A jednak. Zadziało się. Czułam się jakby to się działo trochę poza mną, jakbym stała tam obok i obserwowała siebie i swoje myśli.

Co się do cholery dzieje. Halo !!! Karolina przestań ! Słyszysz przestań ! To nie Ty ! To jest stare, już nie nasze! Halo kobieto ocknij się ! Co Ty wyprawiasz !

Zaczęłam widzieć w każdej z nich cząstkę siebie, – Ta mnie denerwuje bo to, tamta bo tamto, a ta to w ogóle mi babcie przypomina.

I wiecie co, znowu z pomocą przyszła akceptacja.

Akceptuje to ,że tak masz kochanie. Przyjmuje Ciebie taką. Rozumiem to, szanuje i akceptuje, że tak masz.

Puściło. Odeszło i już nie wróciło.

Od momentu kiedy pozwoliłam sobie taka być, przestałam taka być.

Otworzyłam swoje serce. Tak bałam się oceny innych, że zaczęłam to robić pierwsza zanim ktoś zdążył mnie zranić. W każdej znalazłam coś co mi nie pasowało, żeby z łatwością obronić się przed ewentualnym odrzuceniem.

To takie stare a jednak wróciło.

Otworzyłam serce i to wszystko zniknęło. Zobaczyła jeszcze raz całkiem na nowo te kobiety, były piękne i pełne serdeczności i otwartości.  Zrobiło mi się trochę głupio, że tak je zaszufladkowałam ale wybaczyłam to sobie i przeprosiłam je w duchu.

Otworzyłam serce a dzięki temu warsztat był dla mnie tak karmiący. Dostałam mnóstwo ciepła od dziewczyn, cudownie było obcować w kobiecej energii.

Otworzyłam serce dzięki czemu mogłam być całkowicie sobą. Byłam autentyczna i dostałam morze miłości i akceptacji.

Chciałam przez to pokazać, że wszyscy jesteśmy ludźmi, popełniamy błędy, czasami zachowujemy się beznadziejnie.

Chciałam też pokazać, że wracając do siebie, nie jesteśmy zwolnieni z dalszej pracy. To jest przygoda na całe życie.

Chciałam pokazać, że jestem człowiekiem, że mam kiepskie dni, czasami myślę sobie – na co mi to wszystko było.

Jednak nie zamieniłabym swojego życia na żadne inne. Jestem sobie ogromnie wdzięczna za te godziny wyrzucania emocji z ciała, za te tony napisanych i spalonych listów, za morze wypłakanych łez i mnóstwo wywalonej złości. Wszystkie sesję na które ciężko pracowałam. Wszystkie warsztaty, które robiłam po nocach. Jestem sobie wdzięczna za to, że zdecydowałam się wpierać ludzi na sesjach bo to niesamowita droga dla mnie

Kochani nie zapominajcie o swoich Wewnętrznych Dzieciach jak tylko poczujecie się dobrze. Kochani wracajcie do nich zawsze <3

Jam Jest który jest <3 Jestem istotą boską i tak się czuje <3

Tego Wam też życzę, niezależnie w jakiego Boga wierzycie <3

 

 

 

 

 

Kocham siebie zawsze – trauma seksualna

Kocham siebie zawszę.

Te słowa są ze mną od niedawna.  Usłyszałam je kiedyś u Eweliny Stepnickiej. Wtedy były dla mnie totalną abstrakcją. Jak ja mogę kochać siebie zawszę jak nie kocham siebie nigdy.

Jakiś czas temu wróciło i zostało już ze mną na dobre bo jest tak moje.

W pracy z klientami zawsze po sesji proszę aby byli dla siebie dobrzy, żeby zaopiekowali się sobą i zadbali o siebie. To takie oczywiste i tak obce nam. Ale czy ja umiem być dobra dla siebie ?

Tak, teraz już potrafię ale dużo pracy mnie to kosztowało. Oczywiście jeszcze nie zawsze przejawiam tą miłość do siebie no ale przecież kocham siebie zawsze nawet jak akurat w tym momencie siebie nie lubię.

Usiadłam do tego wpisu i ogarnęła mnie straszna pustka. Ja nie pamiętam już dobrze jak to było kiedy siebie nie kochałam. To poczucie, które towarzyszy mi na codzień jest już tak dla mnie naturalne.

Nie wiem jeszcze o czym chce pisać ale wierzę, że wyjdzie mi coś bardzo wartościowego. Wiem na ten moment jedno, chce wykrzyczeć światu – KOCHAM SIEBIE ZAWSZE !!!

Oczywiście przychodzą dni, w których trzeba się cofnąć, spojrzeć jeszcze za siebie. Przychodzą dni, w których zachowujemy się beznadziejnie. Przychodzą tez dni, w których myślimy – a na co mi to wszystko było. Ale na to wszystko, teraz już potrafię powiedzieć do siebie, kocham Cie zawsze.

To było trudne. To wymagało wypłakania hektolitrów łez, wyrzucania ton złości, ukochiwania się przez długie godziny, wyrzucania z ciała które wydawało się nie mieć końca. Ale teraz po tym wszystkim mówię, z serca a nie z głowy – Kocham siebie zawsze.

Warto było !

Oddałabym wszystko za spokój, który teraz mam w sobie. I to nie znaczy, że złości nie ma – jest i to jak, tylko teraz potrafię z niej korzystać. Potrafię korzystać z tej energii, która pcha mnie ciągle do przodu.

Oddałabym wszystko za pogodzenie się z życiem, które teraz w sobie mam. Wiem, że życie mnie kocha i dobrze mnie prowadzi a ja staram się robić wszystko aby płynąć z nurtem.

Oddałabym wszystko za wolność, którą teraz mam. Jestem wolna i bezpieczna. Czuje się bezpiecznie w swojej wolności.

Kilka dni temu na sesji wróciłam do mojej największej traumy.

Musiałam „doczyścić resztki” tego co jeszcze zostało.                                  Musiałam wybaczyć sobie, uwolnić złość na siebie, poczucie winy i wiele innych emocji które były skierowane we mnie samą. Nie spodziewałam się, że to jeszcze jest we mnie obecne.

Po wszystkim poczułam jeszcze mocniej – kocham siebie zawsze.

Teraz jestem już gotowa aby podzielić się z Wami moim tematem tabu, który na całe szczęście nie jest już tabu.

I myślę jakby to ładnie napisać. Ale tego nie da się chyba upiększać nie da się napisać tego ładnie. Trzeba napisać i tyle.

Kiedy miałam 15 lat zostałam zgwałcona.

Nie powiedziałam o tym kompletnie nikomu. Zamknęłam to na cztery spusty zakopałam w ziemi i zalałam betonem.

Wracało to do mnie co jakiś czas siejąc spustoszenie w moich emocjach, w moim ciele, w moim życiu. Nie chcąc czuć tego co przychodziło zaczęłam nawet wmawiać sobie, że to wymyśliłam.  Wracało a ja z powrotem szybko to zakopywałam.

Wróciło na dobre kiedy zaczęłam swoją pracę z Wewnętrznym Dzieckiem. Czytałam książkę za książką i w każdej znajdowałam coś w stylu – jeśli jesteś ofiarą gwałtu zacznij pracę z terapeutą. Zaczęłam widzieć gwałty wszędzie, w filmach  w głupich żartach, dosłownie mnie to osaczało. Czułam jak moje ciało zwija się w kokon, w rulon za każdym razem, jak mnie mrozi, jak dusi, jak drąży coraz większą dziurę we mnie. Nie było już ucieczki, wróciło i się rozgościło. Zaczęłam więc szukać w internecie jakiś materiałów na ten temat, szukałam kobiet które sobie z tym poradziły, czegokolwiek co mogłoby dać mi ukojenie, jakoś ulżyć w tym wszystkim.

Nie znalazłam na tamten moment prawie nic, temat tabu, o tym się nie mówi.

Nie widziałam już innego wyjścia, jak tylko znaleźć terapeutę. Znalazłam i dziękuje losowi, że trafiłam akurat na Justynę. Umówiłam się. Poszłam do niej, żeby pracować z tą traumą. Minęły dwie sesję zanim zdołam wydusić choć jedno słowo w tym temacie. Na trzeciej wiedziałam już, że mogę zaufać Justynie, tworzyła tak niesamowitą atmosferę na sesji, że stwierdziłam, jak nie jej to już nikomu. Teraz albo nigdy.

Przełamałam się opowiedziałam co mi się stało, i że jest pierwszą osobą, której o tym mówię. Wróciłyśmy do tej sytuacji. Zrobiłyśmy tyle na ile byłam w stanie na tamten moment. Okazała mi takie ogromne wsparcie i zrozumienie.

Dało mi to ogromną swobodę, ulgę, przestrzeń we mnie.

Zaczęłam własną pracę.

Pisałam do niego brudne listy w których wyzywałam go od najgorszych i życzyłam mu najgorszego. Życzyłam mu śmierci i żeby zapłacił za to co mi zrobił. Wyrzucałam wściekłość z ciała, skakałam, krzyczałam, turlałam się, dusiłam poduszki a raz „zdemolowałam” pół pokoju, rzucając książkami i wszystkim co było pod ręką. Płakałam jak dziecko.

W końcu puściło, nie musiałam już tego zakopywać.

Kolejny etap zakończył się.

Następnie powiedziałam o tym mojemu partnerowi, przyniosło to kolejną ulgę.  Później była przyjaciółka. Ojj jakie to było niesamowicie trudne. Wiedziałam jednak, ze jest mi to niezbędne.

I kolejne procesy i wizualizację. Wykonałam kawał dobrej roboty, żeby móc mówić o tym swobodnie.

Wiem, że to już nie zniknie z mojej przestrzeni, zostanie ze mną do końca, ale to ja decyduje co to mi robi.

Zdecydowałam

Gwałt już mnie nie definiuje, przełożyłam to na moją wewnętrzną moc.

I jak duże było moje zdziwienie kiedy okazało się, że to nie wszystko.

Kasia na sesji zapytała gdzie to czuje – pierwsze co przyszło to jak zawsze miednica – ale nie – serce. Wyraźnie poczułam serce. Tu już nie chodziło tu głownie o sam gwałt ale o to zadziało się po tym wszystkim.

Na samym dnie serca zostało jeszcze to wszystko co czułam do samej siebie.

To co czułam do niego, przerobiłam. To co czułam w trakcie, przerobiłam. To co czułam po, przerobiłam.

Nie przerobiłam jednak tego, co czułam do samej siebie.

Co czułam do niego jest raczej oczywiste, a na pewno bardziej oczywiste niż to, co czułam do siebie.

Pojawiło się wiele :

  • złość na siebie za to, że nic z tym nie zrobiłam
  • złość na siebie za to, że nie umiałam się obronić
  • złość na siebie za to, że nie odczytałam sygnałów o ile dało się je odczytać
  • złość na siebie za to, że nie potrafiłam stanąć za sobą
  • złość na siebie za to, że nie potrafiłam się z tym skonfrontować, że schowałam głowę w piasek
  • złość na siebie za to, że poświeciłam siebie ze strachu
  • strach, że zawiodłam wszystkich w koło
  • strach, że nikt mnie takiej już nie będzie chciał
  • strach, że będę musiała stanąć z nim w oko w oko
  • strach że jeśli to dopuszczę do siebie to nie będę już umiała żyć jak kiedyś
  • strach że jeśli to poczuje to umrę
  • wstyd, że to się w ogóle stało
  • wstyd, bo co ludzie powiedzą, a jak powiedzą, że sama tego chciałam, że się prosiłam
  • wstyd, że nic z tym nie zrobiłam
  • a  co jeśli ktoś powie, że chciałam a później mi się odwidziało
  • a co jeśli ….

Dużo tego było i wszystko skierowane we mnie, wszystko ostre i kłujce. Wszystko głęboko osadzone w sercu. Wszystko tak gotowe już na uwolnienie.

Ważne było w tym wszystkim to, że ja go znałam, że on mi się podobał, byłam zauroczona, że byliśmy jeszcze po wszystkim w tym samym miejscu przez ponad tydzień, a ja musiałam go oglądać codziennie. Jak chodziłam obolała i próbowałam go unikać.

Długo nie mogłam sobie tego wybaczyć. Jak można udawać, że się nic nie stało. Otóż można.

Nie musiał mnie nawet zastraszać, zrobiłam to sama sobie.

Sam gwałt był chyba najbardziej okropną rzeczą jaka przytrafiła mi się w życiu ale sam gwałt nie był tak wstydliwy jak fakt, że nic z tym nie zrobiłam, kompletnie nic. Zakopałam i nosiłam w sobie tyle lat.

Nie jest wygodnie obnażać się w ten sposób przed całym światem. Postanowiłam jednak, już na samym początku drogi, że podzielę się swoją historią.  Wierze i jestem głęboko przekonana, że mogę nią pomóc osobą, które przeżyły traumę seksualną.

I jeśli choć jedna osoba, wyniesie coś dla siebie z mojej historii, to warto było to napisać.

Jeśli choć jedna osoba, która została skrzywdzona na tle seksualnym postanowi przejść przez proces uwolnienia tych emocji, to warto było to napisać.

Pamiętajcie, że naruszanie cielesności bez wszej zgody na tle seksualnym, przekraczanie naszych granic cielesności, również jest przemocą na tle seksualnym. Nie musi dojść do obcowania płciowego, żebyśmy mówili o przemocy seksualnej.

Moja sprawa niestety już się przedawniła, nie mogę z tym nic zrobić.

Ale proszę pamiętajcie, że zasady zgłaszania przemocy seksualnej bardzo się zmieniły. Ofiara nie ma ze sprawcą bezpośredniego kontaktu w postępowaniu ani na sali sądowej. Co więcej ofiara jest przesłuchiwana tylko raz i jest możliwość obecności biegłego psychologa w trakcie przesłuchania.

Pamiętajcie również, że każdy może zgłosić taką przemoc.

Nie bądźmy obojętni wobec żadnej przemocy.

Pamiętajcie też, że warto szukać pomocy. Jest wiele osób, które dadzą nam przestrzeń na przeżywanie tych najtrudniejszych dla nas emocji. Nie ocenią a wesprą. Nie warto być w tym samemu, naprawdę, wiem co mówię.

Pozdrawiam Was gorąco.

PS. Wiem, że dla każdego odbiorcy, może być to trudny temat, już samo czytanie tego może wywołać silne emocję. Nie bierzcie tego proszę na siebie, to moje emocję i ja sobie z nimi radzę. Popatrzcie co to wywołuje w Was i dlaczego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zwalniam dzisiaj wszystkich !

 

Zwalniam dzisiaj wszystkich z obowiązku zaspakajania moich potrzeb. Zwalniam wszystkich z obowiązku zalepiania moich ran.                                  Zwalniam wszystkich z obowiązku kochania mnie.                                          Zwalniam SIEBIE !!!

Wybaczam sobie wszystko a wraz z wybaczeniem przychodzi nowe.

Przyszedł czas kolejnych zmian. Po ostatnim poście bardzo chorowałam. Wykonałam ogromną pracę od początku roku i musiałam dać sobie czas na to żeby to wszystko się we mnie zintegrowało. Ciało musiało się zregenerować, wszystko co weszło musiało wyjść.

Zwalniam siebie z odpowiedzialności za cudze emocję.                                Zwalniam siebie z ratowania wszystkich dookoła.                                            Zwalniam siebie z poczucia winy za to kim jestem.                                          Zwalniam siebie od strachu, że jeśli zrobię coś nie tak to skończy się mój świat.  Zwalniam siebie …

Nie chce już być kimś. Chce być sobą. Nie pozwolę już aby czyjeś opinie blokowały moje działania. Nauczyłam się stawiać granice. Chronić siebie. Nikt nie ma prawa wkładać mi do głowy ograniczeń. Nikt nie ma prawa mówić mi kim jestem.

Zwalniam siebie z perfekcjonizmu.

Gdybym musiała być perfekcyjna, nie mogłabym pisać tych tekstów, ponieważ nie są perfekcyjne. Nie mogłabym prowadzić te strony ponieważ, też nie jest perfekcyjna. Ponadto, nie mogłabym prowadzić sesji bo też nie są perfekcyjne ale przynoszą tak dużo dobrego dla moich klientów. Gdybym była perfekcyjna, nie byłabym sobą. Gdybym była perfekcyjna nie mogłabym robić tego co kocham ! Gdybym była perfekcyjna nie mogłabym być szczęśliwa.

Zwalniam siebie z obowiązku bycia idealną matką.

Nie ma ludzi idealnych. Chęć bycia idealną przysłaniała mi oczy przez pierwsze lata życia mojej córki. Powodowało to we mnie ogromny strach, poczucie winy i toksyczny wstyd. Odpuściłam, jestem najlepszą matką jaką może mieć moja córka. Dałam sobie prawo do popełniania błędów, dzięki temu wyzbyłam się wielu frustracji. Działam teraz intuicyjnie, mam przestrzeń na emocję swoje dzięki temu mogę mieć ją również dla emocji mojej córki. I tak, złoszczę się na nią, reaguje nieadekwatnie, zapominam się. Ale potrafię naprawiać swoje błędy. Potrafię stanąć w jej butach i wytłumaczyć dlaczego tak się zachowałam, przeprosić i powiedzieć jej, że nie ona jest powodem moich stanów emocjonalnych. To ja jestem odpowiedzialna za siebie i za swoje emocję. Nie chce już przerzucać odpowiedzialności na innych – bo to ona mnie zdenerwowała – nie prawda, to ja się zdenerwowałam. O relacji z moją córką chciałabym napisać osobny tekst, ponieważ moja droga bardzo ją zmieniła.

Zwalniam siebie z obowiązku bycia dobrą córką.

Kocham swoich rodziców i jestem im wdzięczna za to co dali mi w życiu. Jestem wdzięczna również za to czego mi nie dali bo dzięki temu jestem tu gdzie jestem. Nie chce już jednak spełniać ich oczekiwań. Nie chce czuć się im dłużna wolę czuć się wdzięczna. Koniec już stawiania się na przegranej pozycji. Chciałabym, żebyśmy stali na równi, jak dorośli ludzie. Nie oczekuje niczego poza akceptacją mnie taką, jaką jestem. Nie mogę być już dłużej odpowiedzialna za ich emocję tak jak i nie chce aby oni, byli odpowiedzialni za moje. Chce decydować o moim życiu niezależnie i z wiarą, że podejmuje dobre decyzję. Nie potrzebuje rad ani wskazówek, ponieważ wszystko czego potrzebuje jest we mnie.

Zwalniam siebie z obowiązku bycia cudowną partnerką

Zawsze chciałam być jakaś. Przez lata miałam obraz tego jaka powinnam być dla swojego mężczyzny, obraz tego jaka być chciałam. Koniec z tym. Dla swojego mężczyzny chce być autentyczna. Jeśli mam ochotę na to aby przygotować dla nas kolację to to robię, jeśli nie to proszę aby zrobił to sam. Nie muszę udowadniać, że jestem świetną kucharką. Jeśli mam potrzebę być sama to proszę go aby zajął się córka. Nie muszę udowadniać, że jestem niezniszczalną matką. Jeśli się z czymś nie zgadzam, mówię otwarcie „nie”. Nie muszę już nic udowadniać. Dzięki mojemu „nie” mam dużo większą zgodę na jego „nie”. Nie muszę już być, matką, żoną i kochanką. Nie muszę być tajemnicza, uwodzicielska, zawsze uśmiechnięta. Nie muszę prowadzić domu jak perfekcyjna pani domu, ani kuchni jak szef 5* restauracji. Nie muszę być jego mamą, coachem, trenerem, sekretarką i nie wiem kim jeszcze. Muszę być sobą ! Jestem wystarczająca taka jaka jestem, taka jak inni, ani gorsza ani lepsza. Jestem wyjątkowa. Dlatego jesteśmy razem. Nie dla tego że potrafię ugotować pyszny rosół czy poskładać idealnie skarpetki. Jesteśmy razem ponieważ chcemy ze sobą być. Nie muszę już być jakaś a to ściąga mi ogromny kamień z serca i daje wolność i swobodę. Jeśli mogę być sobą to, to co dobre przychodzi mi naturalnie, to miłość płynie samoistnie.

Zwalniam siebie z obowiązku oglądania się na innych

Ludzie w moim życiu są ważni. Kocham ludzi i przebywanie z nimi ale nie mam już w sobie zgody na to aby ich opinia, osąd ważyły na moich decyzjach. Co ludzie powiedzą, co pomyślą, co będą mówić dalej. Jak mnie ocenią. Mam to gdzieś. Z całym szacunkiem ale na prawdę mam to głęboko w dupie. Ludzie będą mówić zawsze. Jedni dobrze, drudzy źle, a trzeci jeszcze raz tak a raz inaczej ale będą mówić. Nie mam na to wpływu, nie mam wpływu na to przez jakie soczewki na mnie spojrzą, przez jaki pryzmat mnie ocenią. Nie mam wpływu na to jak zinterpretują moje słowa i dodadzą od siebie. Mam dosyć, już patrzenia na to co kto o mnie pomyśli.  Znajdę pewnie tylu ludzi którzy życzliwie na mnie patrzą ilu takich którzy chętnie podstawili by mi nogę. Nie mam na to wpływu. Mam wpływ na to co jest we mnie. Choć nie jest proste to staram się robić swoje mimo wszystko. To mi daje szczęście, to przynosi rezultaty, to zmienia moją rzeczywistość tu i teraz. Przestaje oceniać innych a tym samym ich ocena nie wpływa na mnie. Ja wiem kim jestem, nie muszę szukać tego na zewnątrz. I o ile jestem otwarta na rozmowy, dyskusję, sugestię itd. to w moim życiu nie ma już zgody na braniem wszystkiego do siebie.

Idę własną ścieżka. Słucham tego co ze mną rezonuje. Robię to co kocham i nie mam zamiaru z tego rezygnować. Nie chce już rezygnować z siebie. Dlatego zwalniam wszystkich z obowiązków które na nich kiedyś nakładałam. Przepraszam, nie byłam świadoma. Przepraszam, nie potrafiłam inaczej. Dlatego też, zwalniam siebie z obowiązków które na siebie nakładałam. Przepraszam siebie, nie byłam świadoma. Przepraszam siebie, nie potrafiłam inaczej.

Przepraszam i idę dalej. Wybaczam sobie i idę dalej. Już się nie zatrzymam. Za dobrze mi jest w nowym życiu. W życiu bez nakazów i zakazów które sama sobie wyznaczałam. W życiu bez toksycznego wstydu i mentalności biedaka. W życiu bez, wypada i nie wypada, należy i nie należy, powinnam i nie powinnam. Za dobrze mi jest w życiu na codzień ze sobą, żeby z tego rezygnować. W życiu, w którym budzę się rano z uśmiechem, patrze w lustro z miłością i wdzięcznością. W życiu, w którym kocham i jestem kochana przez cały wszechświat, przez moich najbliższych.

Już się nie boje zostać sama, już wiem że nigdy nie będę samotna. Mam siebie. Relacja którą świadomie i z miłością zbudowałam sama ze sobą daje mi ogromną moc i wiarę w jeszcze lepsze jutro.

Jeśli chciałabyś/ chciałbyś zacząć budować relację z samym sobą, jeśli chciałbyś ta relację wzmocnić, lub przetransformować zapraszam Cię serdecznie na sesję za mną. To niesamowita przygoda i droga w głąb Ciebie gdzie czekają skarby o jakich nawet nie jesteś w stanie pomyśleć.

Ściskam Was mocno <3

 

 

 

 

 

 

Diament na dnie bagna

 

Ten temat wracał do mnie już od dawna a ja bardzo nie chciałam tam zaglądać. Przyszedł czas, żeby przyznać się do wszystkiego, żeby móc iść dalej. Nie przeskoczę tego. Ostatnio nie dawał mi spokoju, śnił się, przypominał w rozmowach i myślach.

Temat związków od zawsze był dla mnie hmm.. wstydliwy, nie chciałam patrzeć wstecz bo wiedziałam, że popełniłam wiele błędów. Czas wyciągnąć wnioski, ale zdrowe wnioski. Nie będę się obwiniać i biczować bo nie to jest moim celem. Chce rozliczyć się z przeszłością aby znaleźć tam dla siebie diament aby iść dalej i wyżej. Jeszcze mocniej rozwinąć skrzydła. Wyciągnąć wnioski.

We wszystkie moje związki wchodziłam z wielką raną, raną porzucenia, raną tak krwawiącą, że jest to aż niewiarygodne. Potrzebowałam miłości i akceptacji jak powietrza.

Mój pierwszy chłopak, bo wtedy jeszcze chłopak a nie mężczyzna. Marcin. Zaczęło się niewinnie. Weszłam w to bo tak bardzo podobało mi się jego zainteresowanie, on mnie widział, on mnie słyszał !!! Nie byłam nim specjalnie zainteresowana na początku, ale gdy tylko odwracał swoją uwagę odemnie to robiłam wszystko żeby szybciutko do mnie wrócił. Podobało mi się to. Bardzo tego potrzebowałam. Nie widziałam w tym nic złego. Taka gierka dwóch młodych ludzi. Nie miałam pojęcia jakie potrzeby za tym stały.

Okazał się bardzo dobrym i ciepłym człowiekiem, a ja … a ja nie potrafiłam tego docenić. Brałam i brałam ale ciągle było mi mało. Próbowałam zakleić nim swoją wielką dziurę w sercu, nie dało się.

Nie będę opisywać czasu kiedy było nam bardzo dobrze a w moim odczuciu do pewnego momentu było nam cudownie, bo nie w to muszę zajrzeć. Bardzo mocno go kochałam ale nie potrafiłam wtedy kochać, nikt mnie nie nauczył zdrowej, czystej miłości.

Kiedy uwiesiłam się na swoim facecie? Kiedy moja rana zaczęła ropieć? Kiedy przestałam sobie z tym wszystkim radzić? Kiedy zaczęłam go obwiniać za cały mój ból? Kiedy ze szczęśliwej dziewczyny zamieniłam się w potwora radem z głupich komedii? Kiedy zaczęłam wykorzystywać jego miłość przeciwko niemu? Jak mogłam aż tak bardzo się pogubić w tym wszystkim?

Nie wiem, nie mam pojęcia. Nie było chyba przełomu. To działo się stopniowo. Rosło sobie w spokoju. Kulminacja nastąpiła w momencie kiedy ja już pracowałam na etacie a on poszedł na studia, nasze światy się zaczęły tak bardzo różnic a ja coraz częściej czułam się porzucona. Moje poczucie wartości wołało wtedy o pomstę do nieba. Przyszedł czas kiedy poczucie bezpieczeństwa dawała mi tylko moja cielesność, czym bardziej seksowna i wyzywająca się stawałam tym czułam się ze sobą lepiej ale to było tylko pozorne poczucie. Mogłam się przeglądać w oczach innych facetów, czułam się godna uwagi chociaż przez chwilę. Zaczęła się moja stroma ścieżka na samo dno.

Moje rany, moja trauma seksualna, moja świadomość nie dawały mi żyć. Byłam zła, byłam wściekła i wtedy nie miałam o tym pojęcia. Nie wiedziałam, że moje Wewnętrzne Dziecko tak bardzo cierpi i domaga się uwagi. Nie byłam tego świadoma. Wybaczam to sobie <3

Szukałam faktów które dałyby obraz tego jak jest źle, jaka jestem biedna i pokrzywdzona. Znalazłam. Znalazłam rozmowy mojego faceta z jego koleżanką która ewidentnie go kokietowała a on nie był jej dłużny. Cierpiałam ojj jak ja cierpiałam, znalazłam to co chciałam. Mogłam dać wyraz mojemu bólowi. Miałam powód żeby móc cierpieć. Mogłam rozsiąść się w roli ofiary która była mi wtedy taka bliska. Zostałam tam do końca, szukałam kolejnych powodów do cierpień. Szukałam dowodów zdrady, wyobrażałam sobie nawet sytuację kiedy on do tej zdrady się przyznaje. Czasami wychodziłam z roli ofiary, żeby jako kat dać upust mojemu cierpieniu i pokazać jak bardzo jest mi źle, odreagowując oczywiście wszystko na moim niczego nieświadomym facecie, którego przecież tak bardzo kochałam. Byłam wtedy przekonana, że to wszystko jego wina, że on mnie tak bardzo krzywdzi. Nie stałam już w bagnie ja się w nim topiłam, krzyczałam o pomoc ale nikt łącznie ze mną nie potrafił zobaczyć co się dzieje w środku, we mnie.  Oczywiście wszystko to odkrywałam po czasie w trakcie mojej drogi do siebie.

Jak przychodziłam do siebie z tamtego okresu to widziałam najbardziej cierpiącą osobę na świecie. Robiła krzywdę sobie i innym. Kochała ale jej miłość była toksyczna. Chciała zamknąć go w złotej klatce ale nawet wtedy nie byłaby zadowolona. Tak rozpaczliwie wołała o miłość, o akceptację a on się oddalał, ona tkwiła już w bagnie na tyle głęboko, że nie była wstanie zmienić perspektywy, tonęła. Kiedy próbowała się ratować krzywdziła jeszcze bardziej. Myślała, że on będzie wstanie ją uratować, dać jej to czego nie miała w sobie, będzie potrafił ukoić jej ból, wypełnić rany, że pozwoli zapomnieć o złym. Chciała się odciąć uciec jak to miała w zwyczaju. Zacząć nowe życie z nim, bez rodziców, bez problemów, bez bólu. Była taka szczęśliwa gdy byli tylko ze sobą i tylko dla siebie. Nie wiedziała, że tak się nie da żyć, nie można uciec od problemów, że trzeba zajrzeć w głąb, trzeba wrócić i dać sobie to wszystko samemu. Nie wiedziała, że on nie może jej dać tego czego sam nie ma, a ona nie będzie potrafiła wziąć tego czego sama sobie nie dawała.

Nie chciała go ranić, sama czuła się zraniona. Nie chciała go krzywdzić, czuła się bardzo pokrzywdzona. Chciała go zdrowo kochać ale nie potrafiła. Kochała za bardzo. Uciekała i zaraz wracała czekając kiedy żuci jej jakiś ochłap. W głębi nie czuła się warta bezwarunkowej miłości, nie znała takiej miłości. Chciała mu pokazać swoje serce nie umiała jednak być sobą tak po prostu.

Wiedziała, że mogą być szczęśliwi ale ona nie potrafiła być szczęśliwa. Widziała jego uczucia bo miał serce na dłoni ale nie potrafiła go wziąć. Czuła się samotna i nieważna. Chciała dla niego jak najlepiej a wychodziło odwrotnie. Nie mogła znieść, że jego rodzina jej nie akceptowała. Kolejne odrzucenie.

W głębi duszy była cudowną, ciepłą osobą. Nie pozwalała sobie taka być, bała się, że ktoś znowu ją zawiedzie, czekała na to. Bała się, czekała aż ktoś ją znowu zrani. Uciekała przed bliskością mimo że tak bardzo jej pragnęła, nie potrafiła być z nikim blisko, to za bardzo bolało. Ze swojego ciała zrobiła narzędzie, do zaspokajania jego i siebie. Nie chciała szanować swojego ciała, nie umiała. Nie umiała nie projektować na niego swoich ran. Widziała to co chciała widzieć. Czuła tylko tyle na ile sobie pozwoliła.

Udawała że jest niezależna i ma go gdzieś, a w sercu płakała i błagała o każdą formę uwagi. Na zewnątrz była twarda a w środku rozpadała się na milion kawałeczków. Mówili o niej wredna suka, a ona była bardzo wrażliwym, empatycznym i kochającym człowiekiem, który ze strachu założył maskę. Nie, nie jedną maskę, tych masek było mnóstwo.  Mnóstwo oskarżeń, pretensji do samej siebie. Zarzutów, wymagań. Zawsze musiała być jakaś, nigdy nie mogła być sobą. Myślała że będąc sobą jest niewystarczająca, że musi być jakaś żeby zasłużyć na uczucia. Dużo myślała a mało czuła.

Szukała wrażeń, chciała być zauważona i chciała zniknąć za razem. Była skryta i otwarta. Pełna sprzeczności. Sama już nie wiedziała jaka jest, co czuje, co ma robić. Pogubiła się. Prowokowała, wzbudzała zazdrość, krytykowała, oskarżała, wzbudzała poczucie winy. Ewidentnie szukała zaczepki.

Przyszedł koniec którego tak chciała i którego tak bardzo się bała. Powiedziała, że dłużej już tak nie chce, że nie może tak dalej. Myślała, że ja zatrzyma. Nie zatrzymał. Myślała że nie pozwoli jej odejść. Pozwolił. Myślała że nadal tak mocno ją kocha. Już nie kochał, miał jej dosyć. Ona siebie też miała już powyżej uszu.

Jej świat się skończył. Popadła w czarną rozpacz i totalną destrukcję. Utopiła się, utonęła w swoim bagnie. Odcięła się od siebie całkowicie. Chciała się zabić ale nie miała odwagi. Zamknęła się w swoim świecie i umierała z bólu. Cierpiała, nie mogła spać, dostała obsesji na jego punkcie. Dziękować bogu że mama zaprowadziła ją wtedy do psychologa. To pozwoliło jej się trochę pozbierać. Ale kiedy było trochę lepiej znowu uciekła. Uciekła w alkohol i imprezy. Dawało to jej poczucie że jest lepiej, bardzo złudne poczucie bezpieczeństwa. Doznała kolejnej traumy seksualnej. Pochowała to wszystko głęboko tak jak umiała najlepiej. Znała to doskonale. Potrafiła to robić, robiła to już nie raz. Czas pomógł jej zapomnieć. Ale rany zostały.

Wchodziła w kolejne związki z sercem zamkniętym na cztery spusty i duszą podziurawioną jak durszlak. Wchodziła i uciekała jak tylko zaczynało się robić poważnie.

Rany jednak dalej ropiały. Jak myślała o nim to czuła jakby ktoś skakał jej po klatce piersiowej. Nie chciała czuć, nie chciała tam zaglądać. Nie chciała się przyznać, nie była wstanie zobaczyć co tak naprawdę się stało. Łatwiej było obwiniać jego. Udało mi się jednak przekonać ją, że jest to niezbędne, że bez tego nie pójdziemy dalej. Obiecałam, że będę z nią, że pomogę jej to wszystko poukładać. Jestem dorosła, powiedziałam, wiem jak cierpisz, chce Ci pomóc. Wiem ja to zrobić, zaufaj mi. Zgodziła się i po wszystkim była mi ogromnie wdzięczna. Czuła się wolna.

To był niesamowicie ciężki proces i cudownie owocny. Znalazłam tam skarb dla siebie. Wyciągnęłam wnioski. Mogłam skonfrontować się z ranami, przekonaniami, schematami. Mogłam w końcu ściągnąć maski. Wrócił śmiech, taki prawdziwy z głębi duszy. Mogłam przewartościować swoje życie, swój obecny związek. To dało mi również wgląd w relację z moim obecnym partnerem.

Zrobiłam dużo głupich rzeczy w życiu. Rzeczy których bardzo się wstydziłam. Kłamałam, zdradzałam, oszukiwałam. Wybaczam sobie. Teraz już nie muszę się wstydzić. Teraz żyje w zgodzie ze sobą. Nie muszę już tego wszystkiego robić ponieważ jestem autentyczna. Potrafię wsłuchiwać się w swoje potrzeby i je spełniać. Spełniam się jako kobieta w moim związku i matka cudownej małej kobietki. W końcu czuje się pełna.

Teraz już nie muszę się chować, nie muszę udowadniać nikomu, że jestem coś warta bo wartość mam w sobie. Mogę przyjmować miłość bo mam ją głęboko osadzoną w sobie. Bez pracy z własną podświadomością nie byłabym w stanie tego wszystkiego zobaczyć. Żyłabym dalej w poczuciu, że coś straciłam, że zepsułam coś pięknego. Robiłabym dalej to samo z kolejnymi osobami w moim życiu. Wybaczam sobie. Wybaczam sobie wszystko co zrobiłam. Znam teraz przyczynę swoich zachowań. Wiem, że nie chciałam go skrzywdzić, nie chciałam krzywdzić siebie. Nie umiałam wówczas inaczej. Dziękuje mu za to co mi dawał i za to czego nie był wstanie mi dać. Wybaczam sobie i puszczam to. Nie mam już wpływu na to co się stało. Mogę jednak wyciągnąć w tej sytuacji jak najwięcej dla siebie na przyszłość. Jestem sobie ogromnie wdzięczna, że nauczyłam się zaglądać w siebie. Mogłam uleczyć swoje serce i duszę. Mam już w sobie miłość którą mogę przekazywać dalej. Dzięki temu mogę pomagać innym w odnajdywaniu siebie <3 Terapeuta może zaprowadzić Cie tam gdzie sam był.

Nie mogłabym iść dalej gdybym tam nie wróciła. Starałam się to wyprzeć z pamięci. Jednak nie mogę wymazać takiego znacznego kawałka mojego życia. Już nie chce, teraz mogę tam spoglądać bez bólu i wyrzutów sumienia. Mogę teraz o nim mówić bez guli w gardle. Zaopiekowałam się sobą i zbieram teraz plony tej pracy. Ciężko było się do tego wszystkiego przyznać ale mocno wierze, że przyznanie się do swoich błędów, do swoich strachów jest mocno uwalniające. Wierzę, że moje doświadczenie pomoże Wam zrozumieć siebie, zainspiruje, i co tam jeszcze <3

Jeśli potrzebujesz pomocy w swojej drodze jestem tu dla Ciebie <3

PS. Każdy popełnia błędy tylko pytanie co dalej robimy z tymi błędami. Buziaki dla Was <3

 

SESJE INDYWIDUALNE

Masz wrażenie, że coś jest nie tak? Czegoś Ci w życiu brakuje? A może po prostu wiesz już w czym jest problem ale nie potrafisz sama przejść przez proces powrotu do siebie?

Niezależnie od tego czy jesteś już w procesie, czy nie zaczęłaś/ zacząłeś jeszcze terapii mogę zaoferować Ci głęboką i transformującą pracę z podświadomością.

Tu nie ma miejsca na toksyczny wstyd, na ograniczenia, czy raniące schematy.

Tu można wszystko. Jeśli czujesz żal do rodziców to jest to w porządku ponieważ Ty jesteś w porządku taki jaki jesteś. Czujesz złość na siebie, na innych, na swoje dzieci, to w porządku, nauczymy się jak tą złość uwalniać nie raniąc przy tym siebie i innych. Krok po kroku przeprowadzę Cie przez Twoj proces powrotu do siebie. Pomogę Ci nawiązać kontakt z Wewnętrznym Dzieckiem i zbudować z nim relację. Dam Ci narzędzia abyś Ty mogła/ mógł pracować samodzielnie. Nauczę Cie wszystkiego co umiem aby Twoje życie było równie obfite jak moje.

  Moja wiedza poparta jest doświadczeniem. Tego co robię uczyłam się całe życie, przechodząc trudne chwilę a później w dorosłości procesując emocję z nimi związane.  

    Moje doświadczenie w uwalnianiu emocji:

  • Dwuletnia  praca własna z Wewnętrznym Dzieckiem
  • Mentoring u Justyny Pettke
  • Mentoring u Eli Jastrzębskiej
  • Warsztaty u Eli Jastrzębskiej – Praca z Wewnętrznym Dzieckiem ( pięć etapów warsztatów)
  • Warsztaty Ciało jest do kochania Magdy Adamowskiej
  • Uzdrowienie madczynej rany
  • Uzdrowienie traumy seksualnej
  • Doświadczenie w pracy z ciałem metodą Lowena
  • Uwalnianie emocji metodą EFT
  • Terapia DDA pierwszego i drugiego stopnia ( indywidualna i grupowa)

Zapraszam Cie do pracy ze mną

Twoja inwestycja w siebie:

Sesja indywidualna (90min) – 200PLN

Pakiet 5 sesji (90min) – 900PLN

Pakiet 10 sesji (90min) – 1700PLN

Płatność za pomocą PayPal – pomagam w dokonaniu płatności jeśli ktoś nie posiada jeszcze konta i nie potrafi dokonać takiej płatności. Jestem do Waszej dyspozycji <3  

Zapraszam do kontaktu 

Adres do korespondencji : powrotdosiebie0@gmail.com

Moje świadectwo

Mam na imię Karolina mam 27 lat i jestem nowym człowiekiem.

Nigdy nie zapomnę jak na pierwszej sesji indywidualnej terapii dla DDA, zapytano mnie – kim jesteś ?

To pytanie mną wstrząsnęło. Umiałam odpowiedzieć – Mam na imie Karolina, jestem kobietą i matką swojej córki. Tyle.

Byłam w punkcie 0. Nie wiedziałam kim jestem. Byłam w czarnym dole, po depresji poporodowej, sama z malutkim dzieckiem próbowałam ogarnąć swój świat. Poczułam wtedy ogromną pustkę ale również ogromny potencjał. Poczułam, że to jest moment przełomu, moment w którym mogę zacząć wszystko od nowa.

Zawsze byłam osobą czującą i widzącą inaczej, więcej, często nazywaną nadwrażliwą, przewrażliwioną. Pamiętam jak jako dziecko potrafiłam widzieć nie tylko człowieka i jego obecne zachowanie, potrafiłam odnieść to jego zachowanie do jego dzieciństwa, robiłam to intuicyjnie. Widziałam i czułam krzywdę innych. Zawsze byłam bardzo empatyczna ale często było to krytykowane i wyśmiewane.

Ta wrażliwość uprzykrzała mi życie ale teraz wiem, że to ogromny potencjał, to właśnie moja wrażliwość pomogła mi w momencie przełomu. Spotykałam ludzi w życiu którzy mówili mi, że mam ogromną intuicję i żebym słuchała siebie ale ja nie potrafiłam tego robić ponieważ bałam się jak ognia odczuwania, nie umiałam tego robić. W tamtym momencie zaryzykowałam i zaczęłam szukać pomocy sercem a nie rozumem jak wcześniej.

Od dawna miałam duży problem w relacji z moją mama. Byłam u kilku dobrych i polecanych psychologów ale wszyscy sugerowali, że problem jest we mnie jedna z nich nawet otwarcie o tym mówiła. Nikt nie widział tam mojego bólu, cierpienia, rany do uzdrowienia.  W końcu trafiłam na terapie dla DDA tam było już lepiej, dostałam zrozumienie ale to nadal nie było to czego szukałam. Sesje grupowe i indywidualne dały mi dużo cennej wiedzy. Jednak dopiero praca z Wewnętrznym Dzieckiem pozwoliła mi na uwolnienie się od starych emocji.

To dzięki swojej wrażliwości trafiłam na prace z Wewnętrznym Dzieckiem.

Moja przygoda z procesowaniem emocji zaczęła się na początku tego roku. Byłam pod ścianą. Zaczęłam nowe, stare życie w momencie wyprowadzki za granice pod koniec 2016 roku. Nie było to dla mnie łatwe. Topiłam się w moim bagnie coraz mocniej, byłam uzależniona finansowo i emocjonalnie od mojego partnera. Czułam, że moje życie polega na walce, walczyłam o siebie, o swoje przekonania, o miłość, walczyłam o wszystko i ciągle w tej walce byłam przegrana. Zaczęły wracać stare demony, nie dawały o sobie zapomnieć. Chciałam zniknąć, przestać istnieć, a na pewno chciałam nie czuć tego co coraz mocniej upominało się o uwagę.

Wiedziałam że nie mogę już tak dłużej żyć. Zaczęłam szukać i trafiłam na filmy Magdy Szpilki. Kiedy oglądnęłam pierwszy trafił on w prost do mojego serca, czułam to co mówiła całą sobą, chłonęłam jej każde słowo. To było takie moje. Tak mi potrzebne.

Informacja że Magda nie przyjmuje już na sesje indywidualne była dla mnie jak cios, zdecydowałam się jednak poszukać wsparcia u osób z listy polecanych przez nią.

Równolegle kupiłam książkę pt.  Matki które nie potrafią kochać, to był strzał w 10, rozpoczęłam swoją drogę która od samego początku mimo, ze była cholernie trudna to wciągnęła mnie bez reszty. Pochłaniałam książkę za książką.

Musiałam zmierzyć się ze swoimi emocjami, dla mnie nie było już odwrotu. Wiedziałam, czułam każdą komórką mojego ciała, że to jest moja droga, że to co robię nadaje sens mojemu życiu. Z każda uwalnianą emocją byłam coraz bardziej sobą, poznawałam siebie na nowo.

Dzięki poleceniom Magdy trafiłam na sesję do Justyny Pettke i wtedy dopiero przekonałam się w jak czarnej dupie jestem ale z drugiej strony dostałam takie ciepło i wsparcie o którym nawet kiedyś nie marzyłam. Pozwoliło mi to przejść przez moje małe piekło które miałam w sobie. Justyna towarzyszyła mi w najtrudniejszych chwilach, kiedy uwalniałam emocje, które według starego postrzegania, mogły mnie zabić. Pracuje z Justyną od lutego aż do teraz,  w tym czasie uporałam się w wieloma traumami min. z traumą seksualną, uleczyłam matczyną ranę, odzyskałam swoją kobiecość, uwolniłam gniew, odzyskałam siłę sprawczą, zapanowałam nad swoim życiem, relacjami. Pozwoliłam sobie na całkiem inną, bliższą relację z moją córką, która zmieniała się razem ze mną przez ten rok. Nabrałam ogromnego doświadczenia w pracy z Wewnętrznym Dzieckiem, w pracy metodą EFT i wielu innych metod uwalniania emocji, czego nie dałyby mi żadne książki ani wiedza akademicka. Wszystkiego uczyłam się na sobie i własnym doświadczeniu.

Brałam udział w warsztatach Bartka Liberskiego dotyczących odwlekania i pracy z emocjami oraz bardzo wartościowych warsztatach Magdy Adamowskiej „Ciało jest do kochania” z których wyniosłam ogrom wiedzy i doświadczenia. Te warsztaty były dla mnie kluczowe w odzyskiwaniu mojej boskiej kobiecości.

Kolejnym kamieniem milowym były warsztaty i sesje Eli Jastrzębskiej. Wzięłam udział we wszystkich (Przywracamy Swoje Ustawienia Fabryczne, Leczymy się z dzieciństwa- okres prenatalny i niemowlęcy, Leczymy się z dzieciństwa – praca z wewnętrznym dzieckiem w praktyce).

Warsztaty u Eli były dla mnie przełomowe, pozwoliły mi wejść na inny poziom pracy. Dzięki jej medytacją wchodziłam coraz głębiej do podświadomości i mogłam docierać do tych mocno schowanych ran. To była niesamowita bardzo ciężka i trudna praca ale tak transformująca, że bez wahania wykupowałam kolejne warsztaty. Te okresy w których warsztaty się odbywały były wyjątkowe, obcowanie z Elą jest niesamowite i dawało mi ogromnego kopa do działania i mimo, że w tym czasie doskwierały mi różne sygnały z ciała, byłam często wykończona emocjami które się uwalniały wiem, ze było warto, ponieważ przeszłam ogromną transformację, czułam ze odrastają mi skrzydła.

I tak się stało moje skrzydła odrosły, a Ela prywatnie jest da mnie tak ogromnym wsparciem, że czuje iż mogę latać wysoko. Jest dla mnie jak dobra matka która wspiera ale i wymaga. Praca z Elą przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Dzięki temu czego się od niej nauczyłam mogę w końcu żyć w zgodzie ze sobą.

W między czasie pracowałam również z ciałem metodą Lowena, co dopełniło mój powrót do siebie. Od czasu do czasu korzystałam również z masaży Lomi Lomi oraz Tajskich. Regularnie uwalniam emocje z ciała za pomocą metody TRE oraz tańca 5 Rytmów.

Ten rok był dla mnie przełomem. Był niesamowicie ciężki i cudownie wspaniały. W moim życiu zawitała obfitość. Nauczyłam się kochać. Kochać siebie i innych, kochać świat który mnie otacza. Nauczyłam się być tu i teraz, w zgodzie ze sobą.

Praca z Wewnętrznym Dzieckiem odmieniła mnie, była jak podróż dookoła świata. Czerpałam w różnych źródeł, co mnie ukształtowało. Co najwspanialsze, ta praca ciągle trwa. A ja mogę być coraz bliżej siebie. W końcu jestem szczęśliwa, sama ze sobą, tak jak zawsze chciałam.

Wraz ze starym rokiem, pożegnałam się z rolą ofiary, z mentalnością biedaka, z paraliżującym strachem który towarzyszył mi przez całe życie. Pożegnałam się z toksycznym wstydem, toksycznymi relacjami, szantażami emocjonalnymi, manipulacjami itp. Pożegnałam wszystkie swoje stare „demony”.  Oddałam wszystko to co nie należy do mnie i to co ze mną już nie gra.

OTWIERAM SIĘ NA NOWE, WYZNACZAM NOWE CELE I WIEM ŻE KOLEJNY ROK BĘDZIE JESZCZE BARDZIEJ OWOCNY.

Umiem już wyznaczać granice, stawać za sobą murem. Ten rok przyniósł mi wile okazji do weryfikowania w jakim obecnie punkcie się znajduje. Przyniósł wiele sytuacji w których mogłam weryfikować swoje przekonania, odkrywać swoje potrzeby. Zburzyłam wszystko i teraz mogę budować na nowo, ściągam maski jedna za drugą żeby móc patrzeć na świat bez filtrów.

I chciałam Wam powiedzieć, że ja nie jestem wyjątkowa, jestem taka jak inni. Chciałam Wam przekazać, że każdy może wykonać taką pracę. Naprawdę warto postawić na siebie. Jestem z serca przekonana o tym, że tak własnie zmienia się świat, zaczynając od siebie. Kiedy ja zaczęłam zmieniać swoje życie wokół mnie zaczęły dziać się cuda i tylko dla tego, ze w głębi serca, w sobie, w końcu zasługuje na wszystko co najlepsze.

Jeśli potrzebujesz wsparcia w swojej drodze do siebie zapraszam Cie na sesje indywidualne ze mną.

W życiu przeszłam przez wiele trudnych chwil więc mogę śmiało powiedzieć, że tego co robię uczyłam się przez całe życie.

Mogę przeprowadzić Cie przez ciężkie momenty, okiełznać lęki. Pomogę Ci zbudować relację z Twoim Wewnętrznym dzieckiem. Będę z Tobą kiedy będziesz wracać do trudnych chwil ze swojego życia. Dam Ci narzędzia abyś Ty mogła/ mógł pracować samodzielnie. Nauczę Cie wszystkiego co umiem aby Twoje życie było równie obfite jak moje.

Będę, po prostu będę dla Ciebie wsparciem i oparciem.

Jeśli czujesz, że to co pisze rezonuje z Tobą, z Twoim Wewnętrznym Dzieckiem, zapraszam z całego serca.

Ja i moja Karolinka czekamy na Ciebie <3

 

 

 

 

Walka z Cieniem

Często jest to nazywane paraliżem sennym. Ja doświadczałam tego przez wiele lat, nie będąc do końca świadomą co to jest. Zastanawiałam się czy to dzieje się na prawdę czy tylko w mojej głowie, ale to wszystko było takie realne. Byłam przerażona, bałam się zasypiać, nasiliło się w czasach liceum, był czas, że przychodziło codziennie. Zawsze było podobnie, ja budziłam się w nocy w swoim łóżku, w swoim pokoju, a od okna szła w moim kierunku postać którą zawsze widziałam tylko kontem oka, bardziej ją czułam. Zatrzymywała się tuż obok łóżka albo w rogu pokoju. Ja nie mogłam się ruszyć jakbym była totalnie sparaliżowana, nie mogłam wydobyć z siebie dźwięku a tak bardzo chciałam krzyczeć. Trwało to dłuższą chwilę. Jeśli dobrze się nie wybudziłam to za chwilę wracało. Nawet jak teraz o tym pisze to czuje lęk.  Bardzo nieprzyjemne doświadczenie. Myślałam że coś ze mną jest nie tak, czytałam o paraliżu sennym, chcąc uwierzyć, że to nie dzieje się na prawdę. Przeszło samo z czasem, nie było go kilka lat. Przyszedł niedawno w jeszcze gorszej formie, Mój cień. Obudził mnie w nocy przeraźliwy płacz córki z drugiego pokoju, „on” przyszedł do niej a ja nie mogłam jej pomóc nie mogłam się ruszyć. Trwało to zdecydowanie za długo, czułam że dzieje jej się straszna krzywda a ja nie mogłam zareagować, córka krzyczała jakby ja obdzierano ze skóry. Obudziłam się przerażona Nikomu nie życzę takiego doświadczenia. Miarka się przebrała, nie mogłam tak dalej żyć, napisałam posta na grupie warsztatowej na której byłam, z prośbą o wsparcie, byłam naprawdę przestraszona. O ile dotyczyło to mnie to jakoś sobie z tym radziłam, ale kiedy usłyszałam we śnie córkę to mnie przerosło. Dostałam ogromne wsparcie i dużo rzetelnej wiedzy na temat tego co się właściwie stało. Skonfrontowałam się z tą wiedzą, zobaczyłam jak to wyglądało u mnie, Po co to wszystko i dlaczego. Teraz już wiem, że bez wątpienia Cień jest jednym z mniej przyjemnych miejsc w nieświadomej psychice. Cień to miejsce, do którego spycha się te aspekty psychiki, jakie usiłuje się stłumić, zignorować, zaprzeczyć ich istnieniu lub wyeliminować. Nie będę opowiadać Wam teraz o Archetypie Cienia według Junga bo o tym jest dużo informacjo które bez problemu znajdziecie w internecie. Chciałabym powiedzieć wam jak ja swój Cień zintegrowałam. Mając już wszystkie informację na temat Cienia postanowiłam, że jeśli przyjdzie po raz kolejny to się z nim rozprawię na swój sposób. Nie było go, jak na złość przestał się pojawiać. Robiłam jednak jedną wizualizację kilka dni pod rząd, i od momentu w którym Cień się pojawił za każdym razem wpadałam w dziurę, nie mogłam z niej wyjść, a jak mi się udawało wpadałam w nią po raz kolejny. Najważniejsze dla mnie było wyjść z dziury. Nie widziałam co w niej jest skupiałam się na tym, żeby wyjść. W końcu wpadłam na amen. Wpadłam i nie mogłam się już wygrzebać z bagna które było na dnie. Rozpaczliwie chciałam się wydostać, tak jak zawsze rozpaczliwie chciałam się poruszyć podczas spotkania z Cieniem.  Tak jak nie raz w życiu uciekałam, tak jak szukałam szybkiego antidotum żeby nie czuć. Po prostu mieć to już za sobą. Aż w końcu się poddałam i postanowiłam po prostu być. Przestałam walczyć, nie czułam się przegrana, czułam, że płynę z nurtem. Usiadłam po środku bagna i zaczęłam mówić do Wszechświata. Krzyczałam w niebo, że już się nie boję, że wiem, że to przychodzi do mnie teraz bo jestem już gotowa to zwyciężyć, wiedziałam już, że synchronizując w sobie każdą rzecz po kolei przyszła kolej na ciemną stronę. Wiedziałam, że jestem już gotowa zajrzeć w to bagno. W tej chwili zaczęły pojawiać się wokół mnie pająki, a pająków się boję okropnie a nawet bardziej, tysiące pająków, robali i innych okropieństw. I wiecie co …. Ja poczułam do nich miłość. Zaakceptowałam tą sytuację w której się znalazłam. Zrozumiałam, że one nie chcą mi wyrządzić krzywdy. Spojrzałam na nie tak jak zawsze chciałam a nigdy nie umiałam. Poczułam, że to istoty żywe tak jak ja. Zaczęłam mówić do siebie, że kocham, że akceptują tą część siebie, że ona jest moja, i nawet jeśli się boje to nadal kocham. Czułam to, czułam tą miłość całą sobą. Jak powiedział Carl Gustav Jung, w Cieniu tkwi złoto. Kiedy przestałam uciekać, pomyślałam, że w końcu jestem sobą, nie muszę się bać, a w tym momencie pająki zaczęły znikać jeden po drugim. Siedziałam w tym bagnie po szyje, ale już wiedziałam, że to moje bagno, ze czas już się z nim rozprawić. I tak też zrobiłam. Grzebałam w nim i wyciągałam co róż nowe śmieci. Opinie o sobie, przekonania, kłamstwa, szantaże, tak bardzo bolące sytuację z mojego życia. Siedziałam, grzebałam i oglądałam to wszystko powoli przekonując się, że o ile bagno jest moje to co w nim jest już do mnie nie należy. Siedziałam tam i czułam to. Zdecydowałam się oddać wszystko co nie było moje. Popakowałam to w worki i wyrzucałam je z dziury w której tkwiłam. Kiedy zrobiłam już porządek, mogłam już wyjść. Wyszłam i zaczęłam oddawać worki ze „śmieciami” tym do których one tak naprawdę należały. Poczułam ogromną ulgę, poczułam się lekka. Kazałam im wszystkim odejść i zabrać swoje „śmieci”. Teraz mogłam spokojnie spotkać się z moja mała Karolinką. Przybiegła do mnie ucieszona jak nigdy. Opowiedziałam jej z czym się zmierzyłam, wytłumaczyłam co „wyrzuciłam” bo nie było nasze i jaka jest prawda o nas. Kilka dni po tej wizualizacji Cień przyszedł po raz kolejny i jak na razie po raz ostatni. Sytuacja się powtórzyła, usłyszałam jak moja córka płacze ze swojego pokoju. I wiecie co, stał się cud. Nie bałam się, zaczęłam głośno mówić, ” kocham Cie, już nie będę przed Tobą uciekać, akceptuje Cie i przyjmuje do swojego serca. Chce zaglądać w głąb siebie bo wszystko co jest prawdą jest we mnie.” Poczułam ogromną miłość, aż zrobiło mi się ciepło. Po tych słowach nastała cisza. Mój Cień przyszedł do mnie a ja spojrzałam mu głęboko w oczy mając nadzieje, że znajdę tam coś cennego dla siebie. I nie wiem czy oglądaliście bajkę „Vaiana skarb oceanu”, ale jest tam scena kiedy główna bohaterka patrzy uważnie na najstraszniejszego potwora, i okazuje się, że nie jest on wcale potworem. I tak własnie było z moim Cieniem kiedy się z nim skonfrontowałam bez strachu, uciekania i oceniania, okazało się, że nie jest on wcale straszny. Odszedł, i do tej pory nie wrócił. Coś co straszyło mnie od lat okazało się dla mnie skarbem. Teraz wiem, że mogę iść dalej, mogę realnie zmieniać moje życie, nie muszę już obawiać się siebie, nie muszę się już siebie wstydzić. Zmiana. Zmiana może wydawać się przerażającą perspektywą, ponieważ wymaga porzucenia życia, jakie się znało na rzecz nowego. Ale zmiana towarzyszy nam przez całe życie i ja już się jej nie boję. Jeśli moja historia trafi chociaż do jeden osoby, która się z tym zmaga i pomoże jej się z tym zmierzyć to warto było to przeżyć. Warto również dla tego, że moje życie się zmieniło, nabrałam pewności, że idę dobrą drogą, zyskałam siłę której już dawno nie było w moim życiu. Jeszcze mocniej i stabilniej staje za sobą. Mam odwagę zaglądać głębiej. Już nie boję się czuć, nauczyłam się być z najtrudniejszymi dla mnie emocjami. Pozdrawiam Was całego serca <3

Kocham Cię, a Ty mnie krzywdzisz.

Te słowa przyszły do mnie dzisiaj podczas medytacji z triggerami i dość mocno mną wstrząsnęły. 

Niby wiedziałam ale nigdy nie poczułam tego tak mocno jak dzisiaj. 

Moje podstawowe przekonanie, przekonanie które definiuje wszystkie relację w moim życiu, które pozwala na przekraczanie moich granic, na brak szacunku wobec mnie, na poniżanie mnie itd.

Miłość boli, miłość to ciągła walka, miłość to cierpienia. Na miłość trzeba sobie zasłużyć. 

To wszystko grało we mnie główne skrzypce przez tyle lat. I mimo, że wiedziałam o tym schemacie to nie mogłam go zmieniać ponieważ nigdy tak naprawdę go nie poczułam. I będę głosić jak mantrę, że póki działasz tylko z poziomu wiedzy to za dużo w Twoim życiu się nie zmieni. Do zmiany potrzebne jest doświadczenie. Widza i doświadczenie to dopiero pełna praca. Póki nie doświadczysz, nie zadziałasz, to sama widza Ci nie pomoże i pewnie stąd powiedzenie, ze świadomość to już pół sukcesu. Ja dzisiaj dołączyłam do tego drugie pół i skonfrontowałam się z moimi przekonaniami dotyczącymi miłości. 

(Jest wiele metod pracy ja wybieram prace w Wewnętrznym Dzieckiem ponieważ daje mi najlepsze rezultaty. Dokładam do tego prace z ciałem.)

W medytacji pojawił mi się mój partner, mówiłam mu co czuje, dlaczego to czuje i co za tym idzie. Byłam świadoma tych emocji, ponieważ już to przerabiałam, byłam już tam nie raz i wypłakałam nie jedną łzę, rozwaliłam nie jeden kij w lesie wyrzucając to z siebie. I nagle eureka. Przyszło samo, i wybrzmiało – Kocham Cie, ja Cie tak bardzo kocham a Ty robisz mi krzywdę! Odrzucasz mnie! Zatrzymałam się na chwilę by zobaczyć co się stało. Tak, kocham go nad życie a on mnie odrzuca. Dlaczego mnie odrzuca? Bo ja oczekiwałam tego odrzucenia. To odrzucenie było takie moje, tak dobrze mi znane. Od pierwszych miesięcy życia doświadczałam odrzucenia, na rożnych płaszczyznach.

Kiedy mama przestała mnie karmić piersią, kiedy lekarz kazał odkładać mnie do wypłakania, kiedy urodził się mój brat a ja dopominałam się o uwagę której nie otrzymywałam, kiedy dostawałam miłość warunkową. 

Przykładów można mnożyć przez całe moje życie miliony. Byłam odrzucana w klasie, w pracy, w związkach. Odrzucałam sama siebie.

Nie obwiniam rodziców za to co się stało, przeszłam już ten etap permanentnej złości, przyszło zrozumienie. Nie, nie zapomniała, nie, nie przestało mieć to dla mnie znaczenia. Przestałam mieć na nich baczenie, to nie oni byli ważni w tym wszystkim tylko ja. Oni robili wszystko najlepiej jak umieli na dany moment, nie mogli mi dać czegoś czego sami nie mieli. To ja w tym wszystkim jestem ważna, to moje emocje, uczucia, to co mi się działo. To ja to pamiętam inaczej, to ja to pamiętam jako dziecko kilkudniowe, kilkumiesięczne, kilkuletnie. Tylko ja byłam w tej sytuacji. Inni mogli przechodzić obojętnie obok zdarzenia, które było dla mnie tak traumatyczne. To ja się liczę w tym wszystkim i moje odczucia. 

Przyglądając się mojemu dotychczasowemu życiu odrzucenie to było moje drugie imię. 

Przychodzi mi na myśl teraz historia pewnej mojej znajomości która jak dla mnie pięknie zobrazowała tą moją ranę porzucenia. Ja jednak w tamtym momencie nie byłam w stanie tego dostrzec. 

Poznałam faceta, który bardzo mi się spodobał, z biegiem czasu coraz bardziej, a czym ja go mocniej pragnęłam tym on mocniej pokazywał mi, że nic z tego nie będzie, proponując koleżeńskie układy itd. Kiedy ja zrezygnowałam z zabiegania o niego, sytuacja się odwróciła. Poprosił mnie o rozmowę w której powiedział, że dopiero zrozumiał, że mnie kocha, chce ze mną być i zrobi wszystko żeby mnie do siebie przekonać, ponieważ tak bardzo mu na mnie zależy. Pojechaliśmy razem na majówkę, a on tak bardzo zabiegał o to bym się dobrze czuła, że nie potrafiłam się w tym odnaleźć. „A może jesteś głodna, zrobię Ci coś do jedzenia, a może coś do picia, a może masz ochotę na spacer itd.”  O jeny jakie to było dla mnie obce i jak bardzo nie potrafiłam tego przyjąć. Zaczęłam uciekać, najpierw myślami a później fizycznie. Aż w końcu na wieczornej imprezie zniknęłam, bo tak miałam dość troski, uciekłam bez słowa. Nie umiałam się zbliżyć do kogoś, kto tak bardzo się o mnie troszczył i był dla mnie dobry. To było mi tak obce. Tej nocy nie wrócił do naszego pokoju. Następnego dnia zobaczyłam go z moją koleżanką na śniadaniu objętych. Czułam, że robi mi to na złość, a nawet dowiedziałam się, że to wszystko jest ustawione i to swego rodzaju przedstawienie. Patrzyłam na nie przez kolejne trzy dni i zastanawiałam się co ze mną jest nie tak. Po kilku miesiącach dowiedziałam się, że jego nowa dziewczyna mnie nienawidzi bo tak bardzo go skrzywdziłam. 

I tak, wiem ,że to była toksyczna relacja, a facet miał duży problem ze sobą. Tak, ciesze się, że nic z tego nie wyszło. Tak, wiem, że gdybym umiała się komunikować i wyrażać potrzeby w prost było by inaczej. Tak, wiem, że nie umiałam szanować swoich granic i jasno ich określać. Wniosków z tej sytuacji można wyciągnąć mnóstwo i już to zrobiłam. Patrząc jednak z perspektywy na to wydarzenie śmiem twierdzić, że idealnie odzwierciedla ono mój schemat. 

Ja zabiegałam o uwagę, on nie reagował, kiedy role się odwróciły a on mnie zauważył to ja się nie potrafiłam odnaleźć. Kiedy nie umiałam się zachować w tej sytuacji on mnie odrzucił w dość brutalny sposób bez słowa wyjaśniania.  Na koniec zrzucił winę na mnie a ja czułam się winna i beznadziejna.

Do tego szablonu można przykładać milion sytuacji z mojego życia. 

Wyszłam z pozycji ofiary wiec czas rozprawić się ze schematami ofiary, które mi jeszcze zostały. 

Teraz już wiem, że miłość nie boli, miłość jest zawsze piękna i czysta, to wszytko to co tworzymy w okół miłości boli. Miłość nie rani, to rani drugi człowiek. Wiem też, że często mylimy miłość z potrzeby miłość. Tak bardzo pragniemy, żeby ktoś nas kochał, że jesteśmy w stanie nazwać miłością wszystko inne. 

Miałam tak ogromna potrzebę miłości i bliskości, że byłam w stanie wpuścić do mojego życia każdego, który dał mi choć odrobinę uwagi i akceptacji. Często myślałam, że nie potrafię kochać, bałam się uczuć, bałam się otworzyć na drugiego człowieka. Gubiłam się już w tym wszystkim. Chciałam i się bałam, co mnie blokowało. Miałam dosyć a i mimo to tak bardzo chciałam. Kochałam i nienawidziłam. Nie chciałam i pragnęłam. Tyle było we mnie sprzeczności. Nie wiedziałam już kim tak naprawdę jestem i czego chce. 

Kiedy ukochałam moją mała Karolinkę, wszystko zaczęło się klarować. Poznałam swoje potrzeby, nauczyłam się stawiać granicę i je szanować. Odnalazłam się w tym wszystkim, a teraz przyszedł czas, żeby zburzyć kolejną ścianę. Czas aby świadome przekonanie wprowadzić w życie i do podświadomości. Aby pokazać i przekonać małą Karolinkę, że miłość wcale nie jest zła, że prawdziwa miłość to tylko i wyłącznie światło. Miłość jest piękna.  

Czuje, że dzięki mojej dzisiejszej pracy jestem w stanie pokochać siebie jeszcze bardziej, a gdy we mnie więcej miłości własnej, więcej miłości mogę przyjmować od świata. Z każdym dniem przekonuje siebie, że można mnie kochać bezwarunkowa, że jestem warta miłości, że zasługuje na nią tylko dla tego, że jestem. 

Coś co jeszcze rok temu było dla mnie nie do pomyślenia dzisiaj się dzieje. Ja kocham świat który mnie otacza a świat oddaje mi to z nawiązką. Uczę się miłości na nowo i to jest cudowne. 

Wiec uczcie się kochać siebie, bo naprawdę warto. I nie polecam Wam afirmacji miłosnych itd… Polecam Wam ciężką prace która przynosi genialne rezultaty niemal natychmiastowo. Spotkajcie się dzisiaj sami ze sobą, spotkajcie się ze swoim Wewnętrznym dzieckiem i powiedzcie mu, że jest wart miłości bezwarunkowej, i jeśli w to jeszcze nie wierzy, powtarzajcie mu to na każdym kroku. Każdy z nas zasługuje na miłość, i ta miłość powinien dostawać w każdej ilości, każdego dnia od samego narodzenia. Jeśli tak się nie działo, teraz Ty sam musisz dać tą miłość sobie i uwierzyć, przekonać się, że to własnie Ty jak nikt inny na tą miłość zasługujesz tylko dlatego że jesteś taki jaki jesteś. 

Kochani dużo miłości Wam życzę <3 

Ja po tym odkryciu oddałam to co nie moje innym. Odesłałam ich z mojego życia. Pożegnałam się z tymi przekonaniami, teraz już jestem pewna że nie były moje, a ja potrafię kochać jak nikt inny. Chcę kochać i być kochaną. Już się nie boje. Po wszystkim pracowałam jeszcze z ciałem metodą Lowena co również wam bardzo polecam. Wyrzuciłam to z ciała, bo w ciele zapisują się nasze emocję i jak już pisałam w poprzednich tekstach, my możemy nie pamiętać ale nasze ciało pamięta wszystko. 

PS. Dużo pracuje samodzielnie, na sesjach indywidualnych dostaje wsparcie które jest tak potrzebne na tej drodze , dopełnieniem tego wszystkiego są warsztaty w których biorę udział. Ta medytacja jest właśnie z cudownych i głębokich warsztatów Eli Jastrzębskiej Terazja.net które z całego serca polecam. 

Obrastam w siłę, bronię się.

Nie złoszczę się, nie złoszczę się. Lubie chleb wiec sobie zjem. I po brzuchu się poklepie.

Wczoraj zdołałam wrócić do łona matki, pamięć wraca dziś. 
Co w niej jest? Czego nie mam ja? Pełnia człowieczeństwa wiele kosztuje mnie.

Tak śpiewała niegdyś Kasia Nosowska. A jej słowa grają teraz w mojej duszy.

Obrastam w siłę. Obrastałam w nią wiele lat. Chciałam być zauważona. Chciałam być bezpieczna. Chciałam umieć się bronić. 

Moje ciało od wielu lat bardzo dobrze odzwierciedlało stan mojej duszy i mojego umysłu. Kiedy wpadałam w dół to tyłam jak szalona, obrastałam w siłę. 

Nie potrafiłam szanować mojego ciała. Nie lubiłam go. 

Nawet jak chudłam, zawsze coś było nie tak, jeszcze można było coś poprawić. Nigdy nie byłam dość dobra. Poniżałam myślami sama siebie. Nie mogłam na siebie patrzeć w lustrze. Nie potrafiłam o siebie zadbać. Jadłam a później katowałam się myślami o samej sobie.

Patrzyłam na swoje ciało jak na obiekt seksualny. Nie używałam go ale wykorzystywałam fakt iż było atrakcyjne. Podobało się mężczyzną, więc dostawałam odrobinę akceptacji której tak rozpaczliwie szukałam.

Gimnazjum i liceum minęło pod znakiem wyzywającego ubioru, mocnego makijażu i totalnego zagubienia. Byłam ładna, byłam szczupła, byłam akceptowana przez koleżanki, pożądana przez kolegów. Zdarzało się, że nawet wujkowie komentowali dwuznacznie mój wygląd.

Bardzo mi to schlebiało, lubiłam to, w końcu dostawałam tą uwagę której tak bardzo pragnęłam a raczej jej marny substytut. Jednak jednocześnie bardzo mnie to krepowało wiec nie było to do końca to czego oczekiwałam.

Chodziłam do klubów i czerpałam ogromną przyjemność z tego, że większość mężczyzn zwracało na mnie uwagę, że mogłam ich spławiać jednego za drugim. Nie byłam nie miła, wręcz przeciwnie. Ale mimo, że tak bardzo zależało mi na ich uwadze, nie chciałam bliższego kontaktu. Bałam się go, wstydziłam się siebie.

Im szło to dalej, tym ja bardziej cierpiałam. Gubiłam się w tym. Nienawidziłam swojego ciała a mimo to je pokazywałam z nie mała duma. Byłam bardzo wstydliwa a lubiłam być w centrum uwagi. Peszył mnie wzrok innych ale tak bardzo chciałam być zauważona, że robiłam wszystko żeby go przyciągnąć. Wiele było we mnie sprzeczności w tamtym czasie.

Teraz patrze na siebie z tamtych lat i widzę bardzo wrażliwą dziewczynę która chciała dodać sobie pewności siebie w nieodpowiedni sposób. I nie chce tu powiedzieć, że mój wygląd był czymś złym bo wydaje mi się że mimo wszystko zachowywałam umiar i dobry smak w tym wszystkim, chodzi mi bardziej o to, że powody ku temu żeby wyglądać prowokacyjnie były nieodpowiednie. Chyba w tamtym momencie myślałam, że nie mam nic więcej do zaoferowania. O ja głupia 🙂

Moje ciało było odłączone ode mnie. Było jak towar na półce. Było jak moja wizytówka a nie część mnie. Nikt nie nauczył mnie że trzeba szanować swoje ciało i dbać o nie. Nikt nie pokazał w jaki sposób się to robi.

Dałam się wciągnąć w tą gonitwę za pięknem. Wszędzie w okół widać było kobiety które sprzedają swoje ciała. W teledyskach, na okładkach gazet. Kupiłam to, myślałam że jeśli będę wyglądała tak jak one to będę coś warta. 

Myślałam, że tylko w momencie, kiedy będę wyglądać dobrze ludzie będą mnie akceptować. I tak wtedy było, przyciągałam to jak magnes, widziałam to w każdej sytuacji, widziałam te pogardliwe spojrzenia, porównywałam się nieustannie do każdego. Jeśli bilans wychodził na plus było dobrze, jednak przeważnie w moim otoczeniu był ktoś: ładniejszy, mądrzejszy, bardziej zabawny, bardziej, zawsze był ktoś bardziej, a ja zawsze goniłam króliczka. Chciałam być idealna, bez skazy. Zawsze taka jak powinnam być. W tamtych czasach w ogóle dużo rzeczy „powinnam” i wielu rzeczy mi nie „wypadało”. Wiedziałam jaka powinnam być ale nie wiedziałam kompletnie kim jestem. 

Czekałam na księcia z bajki który przyjdzie i mnie uratuje, w głębi duszy wierzyłam, że to możliwe, że ktoś pokocha mnie tak jak o tym po cichu marzyłam i skończy się w końcu ten głód miłości.

Nikt nie był w stanie mnie tak kochać bo ja siebie nie kochałam wcale. 

A już na pewno nie kochałam swojego ciała. 

W czasach gimnazjum objadałam się i próbowałam wymiotować, dzięki bogu nie potrafiłam zmusić się do wymiotów bo pewnie długo zmagałabym się z bulimiom. Potrafiłam nic nie jeść po kilka dni żeby mój brzuch był płaski. Jadłam kompulsywnie, aż do uczucia totalnej porażki. Nie mogłam wytrzymać sama ze sobą.

W liceum zaczęły się imprezy i alkohol, więc do jedzenia nie przywiązywałam, aż takiej wagi ponieważ miałam inny zagłuszacz, drinka albo kilka. Był nawet czas kiedy brałam silne tabletki na odchudzanie, działało oczywiście na chwile. W dalszym ciągu byłam niedoskonała. Miałam też chłopaka który mnie kochał, a ja czułam się kochana, nie trwało to jednak zbyt długo bo nie był wstanie zakleić wszystkich moich ran.

Kiedy w moim pierwszym poważnym związku zaczęło się walić, a ja poczułam się nic nie warta, zdradzona i opuszczona, znowu uciekłam w jedzenie. Przytyłam 20kg !

Po burzliwym rozstaniu po raz kolejny głodówki, waga wróciła do normy. 

W miedzy czasie było kilka wzlotów i upadków.

Związałam się w końcu z człowiekiem w którym ogromnie się zakochałam. Katowałam wtedy moje ciało głodówkami jak tylko się dało, żeby tylko mnie zaakceptował. Chciałam być taka jaką myślałam, że on chce abym była. Oczekiwałam, że teraz już wszystko będzie inaczej. Nie muszę Wam chyba mówić, że nie było.

Nie tylko ja nie akceptowałam swojego ciała ale on również go nie akceptował, i mimo że nie było to dla mnie przyjemne, to zgadzałam się z jego zdaniem. 

Zawsze miałam kilka kilo za dużo, nawet ważąc 52kg czułam się jak słoniątko. 

Teraz przypominam sobie te wszystkie sytuację z dzieciństwa, jak dziadek powtarzał że jestem grubasem. Jak drużynowy na obozie krzyczał do mnie że mam grubą dupę i nie umiem nawet wejść po drabince ze sznurka. I wtedy się tak czułam, mała Karolinka która zawsze była szczupła, widziała siebie całkiem inaczej.

Te wszystkie chwilę w których byłam odrzucana jako małe dziecko odbijało się cieniem przez całe moje życie. Nikt nie nauczył mnie kochać siebie wiec ja sama nie kochałam siebie. 

Nie słuchałam swojego ciała. Ciągle z nim walczyłam. 

Zauważyłam to wszystko kiedy podczas pracy z Wewnętrznym Dzieckiem zaczęłam przybierać na wadzę. Czułam się co raz lepiej a ciało pokazywało, że jeszcze tu jest coś do zrobienia. I wtedy zrozumiałam, że muszę podejść do siebie holistycznie. Teraz już wiem dlaczego tyłam. Obrastałam w siłę, bo czym byłam większa tym większe było prawdopodobieństwo, że ktoś mnie zauważy. Czym byłam większa tym paradoksalnie czułam się bezpieczniej, mogłam być ofiarą. To wszystko dzieje się na poziomie podświadomym, nie brzmi to logicznie, ale czym byłam bardziej nieszczęśliwa tym byłam bardziej bezpieczna. 

I tu zakończę i dam Wam chwilę do przemyślenia własnej relacji z ciałem. Myślę że czasem warto się zatrzymać i posłuchać swojego ciała, przeskanować je od góry do dołu, zobaczyć co tam u niego słychać. 

Teraz jestem z każdym dniem coraz bliżej jedności z własnym ciałem. Nauczyłam się je szanować, dbać o nie, mimo, że waga jeszcze pokazuje za dużo to ja patrzę na siebie z miłością, wyglądam dobrze bo czuje się dobrze.

Ciało odbija nam często emocję, moje ciało pokazywało mi wypartą złość. Moje ciało pokazywało mi bardzo dokładnie kiedy nie stawiałam granic, kiedy moje potrzeby nie były zaspokajane, kiedy robiłam coś wbrew sobie. 

Dzisiaj jestem ogromnie wdzięczna swojemu ciału za to, że jest takie jakie jest. Kocham je bo jest moje. Kocham je bo jestem wara miłości. Kocham je bo już nie dam sobie wmówić, że jestem wybrakowana. 

Przepraszam je bardzo każdego dnia, że tak źle je traktowałam przez tyle lat, że obrażałam i dawałam obrażać, że nie dawałam czułego dotyku, że zapewniałam odpowiedniej porcji ruchu, że wrzucałam w nie śmieciowe jedzenie, papierosy i alkohol.

Dziękuje, że mnie nigdy nie zawiodło, że nie chorowało poważnie, że mimo mojego nieodpowiedzialnego traktowania, chce ze mną współpracować. 

Relacja z moim ciałem to moja ostatnia prosta przy wychodzeniu z pozycji ofiary w moim życiu. 

Kochani życzę wam z całego serca aby wasza relacja z ciałem była cudowna i pełna miłości. 

Ukochiwanie siebie nie polega tylko na pracy Wewnętrznym Dzieckiem i ja sie o tym przekonałam na własnej skórze. 

Proces musi trwać, ja idę dalej i w moim życiu nie ma już miejsca na złe traktowanie siebie. 

Traktuj siebie samego, tak jak chciałbyś być traktowany <3

Opłacz to !

Płacz, dla wielu to temat tabu !

Często w swoim życiu słyszałam słowa: czego ryczysz, co się mażesz, przestań wyć. Przecież grzeczne dziewczynki nie płaczą. Dobrze, że nie jestem chłopcem bo oni to dopiero maja pod górkę w tym temacie.

Wstydziłam się płaczu, wszyscy powtarzali że jestem nadwrażliwa, że nie można mi nic powiedzieć bo od razu rycze.

Nikt nie potrafił dostrzec tego, że ja w ten sposób wyrażałam swoje emocję. Nie robiłam nikomu na złość. Nie chciałam nikogo zdenerwować od tak. Po prostu czułam.

Płacz jest wpisany w nasze życie już od pierwszych sekund. Noworodek nie potrafi wyrazić inaczej swoich potrzeb jak tylko przez płacz. Dzieci płaczą nie tylko w chwili kiedy są smutne. Płaczą kiedy są złe, kiedy ktoś nie odpowiada na ich potrzeby, kiedy czują ulgę bądź są przestraszone. Jest wiele powodów naszego płaczu.

Płacz ma moc oczyszczania. Jest niesamowitym narzędziem do uwalniania emocji. 

Ja nie potrafiłam korzystać z tego narzędzia, ponieważ nie akceptowałam swojego płaczu. Próbowałam pozbyć się go z mojego życia albo zapraszałam go i gościłam tak bardzo, że przejmował kontrolę i wpadałam w histerię. Nie potrafiłam znaleźć równowagi.

W dzieciństwie nauczyłam się manipulować płaczem ale i to nie zawsze działało, i tak nikt nie dawał mi tego czego potrzebowałam. Zresztą nie potrafiłam rozpłakać się na zawołanie, polegało to bardziej na tym że płakałam tak, żeby ktoś to zauważył i zobaczył jak bardzo cierpię, niestety nikt nie zauważył.

Chyba Was nie zaskoczę mówiąc że te schematy przeniosły się na moje dorosłe relację. Partner mówi, nie rycz a mama powtarza przestań płakać bo co inni pomyślą, powiedzą że Cie krzywdzę. Zdarzało mi się nawet powielać płacz na pokaz z dzieciństwa aby tylko mój partner zobaczył, jak bardzo mnie zranił i jak teraz cierpię. I nie, to nie była zagrywka, bo ja naprawdę cierpiałam okropnie i pragnęłam aby on to zobaczył i ukoił mój ból. Teraz już wiem, że nikt nie mógł zapełnić tej pustki, może zrobić to tylko ja.

Na temat płaczu jest wiele teorii, jak pomyślę co przez lata było wkładane mi do głowy o moich emocjach to aż robi mi się słabo. 

W trakcie procesu powrotu do siebie, zadzwoniłam do babci żeby wypytać się o to jakim byłam dzieckiem. Wiecie co usłyszałam? 

„Byłaś bardzo grzeczna ale i płaczliwa, nic nie dało się do Ciebie powiedzieć, ciągle tylko płakałaś, taki mazgaj, ja mówiłam, że powinnaś dostać porządny wpierdol wtedy by Ci przeszło to mazanie się.”

Jakbym dostała w twarz. I wiecie co wtedy zobaczyłam. Ujrzałam swoją mała Karolinkę, taką piękną, tak cudownie wrażliwą, tak niesamowicie empatyczną. Widziałam jak płatek po płatku odpada jej moc, jej siła. Karolina została złamana. Piórko po piórku oskubali jej skrzydła. Wmówili jej że największy dar z którym przyszła to wada.

I wtedy zaczęłam płakać, i pierwszy raz poczułam że nie zatracam się w otchłani melancholii i cierpienia. Poczułam że te łzy niosą szczęście, oczyszczają, wymywają to co nie jest moje. To był całkiem nowy płacz, płacz który przynosił ulgę.

Dałam sobie prawo do czucia i odczuwania. Dałam sobie prawo do bycia wrażliwcem. Teraz już wiem, że to co wyśmiewane i wypierane przez tyle lat może się rozwinąć. Mam wrażenie, że zaczęłam płakać świadomie.

Dzięki temu że dałam sobie zgodę na mój płacz nie muszę już go tłumić w sobie co często robiłam. Nie muszę również już się w nim zatracać co robiłam jeszcze częściej. Mogę po prostu płakać.

I wiecie co teraz mogę, płakać ze smutku ale i ze szczęścia.

A z czasem kiedy pozwalam sobie czuć, widzę jak odrastają piórka na oskubanych niegdyś skrzydłach.

Tyle lat nie panowałam nad swoim płaczem, że myślałam, że już taka jestem, po prostu rozchwiana. Wybuchałam płaczem z błahych powodów, a w trudnych, poważnych sytuacjach potrafiłam go schować bardzo głęboko. Nie chciałam pokazywać ludziom mojej wrażliwości, bo bałam się, że mnie skrzywdzą albo nazwą słabą i płaczliwą.

A obecnie „przeciekam” płaczę kilka razy dziennie, ze szczęścia, ze wzruszenia, ze złości, z nerwów, ze smutku. Płaczę i czuje jak kropla za kroplą rozpuszcza się moje zlodowaciałe serce. Uwielbiam ten płacz, bo on daje mi wolność.

Opłakałam utratę miłości. Karolinka, nie czuła się kochana. Czuła się opuszczona i zdradzona przez wszystkich.

Opłakałam utratę poczucia bezpieczeństwa. Karolinka nie czuła się bezpiecznie. Czekała tylko czujnie co się zaraz złego wydarzy. Wszędzie widziała podstęp.

Opłakałam utratę radości. Karolina nie potrafiła się już śmiać i być spontaniczną.

Opłakałam utratę niewinności. Bo niewinność również Karolinka utraciła.

Opłakałam utratę zaufania. Karolina nie potrafiła zaufać już nawet samej sobie. 

Opłakałam utratę własnej wartości. Karolina nie miała dobrego mniemania o sobie samej. 

Opłakałam też wiele innych rzeczy które dostałam bądź zostałam ich pozbawiona. Dzięki temu, że pozwoliłam sobie czuć, wokół zaczęły dziać się cuda. Wierzcie lub nie ale mój świat obrócił się o 180 stopni. 

I jedna z najbardziej cieszących mnie korzyści tego, że pozwoliłam sobie czuć a przede wszystkim płakać :

Moja córka ma niecałe 3 lata, przychodzę po nią do przedszkola a ona mówi do mnie: Mamo, ja trochę płakałam jak wyszłaś bo było mi smutno, mogę płakać to nic nie szkodzi.

Mam teraz ogromną przestrzeń na jej emocję. Mogę się wsłuchać w nią, w to co chce mi przekazać. Umiem uszanować jej emocję i daje jej prawo przeżywać je wszystkie bez wyjątku. Wiem też, że nie byłoby to możliwe gdybym ja sama nie dała sobie do tego prawa.  

Pozwólcie siebie na płacz. Pozwólcie sobie na wszystkie swoje emocję. 

Znajdź sobie przestrzeń która będzie przyjazna dla Ciebie, znajdź ludzi, którzy będą  potrafili akceptować Twoje emocję, będą Cie wspierać i obdarzą miłością. Zastanów się czego Ci trzeba w czasie kiedy przeżywasz silne emocję, i zapewnij to sobie <3

Myślę, że gdyby każdy z nas miał w sobie zgodę na płacz, na przeżywanie smutku i innych emocji, świat byłby jeszcze piękniejszy.  

Płacz <3

Poczuj to <3

Bądź tu i teraz <3

Bądź sobą <3